Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yak. Pokaż wszystkie posty

2011-11-25

Khwopinggram, miasto Newarów.

Z wizytą do Bhaktapur udajemy się w południe, mamy blisko więc po kilkunastu minutach wysiadamy przy bramie na Durbar Square. No i ta sama sytuacja co w Katmandu, główne wejście płatne. Chętnie dołożyłbym cegiełkę na utrzymanie tutejszych zabytków ale cena 1100 NR za osobę wydaje się być mocno wygórowana. Zawracanka i na tak zwanego „polaka” obchodzimy starą część miasta dookoła. Nie żałujemy wcale bo wbijając się w wąskie i kręte uliczki włazimy niemal ludziom na ganki domostw. Podglądamy jak smętnie zabierają się do krótkiego tutaj dnia – słońce praktycznie po 17-ej znika za horyzontem.






Obieramy azymut i według niego, już za darmo wchodzimy na dziedziniec starej stolicy Nepalu. Założone w dziewiątym wieku miasto było nią od roku 1382 aż do rozpadu kraju na małe państewka. Historyczne znaczenie widać już na pierwszym kroku. Na placu Taumadhi stoi królująca nad miastem świątynia Nyatapola w kształcie padogi i kilka budynków o imponującej architekturze. Spacerujemy, przysiadamy tu i ówdzie, wdychamy zapach spokojnego życia Bhaktapur, które kojarzy się kadzidełkami wystawianymi przy wejściach przez sklepikarzy i wonią starego drzewa. Wypatrujemy wreszcie najwyższy taras przy placu i tam siedzimy wpatrując się lekko odsłaniające swe oblicza ośnieżone szczyty aż do popołudnia.




Kiedy znika słońce nadchodzi czas wkładania na siebie polarków i ruszamy na główny plac miasta. Kręcimy pętlę, bo tak miło włóczy się nam po tym spokojnym miejscu. Nie wiadomo z jakich powodów dziewczyny decydują się na zakup rękawiczek i czapek z wełny kozic górskich. No aż tak zimno to z pewnością nie jest. Ale cóż, mam nadzieję, że swoje zadanie spełnią w innej części świata :)


Kiedy już tylko niewielkie promyki słońca sięgają placu, wycieczki zniknęły razem ze swoimi wielkimi autobusami a na kamiennych cokołach zasiadają „lokalesi” nadchodzi moment, kiedy to miejsce nabiera swego największego uroku. Siadamy wśród nich i tak, jak większość z nich, nie robimy nic. Siedzimy jakby czekając, że kamienna posadzka placu sama opowie nam swoją historię. Macie rację...takie historie opowiadają jedynie odpłatnie przewodnicy a ponieważ my z racji naszego „short of money” próbowaliśmy słuchać kamieni, nic więcej poza niecodziennym klimatem tego miejsca wam nie przekażemy.





Na dwa kolejne dni przenosimy się do centrum Katmandu aby poczuć nieco klimat dzielnicy Thamel. Oderwana wręcz od rzeczywistości Nepalu kraina to zlepek hoteli, sklepików i klubo-restauracji rządząca się nieco innymi prawami niż pozostała część miasta. Tutaj panuje nawet taki górski niepisany cichy kodeks. Ludzie (odwiedzający) chodzą po mieście w butach trekingowych, kurtkach i spodniach, jeśli nie wspinaczkowych to marek firm produkujących sprzęt outdoor-owy. Jeśli zobaczysz kogoś w sandałach lub o zgrozo, w japonkach musisz chyba za nim splunąć przez lewe ramię – jak za laską idącą w szpilkach na Kasprowy.



