Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty

2012-01-03

Bigos w Szanghaju? Czemu nie :)



Jak przemierzyć tak olbrzymi odcinek kraju większego niż niejeden kontynent kiedy ma się mało czasu i czuje się lekką niechęć przed trzydziestokilko godzinną podróżą pociągiem. W jedyny możliwy sposób – samolotem. Sichuan airlines ma tanie bilety i szybko przetransportuje cię na drugi koniec Chin. Dodatkowo olbrzymim Airbusem ze wszelkimi udogodnieniami. Lądujemy w nowoczesnym mieście, które ma niewyobrażalna energię. Jest późno więc metrem gnamy do centrum, wysiadamy na East Nanjing Street i kilka przecznic dalej czeka na nas oaza snu. Upsss, zapomniałem, że to miejsce nazywa się Hiker Youth Hostel i nikt tu nie zasypia przed drugą w nocy. W norkach z dwoma piętrowymi łózkami, często bez okien gnieżdżą się, dyskutują do nocy popijając browarki podstarzali młodzieńcy z całego globu. Obsługa w hostelu niby miła ale obiecane na ich stronie śniadanka w cenie już nie funkcjonują. Ponadto można się poczuć trochę jak na kolonii bo o około godziny 22-iej strażnik sprawdza pokoje, włażąc kolejno do wszystkich jak do siebie. Taka ochrona, z tymże wszyscy wiedzą, że przyjdzie o 22-iej :) Kończy się na szczęście problem z komunikacją bo mieszkańcy często posługują się angielskim.


Ponieważ mieszkamy w samym centrum miasta wszędzie łazimy na piechotę, pokonując niezliczoną ilość kilometrów. Z punktów obowiązkowych wybraliśmy te rozmieszczone bliżej nas. Naszym łupem stał się deptak Nanjing Road, Plac Ludowy :) czyli People's Square i Bund z którego rozpościera się widok na Pudong, mieszczący się po wschodniej stronie rzeki Huangpu, kompleks drapaczy chmur i centrum biznesu. Punktem rozpoznawczym i orientacyjnym jest tak zwany „otwieracz do piwa” czyli budynek SWTC. Sam Bund zaś to coś wyjątkowego w świecie wschodu bo zawiera on 52 budynki o niezwykłej europejskiej architekturze.


Nasze pierwsze wrażenie było na tyle pozytywne, iż stwierdziliśmy, że to najlepsze miejsce aby rozpocząć swoją przygodę z Chinami dla kogoś kto przybywa tutaj po raz pierwszy. Myślimy o tym aby zobaczyć więcej Państwa Środka i przemierzyć większe jego terytoria...kiedyś...w przyszłości :)
W wielkim, nowoczesnym mieście znalazło się nieco miejsca na zachowanie przeszłości. Stworzona dzielnica przypomina starożytną zabudowę Szanghaju lecz jak to zwykle bywa tylko z zewnątrz bo wewnątrz ta sama scena, czyli shopping, fast food'y i cały ten gastronomiczny zgiełk. Jedynie herbaciarnie znajdujące się na wyższych poziomach mogą przywrócić wspomnienie minionego. Jest też ogród utrzymany w dawnym stylu, Yu Garden.


W Szanghaju szwędając się bez celu ulicami trafiliśmy na mikro miasteczko, które powstało niedawno z okazji Expo lecz to nie ono okazało się atrakcją. Zupełnie blisko bowiem jest jedno z modelowych kwartałów utrzymanych w stylu niskiej zabudowy, wąskich przejść. Ich cechą jest fakt usytuowania toalet i punktów czerpania wody na zewnątrz budynków. No i te suszenie ubrań … niezwykłe.


