Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsztaty Kultury Polskiej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsztaty Kultury Polskiej. Pokaż wszystkie posty

2012-03-04

Prezentacja Projektu "Conquer the Impossible - Pokonać Niemożliwe"

W związku z dużym zainteresowaniem naszym projektem zamieszczamy poniżej krótką informację a o terminach i miejscach prezentacji będziemy informować na bieżąco.


Wszelkie Domy Kultury, placówki oświatowe lub kluby chętne do współpracy prosimy o kontakt poprzez stronę facebooka "Conquer the Impossible" lub bezpośrednio na adres e-mail dostępny w wizytówce FB w kolumnie po prawej stronie.

*********************************************************************************

PREZENTACJA PROJEKTU „POKONAĆ NIEMOŻLIWE”
    PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA Z WARSZTATAMI KULTURY POLSKIEJ DLA DZIECI

Jeśli nie wiesz w jakim mieście rozdają granaty, jaka roślina jest najlepszym strażnikiem kobiet, które drzewo nazywane jest magicznym oraz gdzie można wynająć kurę do towarzystwa, jeśli chciałbyś poznać marzenia dzieci z kilkunastu krajów i zobaczyć w jaki sposób Polska stała się jednym z tych marzeń.... koniecznie przyjdź na projekcję zdjęć i filmu z naszego projektu. Podczas pokazu postaramy się zabrać wszystkich w magiczny świat i pokazać, że mimo różnic w kolorze skóry, miejscu zamieszkania, kulturze i tradycjach wszędzie na świecie ludzie pozostają tacy sami z prostymi marzeniami oraz pragnieniami.



W połowie lutego 2012 roku, jako czteroosobowa rodzina z dziećmi zakończyliśmy 15 tygodniową podróż dookoła świata, podczas której odwiedziliśmy 15 krajów i przeprowadziliśmy 15 Warsztatów Kultury Polskiej dla dzieci. Podróżowanie to dla nas poznawanie miejsc, które odwiedzamy, odkrywanie innych kultur, tradycji a co najważniejsze, to inspirujące spotkania z ludźmi. Taka też była nasza podróż obfitująca w ciekawe zdarzenia, magiczne dźwięki oraz orientalne smaki i zapachy. Staraliśmy się na tyle, ile to możliwe prawdziwie "dotknąć" głębi ducha każdego kraju a pomagały nam w tym zawsze rozmowa i uśmiech. Ludzie otwierali przed nami swoje serca i domy.

Podczas realizacji tego projektu, choć ograniczeni dość mocno w czasie rozwinęliśmy nasze odkrywanie świata jeszcze dodatkowo o elementy wymiany międzykulturowej. Zorganizowaliśmy bowiem kilkanaście warsztatów, które opierały się na idei interaktywnego poznawania kultury wieloma zmysłami. Całość składała się z dwóch części: pierwsza to pokaz slajdów z prelekcją wprowadzający dzieci w nieznany, odległej dla nich Polski. Podczas drugiej części dzieci smakowały polskich słodyczy -"krówek" a całość była oprawiona w dźwięki utworów Chopina oraz muzyki ludowej. Na zakończenie dzieci dostały również kolorowanki związane z tematyką warsztatów. Zajęcia prowadzone były w języku angielskim i właśnie w tym języku, chętne dzieci po zakończeniu zajęć mogły do kamery opowiedzieć o swoich marzeniach.

Idea przyświecająca projektowi „Pokonać Niemożliwe” to odkrywanie, że jedność ludzkości leży w naszej różnorodności. Założyliśmy, że jeśli choć w jednej osobie obudzimy ciekawość świata, jeśli zmienimy choć jedno spojrzenie na inną kulturę i tradycje, otworzymy choć jedno serce na zbyt często demonizowaną "odmienność" to nasza misja zostanie 1000 krotnie spełniona.

