Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty

2011-10-23

Turkiye - podsumowując.

Powoli żegnamy się z tym balansującym pomiędzy kulturami krajem. Jesteśmy pełni podziwu dla jego nowoczesności a ludzie, których spotkaliśmy po drodze byli świetni. Nawet jeśli problemem było czasem porozumiewanie się, to i tak wspólnymi siłami zawsze dobrnęliśmy do celu - bez bakszyszu w dodatku. Jednym słowem Turcja jest rewelacyjna i nie wolno jej oglądać z okna hotelowca nad morzem ;) Wykupujcie wycieczki lub wsiadajcie w autobus i oglądajcie...
Ważne wyrazy na start:
cikis - wyjście
giris - wejście
sao -dzięki
otogar -autokar
tavuk - kurczak
ekmek - chleb
durum - naleśnik pszenny
cips - frytki
dogal mineralli su - woda mineralna
dogal kaynak suyu - woda źródlana
Kilka słów o jedzeniu:
Jeśli ktoś ma zamiar trzymać dietę to Turcja nie jest dobrym dla niego miejscem. Jej mieszkańcy są bowiem mistrzami w kulinarnej dziedzinie. Począwszy od wypieczonego bajgla sprzedawanego na ulicy (1TL), poprzez smakujące jak pieczone w ognisku ziemniaczki grillowane kasztany, na przeróżnych słodkościach kończąc. Ja wreszcie odnalazłem upragniony smak baklawy. Te słodkie, miodowe ciasteczka z mielonymi orzeszkami występują tutaj w wielu wariacjach - również w wersji czekoladowej.


My wsmakowaliśmy się w ryż zawijany w liście winogron - yaprak sarma, w jajecznicę z papryką i pomidorami - menemen, zupę (szorba) w wielu odmianach, kebab oczywiście do wyboru z kurczakiem lub baraniną, koftę - mielone mięsne kuleczki oraz słony jogurtowy napój -ayran.
Ze słodkości wyjątkowe są orzechy włoskie zatopione w gęstym soku z winogron oraz miód sprzedawany wraz z kawałkiem woskowego plastra - petekli cicek bali.
Jeśli gdziekolwiek zrobiłem błąd w tureckiej pisowni to mnie poprawcie ;)
Na koniec to co mnie zaskoczyło najbardziej:
- w szkołach klasy mogą liczyć nawet około 60 uczniów,
- na autostradzie pomiędzy autami można spotkać sprzedawców bananów, bajgli oraz bębęnków, ogólnie kwitnie przedsiębiorczość, ryzyko małe bo sprzedaż odbywa się głównie w korkach,
- paliwo kosztować tutaj może nawet około 8 złotych za litr,
- na drogach szybkiego ruchu jest taki środkowy pas na który można wjechać z obu zewnętrznych pasów w dwóch kierunkach - nazwałem go pasem kamikadze ;) znając temperament tureckich kierowców trzeba być niezwykle czujnym i ostożnym...

ps.
W czasie podroży ludzie dowiadują się o sobie więcej niż w czasie calego życia. Ja na przyklad dowiedziałem się ze moja żona przeczytala kiedyś cały atlas grzybow... i to po czesku ;-0
Arletce zmienia się i kształtuje smak, zaczęła bowiem zajadać długie, ostre papryki i twierdzi, że są spoko, kiedy nam wypalało usta - zobaczymy co będzie dalej :)
Dziś wieczorem ruszamy na Afrykańską ziemię.... no to życzcie nam udanego lotu przez Kair do Dar es Salaam w Tanzanii

No no no ... Constantinopoli !