Dziwne to uczucie bo na ulicach wygląda to tak, jakby nagle zjechali się do miasta wszyscy miłośnicy gór i chcą zamanifestować swoje zainteresowanie. No ale przecież nie wszyscy tutaj przyjechali łazić po górach. Są też tacy dla których Thamel to wystarczający pretekst aby odwiedzić Nepal. Nie dość, że można posiedzieć w klubach z dobrą muzą, kupić sprzęt takiego North Face'a za jedną piątą ceny - tej w europejskich centrach handlowych, to jeszcze od gościa szemrzącego na ulicy jak cińkciarz z lat osiemdziesiątych, gapiącego się w zupełnie innym kierunku kiedy do ciebie mówi, zakupić nielegalną w wielu krajach roślinę. Ponoć rośnie ona sobie jak na plantacji w niektórych częściach wzgórz a zapytany kolega na ulicy o legalność spożywania:
- No to jak na Jamajce? - pytam.
- Eeee, gdzie tam. My tu mamy Amsterdam... :)
No, ok. Każdy ma inny powód aby tutaj przyjechać. Na przykład spotkani na ulicy Iwona i Grzegorz (których serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy, że zechcieli z nami pogadać przed sklepem) kierowali się właśnie takim szczerym uczuciem do gór. Takich ludzi łatwo poznać, bo najczęściej mają mocno opalone twarze i nosy ale z wyłączeniem dużej powierzchni wokół oczu (okularki na śnieg). Nasi znajomi odbyli treking do Mt. Everest base camp i mieli szczęście, bo poprawiła się pogoda i nie utknęli jak inni wysoko w górach.




Inny powód mieli dwaj Anglicy, którzy na swych KTM-ach przybyli tutaj z wysp brytyjskich właśnie. Na naszej drodze pojawili się prozaicznie pytając o drogę. A ponieważ wyglądaliśmy jakbyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy, to nas właśnie zapytali o drogę. Zdradziła nas z pewnością mapa, którą Dominika trzymała w rękach aby sprawdzić, gdzie się właściwie znajdujemy bo nie za bardzo wiedzieliśmy :)


Za namową Ani z Sopotu odwiedziliśmy na Thamelu kawiarnię Pumpernickel Bakery, w której spotykają się ludzie gór po lub przed trekingiem. Świetne miejsce na herbatkę, kawkę i ciastko ale najfajniesza jest tam tablica, z której można wyczytać całe historie. Ludzie zawieszają tam różnego rodzaju informacje, między innymi te dotyczące wspólnych wyjść w góry lub umawiają się na spotkania w najstarszy z możliwych sposobów, przyczepiając kartkę na pinezkę. Taki analogowy sms działa, na tablicy znalazła się również pewna historia miłosna. Za zgodą właściciela na tablicy wylądowała również karteczka z naszym logo.



Postanowiliśmy pokręcić się po Katmandu bez specjalnego celu i przyjrzeć się ludziom z bliska. Mamy takie spostrzeżenia:

  1. Tak Aniu, teraz tobie wierzymy. Są w mieście takie miejsca, gdzie nie ma nawierzchni na ulicach i nie trzeba ich specjalnie szukać.
  2. Tak Bibek, miałeś rację, Po osiemnastej lepiej iść z buta niż brać transport, bywa bowiem, że w ten sposób będziemy szybciej.
  3. Tak, jest coś takiego jak ser z Yaka i w dodatku jest super smaczny a wyglądem i dojrzałością przypomina bardziej parmezan niż niezbyt popularny ser morski.
  4. Tak, są banany co smakują jak dojrzałe poziomki. To są te najmniejsze i wystarczy zamknąć oczy podczas jedzenia.
  5. Tak, firma NF traci tutaj nie tylko potencjalnych kupców ale również i swoją wypracowaną pozycję na rynku. Noszenie tutaj ciuchów tej marki zwłaszcza polarów, podobne jest do mody sprzed lat na tak zwane turecki sweterki.
  6. Tak, Katmandu to miejsce święte i wyjątkowe.



Reasumując. Nepal jest świetny i tani. Można tutaj wypocząć i ogromnie się zmęczyć (w górach). No, a potem wypocząć oczywiście. Można sobie pojeździć autobusami po 26 godzin albo polatać samolotem nad Himalajami za 90$. Jest ogromnie przyjazny ale żeby odczucie było bardziej pozytywne powinno się najpierw odwiedzić Indie a dopiero potem Nepal. Odwrotnie to raczej nie, zwłaszcza z tym sprzętem, który wcześniej potrzebowaliśmy w górach. W Indiach się może nie przydać :)

Decyzja. Wrócimy tutaj z pewnością na dłużej. Choćby, żeby kupić polarek NF.

Przy drodze międzynarodowej w kierunku Tybetu.

2011-11-20

Om Mane Padme Hum ...

Już w samolocie, wysoko ponad chmurami przebiły się ośnieżone szczyty Himalajów. Dopiero potem przekonam się, ze względu na pogodę,  to będzie raczej pierwszy i ostatni raz.