Czy się udało – przyjdźcie i sprawdźcie :)

2012-02-25

Le tour du monde en cent - douze jours - Historia wyczytana w pewnej książce.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że nasza podróż zainspirowana była  pewną książką. Nie była to sławna już jednotomowa powieść Julisza Verne'a bo tytułowych dni było w niej osiemdziesiąt. Nie była również dla nas inspiracją wspaniała książka Tomasza Gorazdowskiego bo z kolei w niej, na tak zwanej kanapie czyli na motorze autor objeżdżając świat spędził 126 dni. Obie podróże imponujące, obie to swoisty wyścig i właśnie ta cecha łączy te dwie niesamowite przygody z naszą. Różni nas jedynie czas i inny rodzaj misji do spełnienia. My potrzebowaliśmy nieco ponad 15 tygodni a dokładniej 112 dni. 
Inspiracją dla naszej podróży była książka dla dzieci. Książka, która stała się naszym lekarstwem na jesienne i zimowe wieczory. Tworzona z marzeń przez całą naszą czwórkę pisana była systemem "co komu do głowy" czyli z napaści weny twórczej. Jedna osoba kończyła myśl i odchodziła od monitora a za dwa dni  pojawia się kolejny rozdział pisany przez kolejnego członka rodziny. Konsultowaliśmy jedynie przebieg trasy i nasze największe marzenia. W wyobraźni tworzyliśmy miejsca i przenosiliśmy się na kolejne kontynenty. Wersja komputerowa naszej przygodowej książeczki dla dzieci pewnego dnia zamieniła się w wersję książkową a to za sprawą mojego brata. W wigilię Bożego Narodzenia zamiast skarpet czy upragnionego szalika :) znalazłem pod choinką kartonik z dziesięcioma egzemplarzami z kolorową okładką. W środku oprawą graficzną okazały się rysunki tworzone przez nasze dzieci. Tytuł książeczki łatwy jest do przewidzenia a brzmi: "Zaczarowana Karawana". Tak, macie rację. Tak książka jest o nas. Można wyobrazić sobie lepszy prezent? Raczej nie.
"Szczęśliwcy", którzy mogli zapoznać się z jej treścią okazywali dla nas wyrozumiałość i zapewne z grzeczności lub z przyjaźni  wyrazili się pochlebnie o jej zawartości. Jedna osoba nawet w rozmowie o naszych planach, o podróżach zapytała:
- A dlaczego nie spróbujecie zrobić trasy z waszej książki?
To był ten moment, w którym postanowiliśmy ruszyć dookoła świata i właściwie Tobie Aniu O.-K. powinniśmy dziękować bo stałaś się matką chrzestną projektu :) Potem tylko pomysł o tym co zrobić, żeby nie przelecieć przez świat z tak zwanym pustym przebiegiem. Od słowa do słowa, od naszego doświadczenia z pracą z dziećmi w szkołach do realizacji Warsztatów Kultury Polskiej, od zakupu pierwszego biletu do pędu bez opamiętania przez świat. Zrealizowaliśmy nasze marzenia i to jest najlepszy na to dowód.

Podsumowując zatem. Uważajcie co napiszecie w długi zimowy wieczór na ekranie swojego komputera, co zanotujecie w swoim pamiętniku lub nagryzmolicie na serwetce w kawiarni. Bądźcie czujni, kiedy marzycie i wizualizujecie swoje pragnienia. Efekt motyla może sprawić, że za jakiś czas staniecie gdzieś na jakimś pustkowiu, na wysokim szczycie lub w kraju, o którym kompletnie nic nie wiecie. Właśnie wtedy zaczyna się przygoda i prawdziwe poznawanie świata... 

Ilustracja Alphonsa de Neuvilla i Léona Benetta do książki Juliusz Verne'a.
źródło wikipedia.org

2012-02-19

Magia liczb, czasu i przestrzeni....