Jesteśmy wymordowani i to tak, że żadne dwa kilogramy granatów ani zielone mandarynki nie są w stanie tego zmienić. A propos, zielone mandarynki w środku są pomarańczowe i do tego niewiarygodnie dobre.
Metro, tramwaj, dalej z buta. Sulatanahmet to chyba już będzie nasza dzielnica. Zresztą po drodze poznaliśmy koleżkę, który wyjątkowo dobrze mówił po polsku. To znaczy, że poza "jak się masz kochanie" i takimi tam, porozumiewał się w stopniu zaskakująco dobrym.
- A most Polonez już widzieliści? - pyta.
No, nie bo nawet o nim nie słyszeliśmy.
A on na to, że 150 lat temu dotarła z Polski do Istambułu ogromna fala uchodźców czy emigrantów. Założyli nawet swoją polonię i coś w rodzaju dzielnicy. Pracowali ciężko i ponoć budowali wspomniany wcześnie most. Ciekawe...
Pięknie się pożegnaliśmy, wymieniliśmy uściskami i pognaliśmy dalej oglądać Istambuł. Pogoda o wiele lepsza niż ostatnio więc aż chce się chodzić. Wreszcie udaje mi się wejść do Błękitnego Meczetu (wcześnie dwa razy trafiłem na czas modlitwy). Pierwsze wrażenie jakie ogarnęło mnie po wejściu to scena z filmu " Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" kiedy padają słowa w podobie do tych:
- Co czujesz?
- Świece.
- Dobrze, to jest kościół katolicki.
- Co teraz czujesz?
- Czuję zapach stóp.
- Mnie ten zapach uspokaja - i to jest właśnie meczet.


Faktycznie, coś w tym jest. Wprawdzie, zaraz po wejściu zacząłem dyskretnie obwochiwać siebie, w końcu człek jestem w podróży ale to nie ja ani moje buty, zdjęte i odłożone na specjalne do tego miejsce. Do tego zapachu można się szybko przyzwyczaić a klimat panujący po zmroku jest niesamowity. Odwiedzający mogą podejść mniej więcej do połowy, dalej jest miejsce przeznaczone dla modlących się. Imponujące jest błękitne sklepienie kopuły meczetu, teraz już Aisza nie ma wątpliwości dlaczego ktoś nazwał błękitną, szarą na zewnątrz świątynię. Panuje tam specyficzna atmosfera a kolorytu jej dodają nisko zawieszone lampki, jakby tuż nad naszymi głowami.


W rogu siedzi (i tu uwaga!) po turecku grupa dziwczyn z nauczycielem, który opowiada o dziejach meczetu i jego wnętrzu. Przysuwam się bliżej, podsłuchuję ale teraz dopiero do mnie dociera co oznacza: "siedzieć jak na tureckim kazaniu", bo kompletnie ten język do mnie nie przemawia. Nawet ciężko chwycić jego melodię. Jedynę co umiem powiedzieć to "dziekuję" i to jeszcze w zapisie po angielsku, które przy dobrej wymowie może zostać zrozumiane:
"Tea Sugar to Your Room".
Idziemy dalej, przecikając się między tłumem wolno pełzającym w obu kierunkach.
Podpatrujemy panią robiącą tradycyjne placki ze świeżym szpinakiem na metalowej blasze. Potem schodzimy jeszcze nad brzeg Bosforu ale jest już późno, w aparacie pada bateria, więc wracamy do hostelu a tam w naszym dormitorium czeka na nas niesłychany gość, Toshki. Koleś jest z Japonii, rzucił pracę, kupił bilet i od czterech miesiecy błąka się po świecie. Dziwne zachowanie nieprawdaż, biorąc pod uwagę ogólną opinię o niestrudzonej i nieprzerywanej urlopami pracy mieszakńców kraju kwitnącej wiśni. A on nie dość, że pzejechał już pół Azji to tydzień temu był w Sofii autobusem a jutro leci do Pragi a potem jeszcze przez całą Europę. Cieszy nas,  że planuje również odwiedzić Maroko ;) Niezwykle sympatyczny koleś, życzymy ci Toshki udanej wyprawy !!!