Lądujemy i lecimy po wizy....to znaczy dziewczyny lecą bo ja mknę w kierunku toalety aby zakończyć nierówną walkę z przypadłością nazywaną tutaj „delhi belly”. Od tego momentu wiemy, że Nepal to kraj wyjątkowy. I to nie z powodu tego, że jego wysokość nad poziomem morza zaczyna się od 60 metrów a kończy na sławnym 8848 metrów. Również nie z tego, że zamieszkuje go 101 grup etnicznych posługujących się 92 językami. Nie z powodu tego też, że pokonując dystans 150 km przechodzisz z klimatu subtropikalnego do arktycznego, ani z tego, że kupiliśmy tutaj polskie chusteczki higieniczne do nosa. Po pierwsze oczekiwanie na wizę na lotnisku jest tak długie, że w międzyczasie przyleciały kolejne trzy samoloty. Niby nic ale na dole robi się bałagan z bagażami, którego ofiarą staliśmy się również my. Po załatwieniu wizy (jedno zdjęcie, dwa formularze, 25 $ lub 21 Euro – dzieci poniżej 10 roku życia mają ją za darmo) i zejściu na parter terminala okazało się, że dwa nadane przez nas bagaże (nakaz linii) zaginęły. Pod ścianą, z naszego lotu stał tylko jeden plecak i kilkanaście walizek. Nic nie było nasze. Dżentelmen poinformował mnie, że moje bagaże zatem nie przyleciały i rozpoczął  procedurę wypisywania formularza „lost”. Krew jasna mnie zalała i puściły nerwy bo po pierwsze nie chciałem nadawać bagażu a po drugie był to pierwszy raz nadania w naszej podróży. Na szczęście w tym bałaganie dziewczyny wykopały spod sterty innych nasze plecaki i szczerze, na tym skończyły się nasze niemiłe przygody w Nepalu. Od tej pory wszystko już szło z górki...hmmm a właściwie z górki i pod górkę :)
Z lotniska odbiera nas couch, Bibek. Super gość, który zabiera nas do swojego domu kilkanaście kilometrów od Katmandu. Tam czekają na nas inni hostujący się podróżnicy: Connor z Kanady, który przybył tutaj na motorze z Indii a teraz jest w trakcie sprzedaży jednośladu bo musi kupić bilet do Nowej Zelandii, Tracy z Kalifornii, która z kolei następnego dnia ruszyła w dalszą podróż oraz Cedric z Francji, niezwykle miły gość, który za dwa dni wybiera się do Indii na miesiąc. Zgrana ferajna w połączeniu z siostrą Bibka, małą Czaru i tymi wszystkimi gośćmi, którzy przewijają się przez ten otwarty dom (otwarty tylko w dzień).

Tradycyjny nóż pdtrzymywany stopą.

Atmosfera jak na obozie harcerskim, gitara, harmonijka i śpiworki. Śpiewy w różnych językach i opowieści z podróży.





Ruszamy na pierwszy obchód okolicy i znajdujemy kafejkę internetową – to już jakiś sukces ;)
Jemy w miejscowej knajpce i przyglądamy się ruchowi na drodze międzynarodowej, biegnącej w stronę Tybetu. Po drodze odwiedzamy jedyną tutaj świątynię, która choć skromna i tak robi wrażenie. Kupujemy kurczaka w partiach na kolację, bo polakowi z pustymi rękoma nie wypada. Potem aklimatyzacja, kolacja i spać.