Na koniec naszej podróży otrzymaliśmy od Was jeszcze jeden piękny prezent. O tym, że miało być 15 krajów w 15 tygodni na 15 rocznicę wiedzieliśmy bo sami sobie taki program nałożyliśmy. Ale to, że w ostatnim dniu na naszym liczniku pojawi się 15 tysięcy odwiedzin sprawiło nam ogromną niespodziankę. Wszystkim czytelnikom, odwiedzającym i tym, którzy z niecierpliwością czekali na każdy kolejny wpis serdecznie dziękujemy za cierpliwość i wyrozumiałość. Specjalnie chcielibyśmy podziękować naszym przyjaciołom i tym, których właściwie nie znamy, że "linkowali" naszą stronę swoim rodzinom i znajomym. To, że wielu ludzi czytało nasz blog udowadnia fakt spotkania obcej nam osoby w innym kraju niż Polska, która dowiedziawszy się, iż stoi przed nią "Zaczarowana Karawana" zaczęła krzyczeć z radości i poinformowała nas o tym, że czyta, że wie, że zna. Ogromna to dla nas przyjemność i szczęście. Fakt, że tu zaglądaliście jest dla nas nieocenionym wyróżnieniem i nadaje sens temu, co robimy. Bo tak naprawdę bez osób nam kibicującym i podglądającym nasze działania, ta podróż byłaby jedną z wielu. Dzięki Wam stała się wyjątkowa, tak jak ukryte w trakcie jej trwania liczby stają się magiczne.
W roku, kiedy wystartowaliśmy nasza rodzina wspólnie miała 100 lat. Rzadkość takiego zjawiska musiała być uhonorowana w sposób specjalny. Do wszystkich piętnastek musi dołączyć nasza starsza córka, która w listopadzie zeszłego roku właśnie skończyła 15 lat. Poza tym zaliczamy w ciągu czterech miesięcy 17 szczęśliwych startów i 17 bezpiecznych lądowań.
Poniżej przedstawiamy sumę pokonanych kilometrów w zależności od sposobu transportu. Nie uwzględniają one dziesiątek kilometrów, które przerodziły się w setki pokonane na nogach oraz wszelkiego rodzaju transportu miejskiego, autobusów, metra, tuk-tuków i dala-dala. 
Zatem drogą wodną pokonaliśmy prawie:
1500 km
Podróżując szynami czyli koleją:
4187 km
Drogą lądową, autem, autobusami i "na stopa" :
8475 km
W powietrzu unosiliśmy się przez:
46232 km
Wszystkiego razem nazbierało się:
60394 km

Nie ukrywam, że powyższe liczby zaskoczyły nas samych ale to matematyka i nie uwzględnia ona naszego zaangażowania i motywacji do pokonania następnego, kolejnego, czasem bardzo trudnego kilometra. 
Jeszcze raz dziękujemy Wam bo jesteście częścią tego planu i głównie dzięki Waszym mailom,  sms-om, komentarzom i zaciśniętym kciukom jesteśmy tutaj, w dodatku cali i zdrowi.
Jak mówią w suahili - Asante sana !!! Dziękujemy :-)


Naszą trasę los kształtował często odmiennie od naszych planów i oczekiwań, droga wiła się i wiodła czasem przez miejsca o których nigdy wcześniej nie myśleliśmy. Otwierały się przed nami drzwi domów w  odległych miejscach i skłaniały do wizyt... nie pozostawaliśmy obojętni na szczere i gorące zaproszenia, co sprawiło, że ostateczna  trasa  wyglądała następująco (w  całkowitą  ilość krajów  wliczaliśmy również  te  tranzytu oraz wyspę, którą potraktowaliśmy wyjątkowo) :

1. TURCJA
2. EGIPT
3. TANZANIA
4. ZANZIBAR
5. OMAN
6. INDIE
7. NEPAL
8. TAJLANDIA
9. CHINY
10. HONG - KONG
11. KANADA
12. USA
13. NIEMCY
14. WŁOCHY
15. MAROKO

z różnych powodów nie we wszystkich krajach zostały przeprowadzone nasze Warsztaty Kultury Polskiej, ale w kilku zrobiliśmy je więcej niż raz więc suma zamknęła się w spodziewanym 15. To był wspaniały czas... 


NIEMOŻLIWE STAŁO SIĘ MOŻLIWE !!!

