Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynie. Pokaż wszystkie posty

2012-02-29

Podróż przez religie i wierzenia świata - część I

"Podróże są jak ożywcza kąpiel dla umysłu, jak rysunek Medei,
 który sprawia, że znów jesteś młody."
                                           Hans Christian Andersen - "Baśń mojego życia".
                                                                       Rozdział VII

Przed świątynią Gurudwara w Delhi.

Krzyż na kościele w rezerwacie rdzennych mieszkańców Ameryki Płn.

Myślę, że zbędny jest tu opis.

Pomnik Pomordowanych Żydów Europy W Berlinie.

Duomo St. Maria Nascente di Milano.

Portret Rumiego w Konyi.

Meczet Koutoubia, Marrakesz.

Meczet na południu Turcji.

Sąsiadujące ze sobą kościół i meczet - Marrakesz.

Kościół katolicki - Tanzania.

Swayambhunath -Katmandu, Nepal.

Katmandu, Nepal.

Świątynia w drodze z Katmadu do Bakhtapur.

Kathmandu - Durbar Square.


Boudhanath Stupa -Katmandu.

Boudhanath Stupa -Katmandu.

Boudhanath Stupa -Katmandu.

Świątynia przy Boudhanath Stupa -Katmandu.

Obrzędy pogrzebowe - Nepal.

Istambuł, Turcja.

Konya, Turcja.


2011-12-10

Great (Fire)Wall i miasto kóz....



 Jak mówi stare, mądre chińskie przysłowie: „Chcesz coś spieprzyć, to zburz stare i postaw w to miejsce nowe.” Chyba tą wymyśloną przeze mnie na prędko nie-złotą myślą kierowali się twórcy nowego lay out'u Chin. Dla mnie kłóci się całkowicie wygląd Koziego Miasta (Guangzhou) z wyobrażeniem o starym Kantonie. Nazwa miasta łączona jest z kozami oraz założycielami miasta, pięcioma nieśmiertelnymi, którzy dosiadali tychże zwierząt właśnie. Teraz jednak zamiast ryksz z napędem nożnym i woźniców z wielkich okrągłych kapeluszach mamy nowoczesne wieżowce apartamentowce, biurowce, budowle o kosmicznym kształcie i futurystyczne stadiony, opery i nikomu niepotrzebne wieże (potrzebne do zrobienia sobie fotki :)


Piękne są te Chiny, tylko bloki troszkę zasłaniają :) 

Pierwsze wrażenie po przybyciu: szkło, aluminium i beton. Ulice szerokie, przestrzenie pomiędzy budynkami wielkie jak place, skutery na prąd i samochody mknące po kilka sztuk w polu widzenia na czteropasmowych drogach. Dopiero wieczorem kiedy do centrum docieramy metrem, w którym traci się pół dnia wcale nie na oczekiwanie czy ze względu na tłum lecz na rozpiętość sieci podziemnej kolei dojeżdżamy do centrum. Widzimy wreszcie w handlowej dzielnicy specjalizującej się w hurcie małe domki, oczywiście odrestaurowane. Straganiki na parterze i ludzie weselsi, zaczepiający i zagadujący. Kobieta sprzedająca warzywa patrzy na Dominikę i dziewczynki, pokazuje na swój brzuch, potem na Dominikę i buja rękoma w powietrzu. Potem zaczesuje włosy na bok tak jak noszą tutaj mali chłopcy... ok, łapiemy – do kompletu brakuje syna. Inny gość widzi mnie z aparatem na szyi i zachęca do zrobienia fotki. Chwyta zębami kawał surowego udźca i gryzie. Robię zdjęcie ale w momencie kiedy koleś sam się z siebie śmieje. Jest klimat ale tylko przez chwilę bo za rogiem wydając przeraźliwe dźwięki pracuje olbrzymi dźwig. Sprząta to co zostało ze starych kamienic z wąskimi przejściami i zbliża się nieuchronnie w kierunku niskiej zabudowy. W tym miejscu powstanie kolejny gigant z milionem pięter i sklepami, których tutaj jest tyle samo co mieszkańców Chin.