Lecz najbardziej niezwykłe jest to, że podczas odliczania dni a potem godzin do Wigilii Bożego Narodzenia trafiliśmy przypadkiem (a może nie) na ludzi, którzy jak anioły stąpające po ziemi zdecydowali się przyjąć nas pod swój dach w ten wyjątkowy wieczór. W Szanghaju, mieście zwanym Perłą Azji bezwarunkowa gościna, polskie kolędy i …. aż trudno uwierzyć: bigos i pierogi stały się rzeczywistością. Po małym tuningu, z chińskimi grzybami moon ale to bez bez znaczenia, kiedy atmosfera jest domowa i czujemy się jakbyśmy spotkali się z dawnymi znajomymi. Do tego przesmaczne rybki i sałatka z ogórkami konserwowymi. Hitem wieczoru był czerwony barszcz i chleb, aj czasem tęsknota za bochnem może przybrać absurdalne rozmiary. Bycie samemu w ten jeden dzień w roku może być smutnym doświadczeniem. Dobrzy ludzie sprawili, że nie mieliśmy okazji się o tym przekonać. Za to składamy im serdeczne podziękowania i cytując małe zielone ludziki z pierwszej części Toy Story: „dozgonna wdzięczność”. :) Po raz kolejny okazało się, że nie mury, zabytki i skały dają przyjemność z podróży ale ludzie, którzy z różnych przyczyn stają na naszej ścieżce...

Nieco rozrywki w szanghajskim metrze...

Bigos lover :)

ps.
Kiedy publikujemy ten post jest już po Świętach, a co tam... jest po Nowym Roku więc napiszemy tylko żegnając się z ChRL : Dzięki za wszystko, co wydarzyło się w Chinach !!!
Jedyne co nas smuci to fakt, że ze względów polityczno -urzędowo-papierkowych nie zrobiliśmy warsztatów  chińskim dzieciakom. Żal i radość - dziwne uczucie ale takie, to chyba najlepsze określenie miejsca w którym spędziliśmy ostatnie dwadzieścia dni.


Małe post postowe rozmyślania:
Nigdy nie kryliśmy faktu, że nasza podróż to takie "liźnięcie" miejsc, wstępny research, muśnięcie wręcz żeby nie powiedzieć, że to taka specyficzna gonitwa za pociągiem, autobusem, rowerem lub samolotem. Często nie mamy czasu lub możliwości wgłębienia się w klimat, "przysiądnięcia" w spokoju aby z boku przyjrzeć się ludziom, co zresztą najbardziej lubimy. Z miejscem jest bowiem inaczej niż z ludźmi. Czasem potrzebujesz więcej czasu by się rozejrzeć, poszukać, pokochać lub znienawidzić miasto, region czy też kraj. Inaczej kiedy wyciągasz i podajesz rękę na powitanie, pada pierwszy uśmiech, inaczej jest kiedy pada pierwsze pytanie i sensowna odpowiedź. 
W naszej podróży opisujemy tak zwane pierwsze wrażenie a nie przewodnikowe wiadomości, które mają pomóc nie zagubić się kolejnym stąpającym tą samą drogą. Zatem często korzystamy i czerpiemy wiedzę od osób, które przebywają gdzieś dłużej, znają wszystko od podszewki i są kompendium wiedzy jako element "żyjącego miejsca".
Można pokochać Szanghaj od pierwszego postanowionego tam kroku, zatem wszystkich ciekawych co się dzieje w Perle Azji oraz miejscach w szeroko pojętej okolicy odsyłamy w miejsce wyjątkowe do: Shanghai Weekly Blog. Bo wszyscy jesteśmy nomadami .... :)

2012-01-02

Chengdu w czarno białym świecie pandy...


Aby dostać się do Chengdu z Yangshuo najpierw należy podjechać do Guilin a następnie koleją przemieścić się tak jak idą tory, czyli trochę dookoła. Zajmuje to jedynie około 25 godzin, więc mamy czas na wspomniane wcześnie zupki, granie w karty, zrobienie lekcji i poleniuchowanie. Jak się potem okaże trzeba być też czujnym bo kiedy położysz się spać jedziesz w jednym kierunku,  kiedy zaśniesz a potem się obudzisz - jedziesz w drugą stronę. Dla ciekawości dodam, że takich zmian w ciągu nocy jest kilka.