Cóż, to już koniec wyprawy.... Jednak dla nas koniec to zawsze początek czegoś nowego mamy nadzieję, że tak też będzie tym razem :-)

2012-02-16

Tizi'n Tishka dwa razy w 24h czyli ostatnie WKP :)



Mówi się o niej: niebezpieczna. Kręte drogi wspinają się zakosami by przeprowadzić cię przez najwyższą w tej części kontynentu przełęcz. Kiedy spojrzysz w urwisko bledniesz a świadomość, że jesteś właśnie wyżej niż najwyższy szczyt Polski dodaje emocji. Szczególnie zimą kiedy biała szata pokrywa wierzchołki a śnieg i lód zalegają na drodze. Niektóre zakręty mają po sto osiemdziesiąt stopni a widoczność jest zerowa zza opadającej pionowo skały. 




Wtedy dajesz znak klaksonem, że wchodzisz w ten łuk a ktoś nadjeżdżający z naprzeciwka powinien poczekać. „Powinien” niestety niekiedy zależy od wielkości pojazdu. Stąd wypadki, które na tej drodze nie są rzadkością a ich skutki łatwo przewidzieć. Tishkę, bo tak na imię tej przełęczy pokonywaliśmy już kilkakrotnie ale nigdy autobusem. Tym razem nadarzyła się okazja więc z niej skorzystaliśmy. Autobus rejsowy korporacji Supra Tours to sprzęt w miarę nowoczesny. Pasy na siedzeniach, kładzione fotele i wysoko usytuowane miejsca siedzące. Te ostatnie okazały się znamienne w skutkach. Bowiem po pokonaniu płaskiego odcinak drogi z Marrakeszu dojeżdżamy do Atlasu i rozpoczyna się prawdziwa jazda dla wielbicieli rollercoasterów. 




Na każdym z pokonywanych zakrętów autokar kładzie się na boki, jakby pasażerowie odbywali kandydatkę czyli rejs rekrutacyjny do Akademii Morskiej. Czujesz przychodzącą kolejną falę a kołysania nie ma końca. Błędnik szaleje a w żołądku robi się niezła zawierucha. Nas to w sumie nie dotyczy bo jesteśmy ludźmi znad morza ale wszyscy znają słabość Berberów do takich atrakcji. Na efekty nie było trzeba długo czekać. Pierwszy pocisk z wnętrza małego chłopca ląduje na ubraniach współpasażerów, między innymi turystki ze Stanów. Odpowiedzi na pytanie dlaczego zapach i widok zwróconej treści żołądka powoduje reakcję łańcuchową i staje się sportem drużynowym szukamy u antropologów. Okazuje się, że społecznościach jedzących wspólne posiłki, taki odruch to sygnał dla reszty do pozbycia się zepsutego lub trującego jedzenia. Nie inaczej było tym razem. Do "zabawy" dołączali kolejni uczestnicy naszej podróży a ci, z większym samozaparciem czynili swe obowiązki na tak zwanym przystanku na żądanie, przysypując swe wydzieliny piaskiem na poboczu. 



Turystka ze Stanów prosi kierowcę aby ten na postoju posprzątał wymiociny zalegające w przejściu abyśmy nie musieli w tym smrodzie jechać dalej. Ten jednak okazuje się być prawdziwym zawodowym kierowcą i olewa cała tą sytuację. Pożyczonym w barze mopem i wiaderkiem z wodą pasażerki same robią z tym porządek a reszta? Reszta robi zdjęcia na zewnątrz lub zajada mielone baranie mięso z grilla. Patrzę na nich i już się boję bo według mojej opinii oni nie jedzą tylko ładują amunicję do swych wyrzutni. Od razu napiszę, że powrotny kurs niczym się w zasadzie w tej kwestii nie różnił, no może tym, że kierowca zjeżdżając już z przełęczy spalił hamulce a smród tej spalenizny dodał do grona „słabych żołądków” nowych członków. Nie pomagało wąchanie obranej skórki pomarańczy i żucie gumy. Czasem po prostu to nie jest twój dzień.


