Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

2012-01-22

Małe buldogi z Machias!

Jeśli uważacie, że dzieciaki w USA grają tylko
w amerykański football lub baseball to się mylicie.
Uwielbiają soccer i są w tym dobrzy :)

Czasem wydaje się nam, że życiem kierują zbiegi okoliczności. Można przyjąć taką hipotezę lecz my uważamy, że w naszej drodze coś innego kierowało nas w stronę miejsc i ludzi. Coś, czego zbiegiem okoliczności na pewno nazwać nie można. 
Nie inaczej było i tym razem. Miejsce: pralnia automatyczna. Czas: dwa dni przed naszym wyjazdem. Obiekt: kobieta w worem prania i pięknym uśmiechem. Początek akcji: pytanie - Co robicie w Machias zimą?
Dominika wkładając nasze wyprane ciuchy do suszarki odpowiada:
- Tak sobie jeździmy po świecie i opowiadamy dzieciom o Polsce.
Ona na to, że super bo jej przyjaciółka jest nauczycielką w tutejszej szkole, uczy dziesięciolatków i uwielbia takie akcje. Zatem mail, adres strony i uśmiech na pożegnanie. Po dwóch godzinach na naszej skrzynce znajdujemy oficjalne zaproszenie na następny dzień i tym samym Stany stają się kolejnym punktem naszej misyjnej podróży :)
O poranku zbieramy nasze materiały, drukujemy kolorowanki i razem z Erikiem jedziemy do szkoły. Piękna, nowoczesna szkoła wita nas najpierw swoimi osiągnięciami w postaci pucharów, potem choinką ustrojoną czapkami i szalikami, które uczniowie przez kilkanaście lat zostawiali w szatni i nigdy ich nie odebrali. Potem lekko nas zatyka bo dziesięciolatki malują rysunki na podstawie prac Picassa oraz Kandinskiego i wywieszają je na korytarzu. 




Wychowawca to przesympatyczna kobieta, która z uśmiechem nas wita w swojej klasie i załatwia cały potrzebny sprzęt. Sprawnie instalujemy projektor, ekran, zaciemniamy salę i ruszamy. Dominika czuje tremę bo po raz pierwszy będzie przemawiała do dzieci, dla których angielski jest pierwszym językiem. Po czym spina się w sobie i leci z tematem jakby ten język też byłby dla niej czymś, czym posługuje się od urodzenia. Dzieci w ciszy słuchają opowieści z kraju nad Wisłą, śmieją się i otwierają buzię z wrażenia kiedy widzą stare polskie miasta. Potem nauka polskiego i tak im sprawnie idzie, że proszą o zapisanie prostych pozdrowień na tablicy a niektórzy przepisują je sobie do zeszytów. Po zakończeniu pokazu dzieciaki okazują się być przygotowane do zajęć. Niektóre z nich mają przygotowane pytania na temat Polski na kartkach, inne jadą tak zwanym freestyle'em. Pytania zresztą bardzo ciekawe, nie mogło zabraknąć oczywiście najważniejszego: "Jak to się stało, że jesteście w Machias?"






Long story, chciałoby się powiedzieć ale właśnie wtedy uświadamiamy sobie, że nie ma zbiegów okoliczności. Oni na nas po prostu czekali, tylko nie wiedzieli, że przyjedziemy :)
Kolorowanki, łapka na flagę, opowieści o marzeniach w oko obiektywu i wspólne zdjęcie. Jeszcze tylko dzieciaki chwalą się swoją klasową hodowlą łososi, z której są naprawdę dumni. Na pożegnanie dostajemy jeszcze ekologiczne torby z nadrukiem: "Dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobiliście."
Spotykamy się jeszcze z dyrektorem placówki, który mówi, że mamy czuć się jak u siebie i obejrzeć wszystko co nas interesuje. Zaglądamy zatem do miejscowych Buldogów i dziwimy się nieco bo ich logo jest identyczne jak pewnej gdyńskiej drużyny...jakiej, łatwo się domyśleć :)








Ze względu na niedawno obchodzone święto, Dzień Martina Luthera Kinga, dzieciaki ze szkoły swoje marzenia powiązały z miłością, pokojem i wiarą. My zatem wciąż marząc, że nadejdzie taki dzień cytujemy słynnego pastora:
"Miałem sen, iż pewnego dnia moje dzieci będą żyły wśród narodu, 
w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry 
ale na podstawie tego, jacy są."