 
 Po dobie spędzonej w pociągu wysiadamy na dworcu w Chengdu. Wiemy już, że miasto pretenduje do pierwszego miejsca w kategorii najbardziej turystycznego miejsca w Chinach. A atrakcji ma kilka. Największą zaletą jest lokalizacja bo bardzo blisko stąd do Tybetu. Druga rzecz, która przyciąga turystów to ośrodek rozrodczy Pandy Wielkiej. Oczywiście jest jeszcze największy posąg Buddy wykuty w skale, blisko położone "antyczne" wioski, kwartał tybetański i postawiono na nowo "zabytkowa ulica".




Zatrzymaliśmy się w Sims Cozy Garden, hostelu założonym przez parę japońsko - singapurską. Należy się temu miejsca kilka słów rozwinięcia, ponieważ to chyba największy ośrodek backpakerski w tej części Chin i dodatkowo, coś co ma w sobie duszę. Rozmiary mogą odstraszyć wielbicieli kameralnych hostelików ale funkcja jaka spełnia, organizacja oraz załoga zasługują na ogromną pochwałę.

Panda Wielka w wersji junior.
Ponieważ zimno i brzydka pogoda skutecznie demotywowała nas do wycieczek postanowiliśmy  jednak odwiedzić pandy. Wspomniany ośrodek to połączenie ładnego zoo  safari z laboratorium. Trzeba odwiedzić go o poranku, najlepiej w czasie karmienia bo wtedy pandy są najbardziej aktywne. Potem leniuchują i skrywają się przed ludzkim okiem. Poza oczywistą rolą należy przyznać, że choć w warunkach betonowych zagród pomysł na ratowanie zaginionego gatunku jest godny podziwu. Rodzi się tutaj mnóstwo maluchów każdej wiosny, smutne jest zaś to, że potem zasilają one w nowy eksponat ogrody zoologiczne na całym świecie. Cóż środki pozyskiwane w ten sposób pozwalają rozwijać słuszny interes.

Panda czerwona, młodszy kuzyn tej wielkiej.


Czego dowiedzieliśmy się nowego? Ano tego, że po latach sporów czy Pandy są szopowatymi czy też misiami definitywnie genetyka opowiedziała się po stronie niedźwiedzi. Najbliższy krewny to niedżwiedź andyjski. Układ pokarmowy tego drapieżnika pozwala jeść mięso lecz namiętnie wybiera on ukochane drzewa bambusowe. Ściany żołądka są tak twarde, że żadna ostra łodyga ich nie przebije. Trzeba tutaj powiedzieć, że jako mięsożerca trawi jedynie 17% roślinnego pożywienia dlatego musi znaleźć i zjeść kilogramy zieleniny. Pandy mają szósty chwytny palec u rączek a w historii te leniwe zwierzaki, ponoć używane były jako broń w czasie walk. Patrząc na ich ruchy aż trudno w to uwierzyć.


Najmłodsze są wyjątkowo piękne.
W wolnych chwilach uciekając przed mrozem chowaliśmy się w Sims a tam podczas partyjek tenisa stołowego, bilarda i piłkarzyków testowaliśmy piekielnie ostrą kuchnię syczuańską. Dla chętnych na zapleczu jest prowizoryczna siłownia oraz zawieszony worek bokserski.
W tym olbrzymim ponad 13-sto milionowym mieście (strefa zurbanizowana około 4 milionów) jest kompleks handlowy, który warto zobaczyć z dwóch powodów. Po pierwsze aby zobaczyć co oznacza hurt w wydaniu chińskim i jak rozwiązuje się problemy logistyczne w dzielnicy handlowej zajmującej kilka przecznic i kilkanaście kilka piętrowych budynków. Drugi powód jest taki, że z pewnością z pustymi rękoma stamtąd nie wyjdziecie.