Znajomy opowiadał nam o jeżdzie przez Tishkę autobusu wypełnionego ponad stan. Kilkanaście osób stało w przejściu i bujało się rytmicznie na łukach a na tych naprawdę ostrych wpadali na kolana tych siedzących. Z tyłu autobusu siedział lokalny zespół muzyczny, który dla rozładowania sytuacji przygrywał nomadzkie szlagiery i wypuszczał w eter wibrujące dżwięki. Jeden z pasażerów w tym ścisku zwymiotował na głowę osoby siedzącej przed nim a potem próbował zmyć mu to z czupryny wodą z butelki. Zapach się rozniósł i reakcje żołądkowe również. Wyobraźcie sobie taki autobus, latający na wszystkie strony ludzie, muzyka na żywo w akompaniamencie odgłosów dochodzących z głębi trzewi. African style :)



Z dworca w Warzazat odbiera nas El Houssaine i od razu robi się rodzinnie. Jemy lunch w jego domu a potem na słonecznym tarasie na poduchach rozmawiamy do wieczora popijając marokańską herbatkę. O 19-tej jedziemy do centrum a dokładnie do Avon Acadamy, szkoły językowej ufundowanej przez Sheilę Barry. Na pierwsze zajęcia po feriach przyszło kilkanaścioro kursantów w zróżnicowanym wieku, jednak wszyscy byli starsi niż nasze docelowe dziesięciolatki. Pokazaliśmy im zatem na początku zdjęcia z naszej podróży, Warsztatów Kultury Polskiej zorganizowanych w innych krajach a następnie nasz film i slajdy o Polsce. Na koniec, obowiązkowo nauka języka polskiego, która młodym Marokańczykom szła wyjątkowo sprawnie.


Niezręcznie było nam dawać im kolorowanki ale z cukierkami to już inna sprawa. Po pokazie, po przybiciu na fladze ostatnich już w podróży "piątek", urządziliśmy sobie pogadankę po angielsku. Padły pytania dotyczące naszego kraju, zwyczajów i codzienności. Od studentów, w zamian dowiedzieliśmy się  podstawowych informacji na temat języka Berberów - Amazigh (Wolny Człowiek) oraz najważniejszej litery "Z", rozpoznawalnej na całym świecie, która swym znaczeniem i wyglądem kojarzona jest ze stojąca postacią "Free Man Standing".



Na koniec wymiana kulturowa na temat gier. Okazuje się, że popularna u nas zabawa w krzesła (jedno mniej niż graczy) oprawiana muzyką jest także popularna w Maroku. Gra ze zwijaniem na ołówek przedmiotu na sznurku ma swoją odmianę tutaj a różni się tym, że konkurenci zwijają na swoje kciuki sznurek, na środku którego zawieszony jest cukierek. Potem nasz znajomy przedstawił nam swoje doświadczenia związane z wymianą międzykulturową, gdzie na zasadach wolontariatu uczniowie z całego świata odwiedzają Warzazat i okolice. Świetna zabawa połączona z pracą i pomocą niesioną marokańskim dzieciom. Nic bardziej cudownego nie mogło nas spotkać na koniec naszej podróży.





Teraz z podniesionym czołem, trzymając naszą flagę wypełnioną kolorowymi śladami rączek dzieci świata możemy śmiało powiedzieć, że właśnie wypełniliśmy naszą misję a nasza podróż zbliża się do końca. W głowach kiełkuje nam jednak myśl, którą najlepiej ilustruje prawdziwie stare arabskie powiedzenie:
" Psy szczekają a karawana idzie dalej."
Zatem jeśli nasza zaczarowana karawana zatrzyma się na chwilę w Founduku czy Karawanseraju to z pewnością za jakiś czas ruszy dalej, z nowym pomysłem w nieznany świat :) 

ps.
O spotkaniu z Rahmounem i jego projekcie już niedługo na www.africaedeserta.pl


2012-01-22

Małe buldogi z Machias!