2011-12-04

Koh Lanta - taka wielka szczęściara.


Wysiadamy w Krabi, nadmorskiej miejscowości, która staje się dla nas miejscem tranzytowym pomiędzy stałym lądem a wyspą Koh Lanta. Siedzimy sobie grzecznie przy ulicy z naszymi plecakami i czekamy na bus, który podrzuci nas na wymarzoną plażę.

Krabi.

Chcesz kupić tanio bilet na przejazd, kup go w ulicznym biurze :)

Po dwóch godzinach jazdy (w tym niemal pół godziny kręcenia się po mieście aby znaleźć komplet) i pokonaniu dwóch przepraw promowych wysiadamy przy plaży Long Beach. W tym miejscu trzeba podkreślić znaczenie miejsca i naszego tutaj przybycia. Wybraliśmy Koh Lantę na miejsce naszych warsztatów z dwóch powodów. Jeden jest oczywisty - rok 2004 i fala tsunami, która tragicznie naznaczyła ten region. Drugi, to ten optymistyczny. Wyspa ta w porównaniu z innymi, choćby Phi Phi poza zniszczeniami materialnymi i niewielką ilością osób (mówi się o dziesięciu a nie o dziesiątkach tysięcy), które tutaj zginęły wyszła bez szwanku. Żywioł na szczęście ominął tych wyspiarzy, choć bary na plaży składały się jak domki z kart a ogromna fala pozostawiła po sobie ślad w postaci metrowego mułu. Podgląd na to zdarzenie daje poniższy film:


Minęło jednak kilka lat i choć na miejscu o zaszłej tragedii z pewnością pamiętają mieszkańcy, nam nie pozwalają o tym zapomnieć znaki pojawiające się tu i ówdzie.


Pora sucha na Koh Lancie oznacza dla nas... że z pewnością będzie padać :) Tak wyspa przywitała właśnie nas, wieczorny spacer na szeroką plażę Long Beach zakończył się burzą i ulewnym deszczem. Schowani w barze przy plaży słuchaliśmy wszędobylskiego Boba Marleya i przez słomki wciągaliśmy słodycz egzotycznych owoców. Przez naszego gospodarza, muzułmanina (jak zresztą 95% mieszkańców tej wysepki) zostaliśmy zaproszeni na świąteczną kolację. Razem z "braćmi ze Wschodu" usiedliśmy do stołu i świętowaliśmy zakończenie prac remontowych oraz celebrowaliśmy coroczny tradycyjny wspólny posiłek.

Droga donikąd?  Skądże, miejsce przeprawy promowej.

Złowieszcze chmury a z nich całonocna ulewa.

Kolejny dzień to czas eksperymentu. Idąc za wzorem zjawiska społecznego jakim jest tu rodzaj poruszania się po wyspie wynajmujemy dwa skutery i próbujemy ogarnąć tak zwany temat. Ja już wcześniej jeździłem trochę ale Dominika pierwszy raz zasiadła za sterami tego kilku konnego potwora. Po zrobieniu paru ósemek, hamowaniu awaryjnym i przypomnieniu sobie, która rączka jest lewa (ruch lewostronny) wyjeżdżamy na regularną szosę. Już teraz wspomnę, że tak nam się jazda skuterami spodobała, że naszych pojazdów nie chcieliśmy oddać do wypożyczalni. Cena za dzień 20-25 zł, kask gratis - zresztą wiele osób jeździ tutaj bez ochrony na głowę - my raczej nie :)


Postanowiliśmy poszukać szkoły aby zorganizować warsztaty. Jak zwykle "na wariata" najlepiej nam wychodzi i w centrum znaleźliśmy szkołę chętną do współpracy. Kilka pytań: co? jak? i w ogóle po co? Potem jeszcze wizyta oficera policji w celu weryfikacji zdarzenia. Gospodarze goszczą nas lunchem i pokazują "meeting room" wyposażony projektor i nagłośnienie. Nauczycielka angielskiego decyduje się tłumaczyć na tajski, zbiera się grupa ponad sześćdziesięciorga dzieci i ruszamy. Pokaz slajdów, opowieść o Polsce, kolorowanki, odbitka dłoni na fladze, balony i ostatnia paczka krówek do rozdania. Nauka polskiego idzie strasznie opornie, zresztą jak rónież zapamiętanie naszych imion. Nie ma się co dziwić, w końcu to tak odległe od siebie języki.