Kolejny dzień to taki jarmark i cepeliada, czyli "Ancient Street". Mieliśmy takie dziwne wrażenie, że ta szopka jest  nieprawdziwa i sztuczna a zarazem tak perfekcyjna w wykonaniu, że nie mogliśmy się oprzeć pokusie. Przy wejściu stoi ryksiarz i za kilka monet możesz poudawać, że mkniesz uliczkami starego Chengdu.  Piękne ogrody, mostki i zakątki a wszystko psują jedynie punkty gastronomiczne z nowoczesną infrastrukturą. Wszystko jest na sprzedaż lecz jedynie piękne jedwabne chustki ręcznie malowane zasługują na kupno. Zwłaszcza, że gość maluje  je w czasie rzeczywistym tuż przy tobie.

Czarny łabędź... naprawdę dziwny.






Po opuszczeniu antycznego  świata idziemy na tak zwany kwartał tybetański w celu odnalezienia najlepszej ponoć pierogarni. Rzeczywiście jakbyśmy się przenieśli w inne miejsce. Kolor czerwony i pomarańczowy króluje na ulicach, mijamy mężczyzn w brązowych kurtkach przepasanych sznurkiem i kobiety z mocno zaznaczonymi czerwonymi kółkami na policzkach. Wiele osób żebrze na ulicy a mnisi nas zagadują i również pytają czy mamy pieniążki i próbują grać z nami w grę znaną z dzieciństwa, która nosiła nazwę "spóła".  No niestety źle trafili :)




Ważna rzecz: aby obalić chiński mur należy udać się do sklepu i zakupić butelkę dobrego, chińskiego wina o nazwie "Great Wall" a następnie zagryzać suszonym mięskiem z dzikiego jaka. Dziwne zestawienie? Wcale nie!



2011-12-27

Ni Hao ! - podróż po szynach.


Czy Chiny można pokochać? Zdecydowanie tak. Bo z tym ogromnym państwem jest jak z piękną kobietą i rosnącym, gorącym uczuciem do niej. Ma swoje wady, za które czasem można je nawet nienawidzić to jednak w swym ponętnym całokształcie jest na tyle atrakcyjna, że wybaczamy zbrodnie oraz występki. Im lepiej je poznajemy tym bardziej się zadurzamy i zakrywając jedno oko udajemy, że problemu Tybetu nie ma a zasłaniając drugie zapominamy o nieposzanowaniu praw człowieka.

Na tablicy można zobaczyć z jak sporym wyprzedzeniem
pojawiamy się teraz na dworcu kolejowym.... 
nie kusimy losu po raz drugi :-)

Jest jednak pewna rzecz, co do której trudno nam się przyzwyczaić i obejść ją jakimś tłumaczeniem, że taka kultura, że u nas też tak kiedyś ludzie robili. No robili ale chyba z dwieście lat temu! Rzecz rozchodzi się o charakterystyczny dla tego regionu dźwięk chrząknięcia i splunięcia zawartości górnych dróg oddechowych na ulicę, podłogę, posadzkę czy co tam jest akurat pod nogami. Jest to na tyle powszechne, że słychać to niemal wszędzie. Przegięciem pewnym w sensie obrzydzenia jest na przykład takie charknięcie przez kucharza przygotowującego dla nas posiłek. Takie: smacznego, z wyrazami szacunku dla „długich nosów”...


Można by pewnie jeszcze trochę ponarzekać, że ludzie się nie uśmiechają i nie odzywają ale wynagradzają to młodzi ludzie, którzy zaczepiają, machają i zagadują, często kończąc krótką konwersację polsko - chińską jakimś pięknym zdjęciem wykonanym komórką. Ach, właśnie. Przecież to drugi, tuż po Indiach kraj, którego mieszkańcy fotografują się komórkami przy wszystkim, przy wszystkich i … zresztą sami sobie też robią piękne sweet-focie:) z obowiązkową „viktorią” wykonaną dwoma palcami.