Teraz tylko mała przepierka bo się nam brudów nazbierało i możemy iść spać.... jest przyjemnie i swojsko, choć wyglądem sala przypomina raczej więzienną celę... bez okien i z 14 łóżkami dookoła... dla nas najważniejszy jest jednak dobry sen więc -  dobranoc :-)

2011-10-22

Nareszcie ciepło :)

O poranku jedziemy do centrum Konyi, pozwiedzać, poszwędać się i strzelić małą sesję przy lepszym świetle. Około południa wierząc głęboko, że czeka na nas lepsza pogoda przedzieramy się przez wysokie góry byle dalej na południe.


Około siedemnastej docieramy w okolice Antalyi. Na pierwszy rzut idzie Belek. Ponoć nad samym morzem, świetne warunki i nic tylko wypoczywać. Dojeżdżamy na miejsce i wreszcie wkładamy wymarzone sandały bo temperatura sięga dobrze ponad 30 stopni. Idziemy w miasto...hmmm, no troszkę przesadziłem, bo to kurort i do tego z najwyższej półki. Wokół słychać tylko rosyjski, widać zresztą też, bo na sklepach wszystko również cyrylicą. Ceny jak z kosmosu, a zamiast jakiegoś taniego lokalnego przytułku z koftą same sklepy z biżuterią i drogimi markami. Szukamy naszych "couchów" ale Turcja nas nie rozpieszcza. Nikt z hostelujących nam nie odpowiada, wogóle w Turcji jakby się zapadli pod ziemię. Musimy sobie radzić jakoś inaczej i szukamy campingów na plaży. Ten z bambusem w nazwie najbardziej nam pasuje więc uciekamy z dzielnicy drożyzny do chatki na plaży. Szukamy ponad dwie godziny i nic. Jesteśmy w samym centrum Antalyi i czujemy się lekko zagubieni a i pora już późna. Trafiamy na gościa, który prowadzi rstauracyjkę przy deptaku. Pyta czego szukamy i otwarcie zagaduje: hotel czy hostel. My z tej alternatywy wybieramy hostel. Gość macha ręką i pokazuje ścianę. Nagle ściana zwija się do góry i przechodzimy jakby za pomocą szafy z Narnii. Ze zgiełku plażowej miejscowości wchodzimy w cichą, spokojną i na wpół pogrążoną w ciemności Keleici - stare miasto Anatlyi. Prowadzi nas do miejsca wyjątkowego, ukrytej za murami oazy.

- Skąd przyjechaliście. - zapytuje właściciel.
- Z Polski. - odpowiadamy jakoś tak bez większej energii.
Myśli i patrzy na dzieciaki stojące w malutkim recepcyjnym hallu uginające się pod ciężarem plecaków. Żal mu chyba się nas zrobiło, bo cenę dał tak niską, że wstyd byłoby nie skorzystać... w Zakopanem to byśmy chyba w czwórkę obiadu nie zjedli za takie pieniądze. W pakiecie basen z 13 stopniową wodą i bufet w postaci grillowanej rybki. Dzielnica jakby żyła zupełnie innym tempem, niż cała reszta za murami. Wymarzony sen ale coś zasnąć nie można bo w basenie jest coś na wzór fontanny, która szumi i szumi.... i szumi. Wreszcie ktoś ją wyłącza i zapada ciemność.

Następnego dnia zanim szeroko otworzyłem oczy, Aisza już nurkowała w basenie. Czas goni, bo trzeba odwiedzić plażę i się trochę posmażyć. Słońce szybko wchodzi w zenit a my poszukujemy miejskiej plaży w Antalayi. Odnajdujemy ją po wschodniej stronie miasta. Nazywa się Lara i dojeżdżają do niej małe, miejskie autobusy. Zanim dojdziemy do plaży mijamy ogromny pas drzew, pomiędzy którymi ukryte są miejsca na piknik.


Plaża z ciemnym piakiem i małymi kamyczkami ale woda... super. Wreszcie możemy się porządnie wymoczyć i skorzystać z kąpieli słonecznych. Do Arletty przypałętał się jakiś bezpański pies. Położył się na ręcznik i ... kazał się głaskać.