Welcome to Kho Lanta.

Każdą krówkę dzielimy na trzy części - to już ostatnia paczka.



Według dzieci, najzabawniejsze zdjęcie pokazu.



Na koniec w podziękowaniu zespół tańca z tutejszej szkoły prezentuje nam tradycyjny taniec z elementami akrobatyki. Dziewczynki zwinnie "tańczą" również palcami dłoni, na których mają założone metalowe nakładki z długimi paznokciami. Kilka z nich zgubiło je podczas tańca. Po występie podniosłem dwa z ziemi i założyłem na palce. Zrobiłem chyba coś głupiego jako facet bo rozśmieszyłem tym do łez całą zebraną grupę. Wielkie pożegnanie nie miało końca i wzajemne podziękowania również. Po wyjściu z budynku do Arletty podbiegła mała dziewczynka i wręczyła jej piękne serduszko z błyszczącymi kamykami a kiedy wsiedliśmy na nasze mechaniczne rumaki machała do nas na pożegnanie niemal cała szkoła. 
Dziękujemy Koh Lanta !!!






2011-11-11

Dzieci gorszego boga....

To jest chyba coś co najbardziej przytłacza w Indiach. Biedne, żebrzące dzieci ulicy. Porzucone, brudne, zaniedbane, głodne, często też okaleczone, pozbawione opieki dorosłych i jakiejkolwiek miłości. Zadziwiająco dobrze znające język angielski, często posługują się nienagannym akcentem i dużym zasobem słów. Są niczym muchy, które nie przejmują się odganianiem i wciąż z uporem łapią za ręce i proszą. Dla mnie to wyjątkowo ciężkie przeżycie bo bardzo trudno jest sprawić by serce skamieniało i nie reagowało współczuciem i empatią. Teraz potrafię zrozumieć Matkę Teresę - bo wobec takiego rodzaju biedy trudno pozostać obojętnym. Jak sprawić by patrzeć i nie widzieć, słuchać i nie słyszeć, gdy małe rączki głaszczą cię w nadzieji otrzymania czegokolwiek a wielkie, czarne oczęta z błaganiem patrzą licząc na każdy twój gest dobrej woli. Powoli uczę się traktować to jako przedstawienie bo wiem, że prawie wszystkie z tych dzieci wykorzystywane są do żebrania przez dorosłych, którzy w ten sposób zarabiają na nich pieniądze. Lecz wciąż zdaję sobie sprawę, że większość z nich jest naprawdę głodna, nie mają nic a każde odtrącanie zabiera im też nadzieję na lepsze jutro. To są przecież tylko dzieci, wrażliwe, niewinne, w żaden sposób nie zasługujące na taki los. Wykorzystywane, porzucone i zagubione muszą uczyć się życia w ten najgorszy ze wszystkich sposobów - zdane tylko na siebie.

Czasem tak niewiele potrzeba - na zdjęciu mali szczęściarze.

Udawało mi się być twardą do momentu gdy mała, drobniutka dziewczynka w wieku Aiszy podeszła do nas i z nieśmiałym uśmiechem założyła na rączkę Arletty bransoletkę zrobioną z kwiatków jaśminu. Za chwilę z kieszonki wyciągnęła kolejne dwie i zawiązała je na mojej i na Aiszy ręce. Nie chciała pieniędzy, powiedziała, że ma na imię Savi i chciała wiedzieć jakie są nasze imiona. Zapytała gdzie idziemy i widząc, że kierujemy się do sklepu poprosiła nieśmiało o to, czy możemy kupić jej mleko i ryż. Wydało nam się to drobnym gestem więc podaliśmy jej obie rzeczy a ona z radością podziękowała i odeszła, machając do nas na pożegnanie. Wiem, że często dzieci odnoszą zakupione rzeczy do sklepu i dzielą się na pół ze sklepikarzem wyłudzonymi pieniędzmi.... i nawet jeśli tak się stanie w przypadku "naszej" dziewczynki to dla nas nie ma znaczenia. Najważniejsze, że nie daliśmy pieniędzy..... bo dawanie pieniędzy to w Indiach najgorsze co można zrobić. Zaraz zbiegają się całe tłumy żebrzących dzieci (oraz dorosłych) i wszyscy chcą po kilka rupii (1 rupia to ok. 7 groszy) i w ten sposób możemy wpędzić się w niezłe tarapaty.