Żeby nie kończyć marudzenia to teraz kilka faktów jakie nazbieraliśmy podczas krótkiej wizyty w Chinach. Podrobione atrakcje turystyczne to coś co nas chyba najbardziej rozwaliło. Kraj mają taki piękny i różnorodny ale jest też ogromnie wielki i zaludniony. Skoro nie potrzebują masy zagranicznych turystów (bo w końcu oni są masą turystów) trzeba zorganizować takie atrakcje, żeby pełny autobus chińskich odwiedzających zajechał właśnie pod nie. Dlategoż buduje się tutaj starożytne budowle, wręcz dzielnice całe, imituje cuda natury a na domiar złego, wszystko to podświetla się jak na rosyjskiej dyskotece.
Do braku poszanowania jednostki można się przyzwyczaić ale nie wolno o tym zjawisku zapomnieć jako pieszy w ruchu drogowym. Zakradające się ze wszystkich stron po cichutku skutery z napędem elektrycznym, niemal bezszelestnie są w stanie zrobić ci z tyłka garaż. No i samochody wymuszają sobie pierwszeństwo nawet jeśli masz zielone na przejściu dla pieszych.


No to teraz chronologicznie.
Z Shenzen zabrał nas pociąg nocny z miejscami do spania, podróż miała trwać jedyne 14 godzin (my później pojedziemy jeszcze 25 godzin ale ponad 36 godzinną trasę pociągiem odpuścimy). Dobry pomysł bo można się wyspać. To znaczy można by było się wyspać, gdyby nasze nieprzygotowanie w stosunku do zachowywania się współpasażerów. Początkowo trzeba się oswoić z brakiem prywatności bo tenże pociąg nie ma ani odgrodzonych przedziałów ani zasłonek. I tak cieszyliśmy się z rezerwowanych kuszetek bo kilka wagonów dalej i zarazem dużo taniej, podróżowalibyśmy siedząc/leżąc na drewnianych ławkach lub ziemi zależnie od siły łokci i sprytu przy wsiadaniu. No ale do rzeczy, po sprawnym przepuszczeniu przez bramki i wejściu na peron, swobodnie dostajemy się do wagonów – ci z was, którzy pamiętają nasze przeżycia w Indiach wiedzą, że wsiadanie do pociągu to nie jest nasza specjalność. Tu odbyło się to bezproblemowo no i całkiem możliwe, że trauma kolejowa już nas więcej z tego powodu nie dopadnie... Po wejściu, najpierw krótka gimnastyka (górne prycze na wysokości, będzie ze dwa metry - niestety wszystkie dolne zawsze są już wykupione kilka miesięcy wcześniej), oczywiście przy akompaniamencie nieustannego charkania współpasażerów. 


Wagon wersja 1.

Wagon wersja 2.

Po kilkunastu minutach od startu większość osób zasiada do „chińskich zupek” i najedzona słodko zasypia tak gdzieś około 19 ( o 22 oficjalnie gaszą wszystkie światła i nastaje wagonowa ciemność). Swoisty urok mają również niezmiernie wąski korytarz z rozkładanymi siedzonkami, bieganie kolejarzy (chyba z 10 osób obsługi na każdy wagon) w tą i z powrotem nie wiadomo po co a następnie wstawanie niektórych pasażerów krótko po północy, już po pierwszej drzemce i całkiem nie-ciche przygotowywanie przez nich kolejnych „chińskich” zupek. Oczywiście wystarczy mieć podróżne zakrycie na oczy oraz parę zatyczek do uszu i już nic nam nie jest straszne ;-). Tylko co zrobić z tym rozchodzącym się zapachem i wózkami, nazywanymi przez nas dyliżansami. Są to bowiem takie stalowe wózeczki z różnościami. Czasem przejadą świeże owoce, czasem gotowe dania a czasem zabawki. Przejadą to jest nawet dobre określenie bo panie pędzą z tym tak szybko jakby nic nie chciały sprzedać i trzeba wykazać się niezłym sprytem by dokonać jakiegokolwiek zakupu.