 
Słoną wodę trzeba z siebie zmyć. Infrastruktura świetna, prysznice, toalety i przebieralnie. Znajdzie się coś na ząb i jest kilka atrakcji takich jak pompowany fotel dwuosobowy ciągnięty lprzez skuter lub znane chyba wszystkim loty spadochronem za motorówką.


To był dobry dzień...odpoczynku. Szkoda, że ze względu na ograniczoną ilość czasu nie możemy zabawić tu dłużej. Przed nami nocna podróż na samą północ. Wracamy do Istambułu.

2011-10-21

Konya pachnąca różami

Konyę (Konję) odwiedza się zwykle głównie z jednego powodu - dla Rumiego. Jalal ad-din Rumi, poeta i mistyk suficki żyjący w XIII wieku jest jednym z najbardziej znanych i uznanych na całym świecie twórców literatury perskiej, choć niestety w Polsce jego twórczość nadal pozostaje niedoceniana i nieodkryta. Nazywany w Turcji po prostu Melvana ( Nauczyciel ) jest widoczny i rozpoznawany wszędzie w mieście i okolicach. Jego postać odnaleźć można na plakatach, rzeźbach, wystawach sklepów, restauracji i kawiarni . Nawet ciastka i cukierki sprzedawane są z jego podobizną lub symbolicznym znakiem tańczącego derwisza odnoszącym się do utworzonego przez Rumiego zakonu Tańczących Derwiszy. Rumi urodził się w mieście znajdującym się na terenie dzisiejszego Iranu i w wieku kilku lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Konyi, która w ówczesnych czasach była stolicą prowincji. 



My Konyię odwiedziliśmy również w znacznej części dla Rumiego. W szczególności mnie bardzo interesuje historia i miejsca związane z tym wspaniałym poetą. Poznani w szkole s Niyaz Usta nai nowi, wspniali przyjaciele, nauczycielki angielskie zabrały nas po południu do muzeum, gdzie znajduje się wiele ciekawych eksponatów związanych z życiem i twórczością Rumiego. Dzięki naszym przewodniczkom dowiedzieliśmy się na przydkład, że w dniu śmierci Rumiego sarkofag jego ojca samoistnie podniósł się do pionu Odwiedziliśmy tam również mauzoleum, w którym pochowany jest Melvana oraz wielu jego towarzyszy oraz uczniów związanych z zakonem sufich. Atmosfera w tym miejscu jest bardzo wyjątkowa. Czuć wielki szacunek, którym muzułmanie otaczają Rumiego.


Do miejsca z grobowcami wchodzi się jak do świątyni, trzeba być odpowiednio ubranym, kobiety (jeśli chcą) okrywają głowę a jeśli nie mają swojej chusty mogą wypożyczyć jedną z leżących w pojemniku przy wejściu. Należy też zakryć buty pokrowcem, takim jak u nas w szpitalach. Niektórzy muzułmanie ściągali obuwie i pozostawiali je przed wejściem.  Wyjątkową uwagą cieszy się inkrustowana masą perłową stara skrzynka stojąca w szklanej gablocie pośrodku ostatniego pomieszczenia. Według zapewnień wielu osób jest tam schowana relikwia Proroka Mahometa, kosmyk jego brody. Zadziwiające jest to, że w całym pomieszczeniu unosi się wspaniały, zniewalający zapach róż. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że to jeden z piękniejszych zapachów jaki kiedykolwiek poczułam. Wszyscy z zaciekawieniem rozglądaliśmy się, szukając źródła tego zapachu gdy nagle pewien modlący się staruszek,  z wielkim przejęciem i wzruszeniem na twarzy podszedł do Aiszy, wziął ją za rękę i podprowadził do gabloty z "brodą". Wskazał mały otwór w dolnej części szklanej szyby i uniósł ją pod ramiona.  Popatrzył na naszą małą  Aiszę, która miała chustę na głowie i ze łzami w oczach pogłaskał ją po włosach, po czym wrócił do modlitwy. Potem my nachyliliśmy się do otworu i już wiedzieliśmy co tak pachnie - to była właśnie ta skrzynka. Zadziwiające jest to, że wszyscy z którymi rozmawialiśmy są przekonani, że to nie jest żadna mistyfikacja a jeden z prawdziwych cudów. Mnie zastanawia powiązanie i podobieństwo do opisów wielu chrześcijańskich źródeł, potwierdzających, że ludzie, którzy mieli objawienia Maryji, matki Jezusa również odczuwali niebiańsko piękny zapach róż..... hmmm może jednak coś w tym podobieństwie jest... sami ocencie.