Życie na "swoich śmieciach" staje się realistyczne.

Z Aiszą i Arletką wpadłyśmy na pomysł, że przy pomocy rządów międzynarodowych (które marnują tyle pieniędzy na wojny i różne "misje pokojowe" na przykład w Afganistanie czy też Saharze Zachodniej) oraz rządu Indii (który wcale nie jest biedny bo ma najnowocześniejsze technologie i wiele surowców naturalnych)  powinno się powyławiać wszystkie biedne dzieci ulicy i utworzyć dla nich  porządnie wyposażone wioski dziecięce. Tak by każde dziecko miało w nich swoje łóżko oraz czyste ubranie i jedzenie. Zatrudnieni byliby tam nauczyciele i dzieci mogłyby chodzić do szkoły zamiast pracować. Mogłyby nareszcie zmienić swoje życie, wyrwać się z zaczarowanego kręgu nędzy i beznadzieji.... nareszcie mieć prawdziwe marzenia - z nadzieją na ich spełnienie. Pozostaje jeszcze sprawa kast, nas to przerasta...

Tego wam życzymy - wszystkie biedne dzieci Indii (i innych krajów)....
a na razie wybaczcie nam, że będziemy ignorować wasze prośby i udawać, że was nie widzimy....
i choć nasze oczy pozostają otwarte musimy zamknąć nasze serca - bo całego świata nie uda nam się zmienić, musimy poprostu przejść obok i iść dalej swoją drogą.

2011-10-27

Rafiki...

Dziś odezwał się znajomy „couch” (z portalu couchsurfing) i zaprosił nas do siebie do wioski. Poprosił nas również o warsztaty dla dzieci ze świetlicy, informując, że choć warunki nie są zbyt dogodne w bardzo skromnej ale prężnie działającej szkole, gdzie może i nie ma ławek ale za to głód wiedzy i chęć uczestniczenia w zajęciach tak dzieci jak i nauczycieli rekompensuje wszystkie braki. Bardzo nam smutno rozstawać się z wspaniałymi ludźmi, których poznaliśmy tu w Segerea ale czas już jechać dalej... bo w myślach wciąż jak mantra powtarzamy: safari... oh, safari już czas...


Na pożegnanie otrzymujemy wielką pomoc w postaci transportu do wioski naszego znajomego oddalonej o ponad godzinę jazdy oraz wiele ciepłych słów wsparcia. To niesamowite wiedzieć, że są ludzie, do których możemy zwrócić się gdyby coś działo się nie tak: „Jakby co, to wystarczy telefon a przyjedziemy z odsieczą” - DZIĘKUJEMY i liczymy na to, że nie będzie takiej potrzeby ;-)


Trafiamy do miejscowości Mathias, kawałek za Kibaha. Bernard zabiera nas do swojego domu. Dominika stara się pomóc przy obiedzie i robi szpinak według instrukcji Upendo.


Poznajemy kolejno sąsiadów, którzy podchodzą lub podjeżdżają aby się przywitać z nami oraz rodzinę i znajomych, którzy to raz po raz zachodzą do domu. Rozmawiamy sobie luźno o tym co jeszcze chcielibyśmy robić w Tanzanii, więc pada też pytanie o safari. Popołudniu Bernard poprzez nauczycieli skrzyknął ferajanę dzieci do świetlicy i tam w prowizorycznych warunkach, bez prądu próbujemy zrobić warsztaty. Najpierw ustawiamy ławki, jedna na drugą aby rzucić pokaz z projektora ukrytego w kamerze. Przyciemniamy okna czym się da. W ruch idą oparcia foteli, zasłony przyniesione z domu oraz kawałek kartonu.


 Ruszamy z pokazem mimo tego, że nadal jest dość jasno w środku – inaczej się po prostu nie da. Dzieciaki oglądają i zapada cisza, pomimo wcześniejszych wrzasków i gonitw. Starsze dzieci schodzą się jeszcze ale po cichutku zajmują miejsca z tyłu. Nie wszyscy rozumieją angielski ale i tak patrzą na slajdy z zaciekawieniem.