Jeśli uważacie, że dzieciaki w USA grają tylko
w amerykański football lub baseball to się mylicie.
Uwielbiają soccer i są w tym dobrzy :)

Czasem wydaje się nam, że życiem kierują zbiegi okoliczności. Można przyjąć taką hipotezę lecz my uważamy, że w naszej drodze coś innego kierowało nas w stronę miejsc i ludzi. Coś, czego zbiegiem okoliczności na pewno nazwać nie można. 
Nie inaczej było i tym razem. Miejsce: pralnia automatyczna. Czas: dwa dni przed naszym wyjazdem. Obiekt: kobieta w worem prania i pięknym uśmiechem. Początek akcji: pytanie - Co robicie w Machias zimą?
Dominika wkładając nasze wyprane ciuchy do suszarki odpowiada:
- Tak sobie jeździmy po świecie i opowiadamy dzieciom o Polsce.
Ona na to, że super bo jej przyjaciółka jest nauczycielką w tutejszej szkole, uczy dziesięciolatków i uwielbia takie akcje. Zatem mail, adres strony i uśmiech na pożegnanie. Po dwóch godzinach na naszej skrzynce znajdujemy oficjalne zaproszenie na następny dzień i tym samym Stany stają się kolejnym punktem naszej misyjnej podróży :)
O poranku zbieramy nasze materiały, drukujemy kolorowanki i razem z Erikiem jedziemy do szkoły. Piękna, nowoczesna szkoła wita nas najpierw swoimi osiągnięciami w postaci pucharów, potem choinką ustrojoną czapkami i szalikami, które uczniowie przez kilkanaście lat zostawiali w szatni i nigdy ich nie odebrali. Potem lekko nas zatyka bo dziesięciolatki malują rysunki na podstawie prac Picassa oraz Kandinskiego i wywieszają je na korytarzu. 




Wychowawca to przesympatyczna kobieta, która z uśmiechem nas wita w swojej klasie i załatwia cały potrzebny sprzęt. Sprawnie instalujemy projektor, ekran, zaciemniamy salę i ruszamy. Dominika czuje tremę bo po raz pierwszy będzie przemawiała do dzieci, dla których angielski jest pierwszym językiem. Po czym spina się w sobie i leci z tematem jakby ten język też byłby dla niej czymś, czym posługuje się od urodzenia. Dzieci w ciszy słuchają opowieści z kraju nad Wisłą, śmieją się i otwierają buzię z wrażenia kiedy widzą stare polskie miasta. Potem nauka polskiego i tak im sprawnie idzie, że proszą o zapisanie prostych pozdrowień na tablicy a niektórzy przepisują je sobie do zeszytów. Po zakończeniu pokazu dzieciaki okazują się być przygotowane do zajęć. Niektóre z nich mają przygotowane pytania na temat Polski na kartkach, inne jadą tak zwanym freestyle'em. Pytania zresztą bardzo ciekawe, nie mogło zabraknąć oczywiście najważniejszego: "Jak to się stało, że jesteście w Machias?"






Long story, chciałoby się powiedzieć ale właśnie wtedy uświadamiamy sobie, że nie ma zbiegów okoliczności. Oni na nas po prostu czekali, tylko nie wiedzieli, że przyjedziemy :)
Kolorowanki, łapka na flagę, opowieści o marzeniach w oko obiektywu i wspólne zdjęcie. Jeszcze tylko dzieciaki chwalą się swoją klasową hodowlą łososi, z której są naprawdę dumni. Na pożegnanie dostajemy jeszcze ekologiczne torby z nadrukiem: "Dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobiliście."
Spotykamy się jeszcze z dyrektorem placówki, który mówi, że mamy czuć się jak u siebie i obejrzeć wszystko co nas interesuje. Zaglądamy zatem do miejscowych Buldogów i dziwimy się nieco bo ich logo jest identyczne jak pewnej gdyńskiej drużyny...jakiej, łatwo się domyśleć :)








Ze względu na niedawno obchodzone święto, Dzień Martina Luthera Kinga, dzieciaki ze szkoły swoje marzenia powiązały z miłością, pokojem i wiarą. My zatem wciąż marząc, że nadejdzie taki dzień cytujemy słynnego pastora:
"Miałem sen, iż pewnego dnia moje dzieci będą żyły wśród narodu, 
w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry 
ale na podstawie tego, jacy są."