Do zalewania zupek jest ogromniasty kocioł na węgiel w wagonie piątym, z którego można napełnić termosy z podstawką będące na wyposażeniu każdego przedziału. Kiedy nie przeszkodzą nam głośne rozmowy prze komórki, odgłosy gardłowe, wózki i zapachy możemy spokojnie zasnąć.   Pobudka jest już Guilin, dla nas miejscu tranzytowym. Tuż pod dworcem wsiadamy do busa i za 18 RMB od osoby jedziemy do wymarzonego Yangshuo.  



ps. Na koniec jeszcze parę słów o pociągowych toaletach. W odróżnieniu od Indyjskich pociągów gdzie  w wagonach sypialnych na korytarzu znajdują się zawsze dwie naprzeciw siebie i można wybrać albo te z napisami na drzwiach "Western" - nazywane przez nas żartobliwie "na kowboja" od skojarzenia z Westernem czyli po prostu standard zachodni oraz "Indian" - czyli inaczej "na Indianina" z ziejącą w podłodze dziurą, w Chińskich pociągach spotkamy tylko i wyłącznie drugi styl. Pomyśleli tu jednak o większych i bezpieczniejszych rączkach do trzymania, tak by dziura z widokiem na uciekające tory nie wydawała się już taka straszna ;-)

Hong Kong(o)...


Taki naszedł nas szalony pomysł, żeby odwiedzić autonomiczny region administracyjny na specjalnych warunkach czyli sławetny Hongkong właśnie. Zwłaszcza, że legenda o zakupowym raju, taniej elektronice i sprytnej, ciasnej zabudowie znana jest na całym świecie. Sama nazwa w języku mandaryńskim zachęca do  przyjazdu a brzmi  "pachnący port". Dodatkowym atutem skłaniającym nas do takiej decyzji jest fakt, że z Gouangzhou jedzie się tam pociągiem tylko dwie godziny. Poza tym sądząc po przejściach granicznych, innej walucie i odrębnej administracji zarządzającej jest to kolejne państwo (państewko raczej) na naszej mapie a po odpuszczeniu z przyczyn uszkodzeniowo-zdrowotno-powodziowo-finansowych Kambodży a razem z nią Laosu, przyda nam się kolejny stempel w paszporcie.

Chwila zadumy nad starym, dobrym Hong Kongiem.

Zatem odpowiedź na pierwsze  pytanie jakie zadaliśmy sobie przed wyjazdem:
- Czy HK jest dla backpackerów?
Odpowiedź jest dość trudna ale według nas brzmi tak: „nie za bardzo”. Po pierwsze widać to po cenach noclegów. Zdaję sobie sprawę, że jest grudzień i do tego jeszcze weekend ale jedyny tani nocleg jaki znaleźliśmy to koszt od 27USD za osobę w hostelu, następny hostelowy to już powyżej 60 „baxów” za osobę. Hotele to już jakiś koszmar i nawet te dwu, czy też trzy gwiazdkowe startują od kilkuset dolarów amerykańskich a ceny szybują wysoko, oj bardzo wysoko. Po drugie ilość i jakość atrakcji jest ograniczona i raczej nie dla podróżujących w stylu niskobudżetowym. To niestety bardzo drogi kraj i zdecydowanie nastawiony na biznes i konsumpcjonizm. Utrudnione jest również podróżowanie z wielkimi plecakami w nieprzeciętnie zatłoczonym metrze.