O Rumim mogłabym pisać w nieskończoność i jeśli ktoś jest zainteresowany jego twórczością zachęcam do zajrzenia na nasz blog gdzie znajduje się kilka jego utworów w autorskim tłumaczeniu na język polski (niestety z angielskiego) : http://rumi-mevlana.blogspot.com/

Po pobycie w muzeum Rumiego zostaliśmy zaproszeni najpierw na długi spacer, potem na kawę i zabójczo mocną herbatę do najwyższego w mieście budynku, którego górna część okręca się w okół osi i można w ciągu godziny zobaczyć całą panoramę Konyi i okolic. Dołączyli do nas mężowie naszych znajomych i jedna córeczka. Zrobiło się niezwykle przyjemnie i w rodzinnej atmosferze spędziliśmy wspólnie cały wieczór. Wspaniali, weseli  i pomocni ludzie - patrząc przez ten pryzmat, w Konyi ma wyjątkowych mieszkańców.

 Następnie zabrali nas do małej, swojskiej knajpki na wspaniałą specjalność tego miasta: długie na prawie póltora metra, płaskie "zapiekanki" z różnymi dodatkami. Kelner podaje je nad głowami gości na długich deskach po czym sprytnie zsuwa je na stół. Robione są oryginalnie w 4 wersjach z mięsem mielonym, mięsem ciętym, mięsem i serem oraz z samym serem. Całość podaje się na pokrytym papierem stole, rozrywając je rękoma na kawałki i jedząc wraz z sałatką ze świeżych pomidorów i pietruszki oraz zagryzając sosem jogurtowym i ostrym paprykowym. Na wierzchu zapiekanek położone były długie, zielone ostre papryczki, które nadawały daniu wspaniałego posmaku. Po tak intensywnie spędzonym dniu znajomi załatwili nam tani nocleg w "Domu Nauczyciela". Jutro rano ruszamy dalej na południe.... podobno czeka nas tam wspaniała pogoda.... do zobaczenia przy następniej okazji dostępu do internetu.

2011-10-20

Milk and honey... najlepsza szkoła w kraju :)

Jesteśmy w Konyi... o, tak. Chyba się rozkręcamy, jakbyśmy grali w kolejnym odcinku "The Amazing Race". Szukamy jakiegoś łącza z cyber światem i trafiamy na mega zakręconego właściciela kafejki internetowej. Ze względu na fakt sporej koligacji niemiecko-tureckiej, kalecząc język naszych zachodnich sąsiadów udaje nam się przekonać właściciela do wcześniejszego otwarcia biznesu. Łapiemy kilka namiarów, skype-ujemy do babci, odpisujemy na maile i przez discount spożywczy tniemy do informacji turystycznej. Tam smutek, derwisze wirują w soboty a my nie mamy tyle czasu. Po adresie szukamy namierzonej wcześniej szkoły podstawowej. Trwa to ponad godzinę bo niby wszyscy wiedzą gdzie to jest ale kręcą nami jak obrotowymi drzwiami w banku gdańskim. W końcu taki młody koleś z psem husky (tutaj nastąpiło lekkie zdziwienie) naprowadza nas idealnie:
 - Duz kavsak ve sol ile....