2011-12-27

Mission possible...Kiedy wiesz, że dałeś radę?


Na początku naszej podróży wyznaczyliśmy sobie jeden, jedyny cel do realizacji. Sprawić, by ktoś - tak, jak my wcześniej - zaczął marzyć. Miało być to dziecko z jednej z odwiedzanych przez nasz szkół, mieliśmy dokonać czynu banalnie prostego: otworzyć nieco umysły, poszerzyć horyzonty i bawić, by pojawiły się na dziecięcych buziach uśmiechy. Oczywiście tak się działo lecz prawdziwy "sukces" przyszedł z zupełnie innej, niespodziewanej strony. Odezwała się do nas osoba, u której gościliśmy. Dorosły człowiek, po obejrzeniu naszego pokazu slajdów, po obejrzeniu amatorskiego filmiku o Gdańsku i po rozmowach z Dominiką, w kuchni ze łzami w oczach przyznała, że teraz chce więcej, chce dalej. Ma nowe marzenie aby ruszyć w daleki świat i zobaczyć cokolwiek innego. Chce odkrywać nowe miejsca  i czuję, że tak będzie. Bo osoba ta przeszła w swym krótkim życiu więcej niepowodzeń i rozczarowań niż dziesiątki z nas. Los poturbował ją i rzucił na kolana a ona jednak stoi teraz twardo na ziemi i patrzy przed siebie z podniesioną głową. Jesteśmy z niej dumni i chcemy jej pomóc ale droga, którą wybrała będzie dla niej trudniejsza niż dla nas. Teraz to my trzymamy kciuki...


Chciałoby się powiedzieć : mission completed, ale helloł - to jeszcze nie koniec :)

Jak powiedział nam misjonarz spotkany na szlaku, brat Jasiu:
„Każdy ma w życiu jakąś misję do spełnienia. Każdy ma inną.”
My zdaję się też mamy własną. Choć do końca jeszcze pozostało trochę czasu my już czujemy się spełnieni. Taki ładunek pozytywnej energii jaką otrzymaliśmy od dzieciaków oraz pobudzające do życia emocje, które towarzyszyły wszystkim dotychczasowym spotkaniom dały nam siłę do dalszego działania,  do odłożenia decyzji o złożeniu broni. Teraz z jeszcze większą motywacją i jeszcze większym zapałem będziemy brnąć w temacie kultury, poznawania świata i łamania barier. Żałujemy tylko, że tak późno się za to wzięliśmy. Wiemy, że moglibyśmy zrobić więcej i "przenieść góry" dla tych, którzy ich nawet nie widzą.
Mamy nadzieję, że lekcja jaką otrzymaliśmy do tej pory będzie najlepszą z tych, które podarował nam los. Wiemy już, że nasze córki inaczej patrzą na świat i marzymy, aby w dorosłym życiu miały tą odrobinę miejsca w swoich sercach i nie zapominały nigdy o biedzie i nieszczęściu innych. O tym, by zawsze wyciągały pomocną dłoń  a zróżnicowany obraz świata pomagał im dokonywać właściwych wyborów. 
Wydawać by się mogło, że to najlepsza szkoła życia jaką dostały i - tak jak mówiłaś Sofija - chyba żadna szkoła nie nauczy tyle co ta podróż. Patrzę teraz na dwa śpiworki leżące na podłodze na lotnisku gdzieś na drugim krańcu świata i myślę, że ich zawartości są teraz silniejsze, mocniejsze i co najważniejsze - mądrzejsze.