Szukamy budynku o nazwie „Stone House” bo mamy nadzieję na znalezienie, jeśli nie drewnianego to choćby kamiennego starego Kantonu. W pewnym tylko sensie znajdujemy bo ten kamienny dom to nic innego jak kościół, stary kościół. Wracamy po 22-giej ale jakoś wbrew naszym przypuszczeniom jest bezpiecznie. Wszędzie kamery, tu i ówdzie policjant. O całkowitym bezpieczeństwie nie pozwalają zapomnieć jednak metalowe drzwi mieszkań i krata oddzielająca kierowcę taksówki od pasażerów.


Największą atrakcją Guangzhou ma być sięgająca na ponad 450 metrów (iglica anteny tej wieży kończy się na 600 metrze) Canton Tower nad brzegiem Perłowej Rzeki oraz znajdująca się w pobliżu pagoda. Wieża jest olbrzymia i robi wrażenie jako pochwała dla konstruktorów ale jest tak wysoka, że jej szczyt ginie gdzieś we mgle. Rzeka ma kolor każdy inny niż perłowy ale ponoć najpiękniejsze widoki są z niej  po zmroku, kiedy płyniemy łodzią i miasto rozświetla niezliczona ilość neonów - na samej Canton Tower zainstalowano ponad siedem tysięcy paneli LED.



Zamiast pobliskiej pagody podziwiamy o wiele ładniejszy obrazek. Starszy mężczyzna pomimo padającej mżawki w skupieniu ćwiczy Tai Chi czyli medytację w ruchu a każdy jego ruch jest płynny i zaplanowany. Dziewczyny potem próbują naśladować ale sprawa okazuje się o wiele trudniejsza niż myślały.



Warto zobaczyć jeszcze Świątynię Pięciu Nieśmiertelnych i dworzec kolejowy, który pozwoli ci jak najszybciej uciec z tego niezbyt uroczego miejsca :)
Dla chętnych i odważnych:
Top 10 Guangzhou
Mapa Metra Guangzhou 
- przejazdy metrem w zależności od trasy od 3-5 CNY czyli od 1,5 do 2,5 PLN
- bilety  (tokeny) tylko jednorazowego przejazdu ale z możliwością zmian linii, karty dzienne lub dłuższe dla nas niedostępne :(
- automaty mają Windows więc się zawieszają i resetują - serio ! i to czasem tuż po przyjęciu pieniędzy (wyłącznie  monety 1 CNY i banknoty max 10 CNY)
- 1 CNY = 0,53 PLN

Życie na walizach nabiera nowego znaczenia.

Kolejne zaskoczenie, Chiny szykują się do Świąt Bożego Narodzenia, trochę to dziwi w ateistycznym z założenia kraju. Ponadto tradycyjne chińskie lampiony i czerwono-złote zawieszki zostają zastąpione tandetnymi w wykonaniu  mikołajami, reniferami, i napisem "let it snow" w miejscu gdzie raczej nigdy nie pada śnieg.




Kanton to miejsce wyjątkowe ze względu na kulinaria. Tutaj jeszcze bowiem w odróżnieniu od reszty kraju nadal jada się wszystko. O mieszkańcach tego regionu mawia się, że jadają wszystko co ma cztery nogi i nie jest stołem, wszystko co lata i nie jest samolotem oraz wszystko co pływa a nie jest statkiem. Jedząc na ulicy można natknąć się na potrawę ze zwierzątek uznawanych w większości krajów za domowe pupile. Obraz psa pakowanego do kartonika zostawi w nas pewnie traumę do końca życia i nawet myśli o próbie odbicia go stały się wtedy całkiem realne.



Kanony mody nie obowiązują. Całkiem na miejscu jest wyjście będąc ubranym w sweter w wielką pandę, prześwitującą halkę i do tego długie buty "na muszkietera", czemu nie ;-).... Tak krótko o strojach, warto nadmienić, że szare jednakowe mundurki szkolne odeszły do lamusa a zastąpiły je jednakowe dresy. Ot, tak na sportowo :)
Nieznajomość języka angielskiego jak na razie jest przerażająca. Zagadywani o drogę ludzie albo udają, że ciebie nie ma, albo odskakują nagle ze strachem w oczach, jakbyś był trędowaty. Dosłownie, nawet obejrzałem się odruchowo czy nie mam czegoś przerażającego na sobie. Strach? Może. Być może to braki w angielskim paraliżują. Podobnie jak policjanta, który chroniąc się przed "utratą twarzy" i zhańbieniem się niewiedzą opowiada jakieś głupoty po chińsku i pokazuje nam drogę w zupełnie innym kierunku. Ale takie pogaduchy na ulicy to "pikuś" w porównaniu z obsługą rzeczy ważnych, choćby kupowaniem biletów na dworcu. Trzeba to przeżyć na własnej skórze. Stwierdziliśmy, że skoro oni mówią do nas po chińsku, którego nie znamy, my będziemy mówili do nich po polsku ale wolno i wyraźnie, wstawiając coś tam po angielsku. Bilety kupiliśmy :) Wspomnienie o wielkim cesarstwie umyka jednak, tak jak stare budynki w Kantonie.