No i pięknie. Stoimy naprzeciw gmachu szkoły Meram Niyaz Usta. Dominika idzie pogadać czy wogóle mają ochotę na współpracę. Po pięciu minutach wybiega i woła:
- Chodźcie, robimy warsztaty!
- Kiedy?- pytam grzecznie.
- No teraz a właściwie to już.
Jaka szkoła, taki dyrektor i nauczyciele - wspaniali. Odrazu poczuliśmy się jak w rodzinie. Zaprosili nas na lunch w postaci dwóch wielkich blach takiego ciasta w twarogiem na ciepło. Wiadomo, herbata bo inaczej nie można kontynuować rozmowy. Padło kilka pytań. Skąd jesteśmy, dlaczego to robimy i o co, właściwie chodzi. Po odpowiedziach sprawa była jasna.


Zaproszono nas do małej auli z projektorem i nagłośnieniem. Wraz z nami trzy nauczycielki angielskiego  i dyrekcja szkoły. Poproszono dzieci klasy czwartej na warsztaty i ruszyło ;) Najpierw pierwsze delikatne stuknięcia w klawisze fortepianu, polska flaga, godło i w tle muzyka  Chopina.
Takiego czegoś jeszcze nie widziałem, słuchają wpatrzeni w obraz, na którym przewijają się slajdy o Polsce, głośno reagują na fotografie o zwierzętach żyjących w naszym kraju. Podoba im się bałwan w zimowej scenerii ale dzieci mówią, że też takie robią. Zaskoczenie przy zdjęciu borowika. Nauczycielka mówi, że w Turcji też zbiera się grzyby a potem pekluje w słoikach. Znani polacy - wszyscy znają papieża polaka i rozpoznają Chopina - ale euforia jest przy zdjęciu z śmigusa dyngusa. Smieją się gdy widzą chłopców oblewających dziewczynki wodą z wiadra. Zdjęcia z polskich szkół niwelują różnicę - w końcu mają tak samo jak my. Polskie miasta, pytania o stolicę aż dochodzimy do nauki kilku słów po polsku. Dzieci z planszy czytają napisy po angielsku, potem polskie tłumaczenie wraz z transkrypcją. Jednym chórem wołają "cześć", "jak się masz?" i tak dalej...


Potem dostały do pokolorowania szkice polskich strojów regionalnych i coś słodkiego, mleczne krówki. Na koniec bliźniaki, które miały najbliżej termin urodzin odcisnęły swoje dłonie kolorowymi farbkami na naszej fladze. Nauczycielka wpisała ich imiona a potem dopisała:
"Don't forget us. Turkey"
Zrobiło się strasznie miło. Panie zabrały nas do pokoju nauczycielskiego, porozmawialiśmy już tak na swobodnie przy napoju jogurtowym Ayran o życiu szkolnym, o trzy miesięcznych letnich wakacjach dla uczniów, o systemie nauczania (oni zmienili z 6/3/3 z powrotem na 8/4). Przedstawiono nam całe grono nauczycielskie a potem oprowadzono po szkole. Bardzo pięknej i nowoczesnej szkole, pełny monitoring, ochrona, w salach zamiast tablic multimedialne projektory.


Historia jej jest krótka bo sześcio letnia ale widać ogrom włożonej pracy. Ufundował ją sponsor, który włożył wiele swoich oszczędności aby dzieciaki miały swoje przyjazne miejsce. Powiedziałem dyrektorowi, że powinien być dumny z takiego miejsca nauczania. On prowadzi nas do głównej bramy, pokazuje nam dwa krany po obu stronach. Raz w roku płynie tędy mleko i miód ... taka jest najlepsza szkoła w Turcji :)  miodem i mlekiem płynąca.




O tym jacy ludzie mieszkają w Konyi, co się tutaj jada i kim był Rumi ... jutro, bo padam na twarz :)


2011-10-19

Let it rain...