Zachwycają natomiast widoki, których tutaj nie brakuje. Począwszy od wzgórz otaczających HK, na światłach drapaczy chmur stojących po stronie wyspy a widocznych w całej okazałości po zmroku z nabrzeża Kowloon kończąc. Tanie jest tylko jedzenie u „lokalesów”, w bocznych uliczkach i podrabiane Rolexy oferowane przez osoby pochodzenia hinduskiego na ulicy, tuż przed sklepem z oryginałami. Zresztą mało kto tutaj handluje podróbami a wspomnienie o taniej elektronice raczej powoli odchodzi w niepamięć bo łatwiej kupić tutaj Rolls Royce'a i coś od Cartiera niż jakiś chiński „szajs”. Wszystko, co dobre jest tutaj w cenie i to nie dziwi nikogo – sprzedaje się jak ciepłe bułki.

Trzeba niestety zadzierać nosa...

... żeby patrzeć w chmury.

Nie trzeba, żeby podpatrzeć miasto od zaplecza.

Budynki sięgające chmur, piętrowe autobusy i takie, śmieszne, wąskie tramwaje to wizytówka HK. Warto według nas udać się na Night Market późnym wieczorem lub na Ladies Market w ciągu dnia (stragany są lepsze niż centra handlowe), przespacerować się po Nathan Road i spróbować wrzucić coś na ząb w małych barach ze świetną kuchnią – popróbować kociołka zupy z dodatkami według życzenia, pampuchów z różnorakim nadzieniem czy też kurzych łapek w sosie.

Wejście na Nocny Rynek.

Miejscowe przekąski a wśród nich sławetne kurze łapki :)


Oblegany Apple Store.

Na jednaj z ulic zobaczyliśmy grupę ludzi wypatrującej ostatnich pięter drapaczy chmur. Po chwili jednak okazało się, że jesteśmy świadkami zaćmienia księżyca a jego jasna tarcza w przeciągu kilkunastu sekund zakryła się czarnym kolorem. 


Przepraszam za jakość... "z łapki" strzeliłem :)


Atrakcją może okazać się również przejazd metrem pod dnem zatoki na wyspiarską część HK'u i powrót małym promem po zachodzie słońca. Jeśli ktoś kocha zakupy – czyli jest zakupoholikiem – i ma co najmniej złotą kartę bez limitu to nie będzie chciał stąd wyjechać. Mówię serio!

Pier number one.






Nasze rady związane z państwem leżącym na wybrzeżu Morza Południowochińskiego są trzy:
  1. HK może wydawać się tani (taka panuje opinia) ale wbrew pozorom wydasz tutaj więcej kasy niż gdziekolwiek indziej – uważaj na portfel, zarówno w czasie płacenia jak i spacerując po targu.
  2. Jeśli już pękłeś na robocie i coś kupujesz w małych sklepikach uważaj na oszustów podmieniających zakupiony przez ciebie towar, mają różne triki, bądź uważny i obserwuj swoją rzecz, płać dopiero po sprawdzeniu i kiedy trzymasz już ją w rękach.
  3. Jeżeli już tutaj trafiłeś, to prędziutko wszystko zobacz i nie oglądając się za siebie uciekaj, najtaniej jest metrem do granicy czyli do Shenzen. Tutaj znów jesteś w spokojnych, tanich Chinach :)


    Tablica odjazdów i wskazówka jak dojechać do HK-u. 
    Uciec musicie już sami :)
Małe rozmyślania:
Hongkong wydaje nam się być zagubiony w swej tożsamości. Jest nowoczesny, bardzo pro-zachodni i ultra-biznesowy. Tkwi jednak swoimi stopami głęboko w kulturze azjatyckiej i choć tutaj meczet, kościół i buddyjska świątynia sąsiadują ze sobą to jednak oderwanie na tak długi okres od korzeni pozostawiło bliznę, która szpeci jak rana zadana kolonialną szablą na licu pięknej Cheng Nii.


ps.
Ponieważ w Hong Kongu wszystko ma mieć pełen "wypas" zatem choinka nie może być normalna tylko jaka? Ano, cała zrobiona z Ferrero Rocher, dosłownie sami sprawdzaliśmy z bliska... słodki iglak się nam trafił :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...