Co robić w mieście handlu? Trzeba pójść na spacer po największym deptaku Chin i oglądać świecące neony, sklepy z głośną muzyką i kramy z cudami na patykach do jedzenia. Wieczorami wszystko na Beijing Lu, Wende Lu oraz Xiajiu Lu rozświetlają ogromnej wielkości telebimy i neonowe reklamy. Kupić można niemal wszystko. Pewności nie masz tylko czy kupujesz oryginał czy podróbkę, bo wraz z rozwojem Chin idzie poprawa jakości produktów - tych podrabianych też. Czasami tylko cena odkrywa co jest, a co nie jest oryginałem.



Jest coś, co przypomina ciągle, że gospodarka jest co prawda kapitalistyczna ale ustrój państwa jednak wcale nie i tkwi zaciekle w surowym systemie. Wielki Mur a właściwie Wielka Zapora Ogniowa przed dostępem do internetu blokuje wejścia do poratli społecznościowych (Facebook), video streamów (Youtube) czy też stron z blogami (Blogspot). Nie połączysz się również z portalami prasy zachodniej ani z innymi, otwarcie mówiącymi o demokracji, seksie czy też Tybecie. Wielki Mur informacyjny próbuje zamknąć mieszkańców Chin w klatce niewiedzy ale czy się uda ? Szczerze powątpiewam, dostępne są bowiem na rynku wirtualnym narzędzia do obejścia identyfikacji adresów IP wychodzących z Kraju Środka... jest więc sposób na cenzurę :)
Listę wyłączanych stron i portali podaje między innymi Wikipedia (sama znajdująca się na liście).

Akcja dywersyjna w metrze, powiesiliśmy 
zakazany przez władze blogspot na tablicy.

Ale o tym ...szaaaa, bo nas całkowicie zbanują :) 

Pierwsze wrażenie musi być dobre, drugiego pierwszego wrażenia bowiem nie będzie. Zatem parafrazując pewną reklamę i cytując naszą córkę:
- Jaki ci się podoba w Chinach?
- Fajnie!
- Ale tak w dwóch słowach...
- Nie fajnie!
Oby kolejne miasto przypominało stare filmy z Brucem Lee lub jeszcze starsze z Jackie Chanem ;) bo jak do tej pory, nieżyjący już mistrz spogląda na nas z reklam fast food-u o wszystko mówiącej nazwie "Kung Fu"...

2011-11-25

Siam...lekkie zaskoczenie.


Zanim tutaj dotarliśmy, ostatni obraz jaki miałem przed oczami to Bangkok z drugiej części filmu „Hang Over”, czyli... kto widział film ten się domyśla. Tymczasem życie realne dalekie jest od filmowych scenariuszy (z pewnością znajdzie się ktoś, kto tak tutaj zaszalał, że się ze mną nie zgodzi). My jednak w naszej podróży z przyczyn oczywistych trzymamy się z dala od dwóch pozostałych, poza „rozmowami” największych przyjemności dla Tajów. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że niewymienione przeze mnie dwa pozostałe to jedzenie i seks :)


Skupmy się zatem na mniej przyjemnych atrakcjach miasta i wybierzmy się na pierwszy rzut w okolice China Town. Założona przed wielu laty chińska dzielnica wokół Yao Wa Rad jest jedną z najstarszych w mieście. Pierwotnie jako miejsce handlu przedsiębiorców przybywających tutaj z towarami na swoich dżonkach w skromnie skleconych budkach nad brzegami wąskich rzek. Swoją reputację zdobyła głównie dzięki zamiłowaniu do hazardu, dużej ilości palarni opium, lombardów oraz domów publicznych. Ze względu na wystawiane przed nimi latarnie koloru zielonego otrzymała ona nazwę Green District. W szybkim tempie stała się najbogatszą dzielnicą a decyzja budowy głównej drogi (w kształcie smoka) przyczyniła się do jej rozwoju. Dzisiaj pozostały lombardy, sklepy ze złotem oraz uliczne kuchnie.