Niestety od rana pada i jest chłodno. Zbieramy się zatem ospale bo aura nie nastraja do spacerków. İdziemy wreszcie na śniadanie do najbliższej knajpki na rogu. Wlaściciel uśmiecha się ze zrozumieniem kiedy prosimy o śniadanie a zegarek wskazuje kılka minut po jedenastej. Pokazuje nam swoje zdjęcia z burmistrzem, po stanie budynków domyślam się że pochodzą sprzed rewitalizacji dzielnicy. Zanim zjemy talerzyk zupy szorby z soczewicy oglądamy stare fotografie z jego rodzinnej miejscowości, z wschodniej części kraju, które wiszą na ścianach.
Potem już tylko kawka i herbatka - po turecku oczywiście :)

Na plecaki zakładamy pokrowce a na siebie kurtki przeciwdeszczowe, kręcimy się po mieście ale wszystko jakby sprzysięgło się przeciw naszemu zwiedzaniu. Deszcz kapie nam z daszków i cieknie po ubraniach.


Patrzymy sie na siebie i tak jakbyśmy czytali sobie nawzajem w myślach. Zmiana planów, wsiadamy do metra. Jest 23:21 a ja widzę jak w oddali mienią się  światła Ankary...

ps.  na tureckiej klawiaturze "i" jest w innym miejscu :) ale już wszystko poprawiłem ...

2011-10-18

Istambuł, miasto w którym rozdają granaty ...

Zatkało mnie, kiedy zobaczyłem jakie to olbrzymie i nowoczesne miasto. Osadzona na wzgórzach metropolia wciąż się rozrasta. Lotnisko tanich linii wypchnięto daleko poza obszar centrum, dlatego żeby dotrzeć znów do Europy musieliśmy spędzić ponad godzinę, głównie za sprawą korków na prowadzącej do miasta autostradzie (helloł! cztery pasy w każdym kierunku...).

pogoda nie pomaga a słońca nie widać
Transport ogólnie wymiata: metro, tramwaje, autobusy i promy. Do tego wypożyczalnie rowerów miejskich i nie ma się do czego przyczepić. Jadąc do centrum miasta mijaliśmy nowoczesne City całe ze szkła i aluminium – robi wrażenie. Nas najbardziej interesowała stara część, czyli czasy Konstantynopolu i Bizancjum. Środkami komunikacji miejskiej - bez problemu ją rozszyfrowaliśmy – dotarliśmy do Sirkeci, okolice dworca głównego a stamtąd pod Sultanahmet – Błękitny meczet, na Wielki Bazar i Hagia Sophia.
Spacerek cudny, pachniało kebabem, grillowanymi kasztanami i kukurydzą. Napiliśmy się soku ze świeżo wyciskanych granatów, pyszny ale mocno cierpki w smaku. Nabraliśmy ochoty na więcej ale nie na sok, tylko świeże owoce. Chcieliśmy je zakupić w innym miejscu ale chyba rzadko się to zdarza bo sprzedawca popatrzył na nas z zaciekawieniem i dał nam owoce za darmochę.

Zaskoczyła nas jedynie pogoda, na całą resztę byliśmy przygotowani a to, że bezpłatny internet WiFi choć jest, to nigdzie nie chciał działać to byłą akurat porażka, bo był nam niezbędny - szkoła.
Zima pełną gębą – tylko bez śniegu. Na ulicach ludzie z opaskami na uszach i w cieplejszych okryciach. Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę, że Dominika mówiła przed wylotem:
- Już niedługo założymy sandałki i japonki...
No chyba na południu Turcji, bo tutaj wieje tak, że aż pieką policzki. Tak, czy inaczej łaziliśmy po mieście przez cały dzień pochłaniając jego zabytkową dzielnicę krok po kroku, kamień po kamieniu nie oglądając się na niesprzyjające warunki. Najbardziej przypadł nam do gustu Wielki Bazar, największy tego typu rynek pod dachem.


Szaleństwo towarów, osób kupujących i sprzedających. Wszystko pod zadaszeniem ale nie jakąś tam blacho dachówką tylko pełne sklepienie, które sprawia, że jest przyjemnie i klimatycznie, a wszystko to na niebywale wielkiej przestrzeni. Ponieważ plecaków nie mamy z gumy nie planowaliśmy też żadnych zakupów ale jak tu się nie pohandlować w takim kraju. Kupiliśmy parę drobiazgów, po czym stwierdziliśmy jako osoby doświadczone na niejednym suku:
- Ehhh, słabi są :)     - oczekiwaliśmy boju a skończyło się na lekkich potyczkach.