Potem nauka polskiego i kolorowanki. Przed chwilą zrobione kopie w ilości pięćdziesięciu sztuk rozchodzą się w kilka sekund. Robimy sobie zdjęcia i fotografujemy rozweselone dzieciaki. Wraca Bernard a wraz z nim uśmiechnięty od ucha do ucha koleś z dredami w rastamańskiej czapce. To Simon, człowiek orkiestra. Przewodnik po buszu, organizator wypraw, nauczyciel i twórca projektów w jednym. Od razu łapiemy dobry kontakt i wspólnie śmiejemy się z głupot.




Łapiemy daladala i jedziemy do Kibaha, bo tam jest bankomat. Działa ale jest limit. Mimo to po raz pierwszy w życiu wybieramy z bankomatu pół miliona ;)
W drodze powrotnej idziemy przez targ. Podglądamy ludzi grających w Bao, odmianę gry mancala, ponoć najstarszej gry na świecie w której to na drewniaj planszy z otworami różnego kształtu gramy małymi koścmi.


Kupujemy na targu rzeczy na kolację, między innymi mleczko kokosowe, z którego Mamakrisi zrobi ryż z sosem. Siedzimy potem długo do nocy, rozmawiamy o życiu i śmierci oraz oglądamy zdjęcia z ludźmi ze świata, którzy odwiedzili Bernarda. No właśnie, siedzimy, ale na zewnątrz po zmroku, łamiąc wszystkie zasady rozsądnego Mzungu. Na nasze szczęście tak mocno jesteśmy posmarowani Muggą, że aż się cali od niej kleimy. Ugadujemy się na wyjazd na safari z Simonem. Bernard oddaje nam swój pokój bo w gościnnym nie mieszczą się dwa duże materace dla nas. Potem montujemy dodatkową moskitierę w nieco kaskaderskich warunkach.


Wielkie dzięki najsympatyczniejszy człowieku na świecie. Jeśli będziesz to czytał, to wiedz, że bardzo ci dziękujemy - jesteś super gość! Rafiki - znaczy przyjaciel...

ps.
Mama! wiem że czytasz bloga - strasznie za tobą tesknimy, zwłaszcza Aisza - jak ma chwilę słabości to chce wracać, wskoczyć w piżamkę i ... wiesz gdzie ;) całusy. Serdecznie pozdrawiamy naszych rodziców i nasze babcie (trzymajcie za nas kciuki, bo od czasu do czasu tego potrzebujemy) - wasze nie umiejące usiedzieć w miejscu RDAA :)

2011-10-26

Habari! Nime toka Poland.

Jesteśmy drugi dzień w Tanzanii. O 9 rano miał przyjechać po nas szkolny mikrobus, ale jak stwierdził jeden z naszych znajomych opady śniegu, zawieje i zamiecie spowodowały lekki poślizg czasowy ;) Jedziemy w rastamańskim klimacie, bo muzyczka i kolory czapki kierowcy żywcem jak z Jamajki. Szkoła pod którą podjeżdżamy jest już z zupełnie innej bajki.


Nowoczesna jak na tutejsze warunki, piękna w całości i od razu rzuca się w oczy ogólnie panujący porządek. Siostry witają nas serdecznie a wśród nich jedna z naszego kraju, od lat na misji w Afryce. Serdeczne uściski i „dzień dobry” brzmi jakoś bardziej wyjątkowo niż zwykle. Szkoła istnieje zaledwie od kilku lat a już wyrobiła sobie dobrą renomę. Nasze odwiedziny w klasach tylko to potwierdzają. Wykładowym jest język angielski więc dzieciaki mają zagwarantowaną lepszą pozycję startową w przyszłą edukację. Czwarte klasy intensywnie pracują ponieważ przygotowują się do egzaminów państwowych. Po pierwszym, regionalnym zajęli drugą pozycję w okręgu.

Dzieci wyjątkowo grzecznie siedzą w klasach w swych pięknie skrojonych mundurkach. Uśmiechają się i witają nas po angielsku. Pierwsze klasy jeszcze nieco słabiej ale od drugiej w górę już świetnie się komunikują. Na warsztaty zapraszamy dwie klasy trzecie czyli niespełna sześćdziesięcioro uczniów. Rozkładamy sprzęt, kiedy po cichutku zjawiają się w sali na najwyższej kondygnacji i w liniach siadają jedno obok drugiego.