My trafiliśmy do jednego z barów o nazwie „Smaczna małpka”. Właściciel co prawda małpek nie serwuje al zasługuje na krótką notkę ze względu na kartę dań jaką to posiada na wyposażeniu. Aby ułatwić gościom, głównie zagranicznym wybór dania powsadzał w album zdjęcia swoich posiłków i nakleił na nie ceny. Patrzysz na fotkę, podoba się, patrzysz na cenę, też się podoba i zamawiasz, choć tak naprawdę nie wiesz do końca co.



Spacerując ulicami nie da się nie zauważyć, że Bangkok cały czas żyje pod presją wody. Zagrożenie powodzią było i jak widać nadal jest. Sklepikarze bronią swego dobytku budując zapory w postaci murów lub obstawiają wejścia workami z piaskiem. Na straganach wiszą kalosze ze spodniami do pasa a pompy do wody można dostać w każdym większym sklepie. Dopóki na północy kraju pada, sytuacja nadal jest poważna.


Z chińskiej dzielnicy idziemy zobaczyć Złote Wzgórze a na nim świątynię. Wysoka na ponad 64 metry pozwala, poza swoimi walorami estetycznymi zobaczyć piękną panoramę miasta. Krętymi, płaskimi stopniami idziemy ku górze mijając dziesiątki dzwonów. Na szczycie zapalmy świeczkę i kadzidła i uderzamy w gong znajdujący się na tarasie. Podczas wejścia i zejścia słyszymy mantrę dochodzącą z głośników znajdujących wzdłuż całej ścieżki.







Potem mamy małą sprzeczkę z kierowcą tuk-tuka, który zamiast wieźć nas do Thai Center próbuje wcisnąć nam garnitury szyte na miarę a potem jakieś drogie błyskotki. Żegnamy się nieczule i żałujemy, że trafiliśmy na krętacza bo straciliśmy niepotrzebnie dużo czasu. Robi się ciemno a ja wymyślam atrakcję na wieczór. Decyduje się na nią jedynie Arletta i tym samym po dwudziestu minutach drogi stajemy pod stadionem Raja Boxing. Kupujemy bilety i idziemy obejrzeć na żywo walki Muay Thai. Siadamy w pierwszym rzędzie przy ringu i zamiast patrzeć na pojedynek najpierw rozglądamy się po okrągłej hali, na której panuje ogromny wrzask i zamieszanie. Kibice tutaj przychodzą głównie dla zakładów a dla wielu to jest jedyne źródło utrzymania. Tuż po zakończonej drugiej z pięciu rund rozgorzewa największa euforia obstawiania wyników. W górze widać machające dłonie i różne gesty. Ludzie krzyczą a nawet przepychają i szarpią. Wtedy kibicowanie nabiera tempa a każde uderzenie kolanem lub obalenie nagradzane jest krótkim krzykiem uznania podobnym do hiszpańskiego „ole”. Emocje są spore bo wynik też nie jest łatwy do przewidzenia. Ilość zadanych czystych ciosów może być mniej punktowane niż zaciętość zawodnika i jego nieustający atak.






Jest w Muay Thai swoista magia, którą najlepiej uwidacznia „taniec śmierci”, rytuał odprawiany przez zawodnika przed walką. Potem wygrywa już lepszy i zostaje tylko jeden „one man standing”. A że jest to sport w którym kolana i łokcie mogą zrobić krzywdę pokazuje nam pierwsza krew na głowie zawodnika. Dla zwycięzcy chwała i złoty pas, dla przegranych ciężka praca przed kolejnym turniejem.










ps.
pozdrowienia dla sekcji sztuk walk AM w Gdyni a w szczególności dla Michała, Mariusza, Wolfa, Arka, Przemka oraz całej reszty fighterów boksu tajskiego i zawodników TaeKwonDo.
3majcie się chłopkai i dokręcajcie biodra :)
qrcze, taka ilość kopnięć w stosunku do pracy rąk jaką chłopaki w Tajlandii wykonują podczas walki jest naprawdę imponujące... trza kopać :)






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...