Jak już poczuliśmy, że obrywa nam ramiona zarządziliśmy odwrót. Kiedy wracaliśmy zobaczyliśmy pojazd wyglądający jak karetka, na którym widniał napis „zabita” - dziwne są językowe skojarzenia.

tutaj trzykołowy pojazd z zabitej serii
Na wieczór kupiliśmy Efes, kto był w Turcji ten wie, że łatwiej nam będzie zasnąć po atrakcjach całego dnia :)
Po pierwszym dniu stwierdzam: wspaniały jest ten Istambuł!
Przede wszystkim odczuwam jak potężnym jest to miasto łącznikiem pomiędzy kulturą wschodu i zachodu, pomiędzy Europą i Azją, pomiędzy tym co nowoczesne i tym co najpiękniejsze w tradycji.
ps.
Przypomniało mi się, że widząc bizantyjski kościół na żywo spojrzałem na mapę a tam w otoczeniu jednego meczetu widniało aż sześć kościołów a niedaleko jeszcze synagoga – czyżby drugie Jeruzalem... choć w Istambule dzwonów nie słyszałem jeszcze a muezina, i owszem już nie raz.

Kilka faktów bardziej doświadczonych:
- autobus turystyczny z lotniska Sabiha Gocken kosztuje 12 TL (tureckie liry)
- przelicznik najprostszy: 1TL=1,7 PLN
- w mieście na komunikację obowiązują żetony, jeden przejazd ( jeden żeton), który kosztuje 2 TL
- z powyższego lotniska można dostać się również autobusem miejskim do Kadikoy a potem promem na drugą stronę Bosforu
- wymieniając USD dostaniemy około 1,8 TL za każdego baxa


Ruszyliśmy :)

Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy w Gdyni, stamtąd pociągiem TLK (uwaga, nie spóźniony!? - pomimo swojej taniości) dotarliśmy do Szczecina. Przy okazji pozdrawiamy sympatyczną pasażerkę z naszego przedziału, dzięki rozmowie z którą czas w podróży upłynął szybciej. Mała przegryzka i wspaniale spędzony czas z niemal całą rodzinką, która podjechała aby przywitać się z nami i pożegnać zarazem. Stamtąd po dwóch godzinach przesiedliśmy się do busa firmy Follow Me, wiozącego nas na lotnisko Berlin Shonefeld – tylko polecać, sprawnie, miło i wygodnie. Linie lotnicze Germanwings to niemiecka systematyka i brak problemów z naszymi bagażami podręcznymi (pomimo ilości i wagi). Co prawda przechodząc przez bramkę za swoimi plecami usłyszałem złowrogie: halt, bitte! Ale na szczęście dotyczyło to tylko mojej płci na elektronicznym bilecie – zostałem bowiem Panią Radosławem.
Dwie godziny dwadzieścia minut później, około 2:30 samolot schodzi w sporych turbulencjach na płytę lotniska. Chmury nisko nad ziemią, dopiero tuż przed pierwszym dotknięciem kół z ziemią widzimy światła Istambuł Sabiha Gocken. Lekko przymuleni kierując się instynktem stadnym podążamy za tłumem w kierunku odprawy paszportowej. Kupujemy wizy po 20 $ od osoby, oficer z okienka dla dyplomatów i załóg skinął na nas ręką i już jesteśmy w Turcji.
Kręcimy się jak jakieś zmory po śpiącym terminalu (dosłownie, bo obsługa drzemała sobie tu i ówdzie). W końcu plan tworzy się na miejscu: rozkładamy się i idziemy spać. Znajdujemy kawiarenkę i kilka osób już tam śpiących. Dołączamy do nich i w szerokich fotelach i na mięciutkich kanapach zasypiamy. Po chwili wszyscy sięgamy po śpiwory. Istambuł przywitał nas chłodem, chmurami i … głębokim snem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...