Witamy się i ruszamy z pokazem. Z wielkim zainteresowaniem oglądają slajdy ale najbardziej podoba im się bałwan i śmieją się w głos, że w Tanzanii śnieg można znaleźć tylko na szczycie Kilimandżaro. W nieprawdopodobnym skupieniu śledzą każde zdjęcie i chórem, rezolutnie odpowiadają na pytania. Potem chwilę dłużej zatrzymujemy się przy zdjęciu rysia, bo w końcu tutaj w Tanzanii żyją dzikie koty i inne rzadkie gatunki zwierząt. Okazuje się jednak, że dzika fauna na tyle odsunęła się od osad, że zamieszkała w rezerwatach i parkach, wiele kilometrów stąd. Tutejsze dzieci jeżdżą na wycieczki do zoo w Dar es Salaam. Tradycyjnie już nauka polskich słów i śmiech na sali, bo nasze „cześć” okazuje się strasznie szeleszczącym słowem. Idzie im świetnie.


Potem rozdajemy kolorowanki i kredki, a nasi grzeczni słuchacze w ciszy kolorują rysunki, najładniejsze prace nagradzamy nadmuchanymi na prędce balonami z napisem wykonanym czarnym markerem: „POLAND”.




Następnie rozdajemy krówki, tym razem podzielone na trzy części gdyż mamy ich mało a przed nami jeszcze kilka spotkań. Dzieci liżą je najpierw aby językiem wybadać smak po czym wszystkie je zjadają.


Czas na wspólne zdjęcie i powoli kończymy warsztaty. Prosimy o odbicie rączek na naszej fladze i znów mamy bliźniaki, więc pojawiają się kolejne dwa „hand printy”.


Jedna z dziewczynek poproszona przez nas aby opowiedziała o swych marzeniach zdradza nam je do kamery, mamy nadzieję zebrać takie wypowiedzi od innych dzieci w różnych krajach. Wtedy klasy stają naprzeciw nas i śpiewają piosenkę z podziękowaniem dla Dominiki, która prowadziła zajęcia. Robią to tak, że aż pojawiają się dreszcze na skórze a Dominice kręci się łza w oku. Trudno pohamować emocje kiedy tak z czystego serca płyną miłe słowa za wspólnie spędzony czas. Sekretarz szkoły jeszcze raz oprowadza nas po niej po czym chwilę rozmawiamy na korytarzu o tym jak to jest, kiedy dorośli oglądają nasze slajdy. Czują, że chcą poznawać i odkrywać – przyznaje, bo tak jest w jego przypadku. Dochodzimy wspólnie do wniosku, że najważniejsze to mieć marzenia i starać się je realizować.

Po powrocie do bazy idziemy do wioski na zakupy. Trzeba kupić baniak wody bo ta z kranu nie za bardzo nadaje się do spożycia. Studnie głębinowe owszem są ale bywa, że natrafi się na słoną wodę. Na targu sprzedawca owoców najwyraźniej ma z nas niezły ubaw bo wykrzykuje coś w suahili i wszyscy dookoła też się śmieją. Z pewnością dlatego, że kroi nas niemiłosiernie a my się dajemy. No ale cóż, skoro za trzy kilogramy bananów, wielkiego ananasa, olbrzymią papaję i pięcio kilogramowego arbuza oraz kilo ogórków i pomidorów płacimy niespełna dwadzieścia złotych. Pewnie dużo ale jesteśmy szczęśliwi, że mamy świeże owoce i to nam wystarcza. Co do płatności, ze sprzedawcą dogadujemy się systemem obrazkowym, czyli on wyciąga banknot i pokazuje nam ile za daną rzecz oczekuje, po czym ja wyciągam swój pieniądz i oferuję, ile dla mnie to jest warte. Zresztą trudno tu cokolwiek szacować skoro nic nie jest ważone tylko wyceniane, na tak zwane oko.

Wieczorkiem idziemy do kościoła, tam akurat rozpoczyna się różaniec a po nim przygotowania do bierzmowania. Dzieci w ławkach siedzą według wzrostu. W rogu kościoła obok małych organów stoją afrykańskie bębny w różnych rozmiarach. Nagle rozbrzmiewa pieśń w suahili. Śpiewana na dwa głosy wibruje przez uszy i dochodzi do serca. Unosi się w górę a potem cichutko opada, tak, że nam opadają szczęki i miękną nogi. Trzeba przyznać: głosy to oni mają piękne!

ps.
przesyłamy gorące pozdrowienia z Tanzanii dla rodziny Markowskich z Sopotu, której członkowie mocno nam kibicują, jako niezłomni idealiści załączamy przesłanie widoczne ponad naszymi głowami...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...