Kolejny dzień w Nepalu to czas warsztatów. Przygotowujemy się, robimy kserokopie, rozdzielamy cukierki i wystawiamy flagę. Obok naszej będzie wisieć również flaga Ama Buwa Sahayogi Sanstha, organizacji pomagającej samotnym matkom i osieroconym dzieciom. Ważna rzecz, Bibek udziela się w niej z pełnym zapałem i pracuje bez wytchnienia, pomiędzy pracą zawodową i zajmowaniem się zagranicznymi gośćmi. Zerknijcie na stronę: www.amabuwa.org
Taką formę przybierają również warsztaty, zaproszone zostają matki i małe dzieci a miejscem pokazu będzie pokój, w którym mieszkamy. Na prowizorycznym statywie zrobionym z krzesła i kartonu po odkurzaczu wyświetlamy nasz filmik z projektora kamery. Ciemność, cisza i lecimy. Jedna z pań tłumaczy z angielskiego na nepalski. Jest zabawnie bo teraz polskiego uczą się również dorośli i kiedy ściskają w rękach krówki mówią do nas: „dziękuję”. Przemiłe doznanie.
Potem z zakupionych wcześniej artykułów Dominika przygotowuje polską kolację. Wyjątkowy wieczór przybiera formę kurczaka w panierce, ziemniaków z koperkiem, puree ziemniaczanego z jogurtem, mizerii z ogórków, marchewki zasmażanej na krótko oraz sałatki z pomidorów z ogórkiem i cebulką. Nie uwierzycie, że ludzie stąd nie wiedzieli, że tak można przyrządzić kurczaka. Pytali jak i z czym, bo też by tak chcieli. Wszystko zniknęło z talerzy, mamy nadzieję że smakowało. Hostujący się goście również wsmakowali się w polskie dania a kanadyjski znajomy na widok „smash potatos” mało nie zwariował ze szczęścia. Doprawdy wyjątkowy i miły wieczór. Mieliśmy również małe przyjęcie, ponieważ jeden z gości miał urodziny tego dnia. Wręczyliśmy mu kartkę oraz skromny prezent, który kupiliśmy rano w pobliskim sklepie.




Trzeci dzień to wizyta w Katmandu. Odwiedziliśmy największe atrakcje tego miasta. Rozpoczęliśmy od Swayambhunath, świątyni małp, mieszczącej się na wzniesieniu. Małpki rzeczywiście witają nas od progu ale po pokonaniu kilkudziesięciu schodów znaleźliśmy się w miejscu magicznym. Zapomnieliśmy prawie o małpkach poza wyjątkiem, kiedy jedna z nich wskoczyła Arlecie na głowę. Zobaczcie zresztą sami:







Następnie udaliśmy się do centrum miasta oraz na Durbar Square. Niesamowita architektura starej części Katmandu, brak nawierzchni na niektórych drogach powodują, że czujesz się jak przeniesiony w czasie wiele lat wstecz. Przy świątyni machają na nas mnisi i proszą o zdjęcie. Wspinamy się na stojącą pośrodku placu wieżę i z niej oglądamy okolicę. Na jednym rogu pani tka talerzyki z liści a na drugim...a zresztą zobaczcie sami:






Kolejnie tniemy do Boudhanath, pięknej świątyni „z oczami” znanej z każdej reklamówki Katmandu. Obchodzimy ją wkoło po czym wchodzimy do środka. Kręcimy młynkami i dzwonimy w dzwon. Przyglądamy się modlącym i ruszamy na taras znajdujący się na dachu budynku naprzeciwko. Mnich zaprasza nas do środka, rozmawia o tym co tutaj robimy i po co jedziemy przez świat. Pyta czy zgodzę się błogosławieństwo dla mnie i dla Aiszy. Jedno więcej nie zaszkodzi więc zawiązuje nam na szyjach khakha i polewa symbolicznie wodą głowę. Wychodzimy z nim na zewnątrz a on częstuje Dominikę i Arlettę jabłkami i bananami. Duchowe przeżycie nie do opisania, zresztą zobaczcie sami:






Na koniec jedziemy do Pashupatinath. Zapada zmrok, my jednak twardo idziemy w stronę rzeki jakby przyciągani jakąś siłą. Okazuje się, że w tym miejscu odbywają się pogrzeby. Ciała zmarłych po jednej stronie rzeki przygotowywane są do spalenia na stosach a ich resztki wraz z rzeczami osobistymi lądują w rzece Bagmati. Zastygamy w bezruchu kiedy po drugiej stronie trzech mnichów najpierw wrzuca kolorowe proszki w nurt a następnie odprawiają rytuał pomagający przeprawić się do lepszego świata. Pachnie dymem, dopalają się zgliszcza po poprzednim pogrzebie, mnisi śpiewają i wymachują trójkątnymi świecznikami a nietykalni składają kolejne zwłoki zawinięte w biały materiał na pochylonym w kierunku wody stopniu. Rodzina żegna się z innym zmarłym okrytym pomarańczowymi szatami okrążając jego stos. Pierwszy płomień, nietykalny roznieca ogień specjalną miotełką aż do zajęcia się ciała. Chwila zadumy nad ludzkim życiem i jego przemijaniem. Smutna uroczystość i w takich nastrojach wracamy do domu...a właściwie to zobaczcie sami:







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...