Naszym zwycięstwem można też nazwać ludzi, którzy stanęli na naszej drodze i mieliśmy szczęście ich poznać. Nie będę wymieniał imion i  nazwisk bo myślę, że czujemy podobnie i każdy z Was, o wielcy! wiecie kogo mamy na myśli. Są to osoby które mogą ten wpis przetłumaczyć sobie na kilkanaście języków i tacy, którzy polskim władają nad wyraz dobrze. Dzięki Wam dotarliśmy tak daleko i stoimy właśnie tutaj. Dzięki za spędzone urocze chwile na pogawędkach, rozmowach i dyskusjach. Takie pogaduchy wiele uczą  i ułatwiają dalszą drogę. Wszystkim tym, którzy do tej pory udzielili nam schronienia i przyjęli pod swój dach padamy do stóp i nawet nie wyobrażacie sobie ile do dla nas znaczy. Nigdy nie zapomnimy tego, że  całkiem nieznani jeszcze kilka dni wcześniej wspaniali ludzie, bez wahania otworzyli przed nami swój dom i serca i zaprosili na Wigilię, byśmy nie czuli się tak samotni w odległym świecie. Pisze to facet siedzący na kawałku krzesła z wbijającym się metalowym oparciem w plecy, nie mogący zasnąć z powodu zimna przeszywającego palce stóp i praktycznie nie mający gdzie się podziać tej nocy, więc sami rozumiecie moc tych słów...


Zatem podsumowując...
- Is that mission completed?
- Not really... not yet!

ps. 
Jeszcze podziękowania dla tych, którzy napisali maile. Super jesteście a każde wasze słowo przemienia się w balsam na nasze dusze i działa na nas jak woda na młyn...

2011-12-04

Koh Lanta - taka wielka szczęściara.


Wysiadamy w Krabi, nadmorskiej miejscowości, która staje się dla nas miejscem tranzytowym pomiędzy stałym lądem a wyspą Koh Lanta. Siedzimy sobie grzecznie przy ulicy z naszymi plecakami i czekamy na bus, który podrzuci nas na wymarzoną plażę.

Krabi.

Chcesz kupić tanio bilet na przejazd, kup go w ulicznym biurze :)

Po dwóch godzinach jazdy (w tym niemal pół godziny kręcenia się po mieście aby znaleźć komplet) i pokonaniu dwóch przepraw promowych wysiadamy przy plaży Long Beach. W tym miejscu trzeba podkreślić znaczenie miejsca i naszego tutaj przybycia. Wybraliśmy Koh Lantę na miejsce naszych warsztatów z dwóch powodów. Jeden jest oczywisty - rok 2004 i fala tsunami, która tragicznie naznaczyła ten region. Drugi, to ten optymistyczny. Wyspa ta w porównaniu z innymi, choćby Phi Phi poza zniszczeniami materialnymi i niewielką ilością osób (mówi się o dziesięciu a nie o dziesiątkach tysięcy), które tutaj zginęły wyszła bez szwanku. Żywioł na szczęście ominął tych wyspiarzy, choć bary na plaży składały się jak domki z kart a ogromna fala pozostawiła po sobie ślad w postaci metrowego mułu. Podgląd na to zdarzenie daje poniższy film:


Minęło jednak kilka lat i choć na miejscu o zaszłej tragedii z pewnością pamiętają mieszkańcy, nam nie pozwalają o tym zapomnieć znaki pojawiające się tu i ówdzie.


Pora sucha na Koh Lancie oznacza dla nas... że z pewnością będzie padać :) Tak wyspa przywitała właśnie nas, wieczorny spacer na szeroką plażę Long Beach zakończył się burzą i ulewnym deszczem. Schowani w barze przy plaży słuchaliśmy wszędobylskiego Boba Marleya i przez słomki wciągaliśmy słodycz egzotycznych owoców. Przez naszego gospodarza, muzułmanina (jak zresztą 95% mieszkańców tej wysepki) zostaliśmy zaproszeni na świąteczną kolację. Razem z "braćmi ze Wschodu" usiedliśmy do stołu i świętowaliśmy zakończenie prac remontowych oraz celebrowaliśmy coroczny tradycyjny wspólny posiłek.

Droga donikąd?  Skądże, miejsce przeprawy promowej.

Złowieszcze chmury a z nich całonocna ulewa.

Kolejny dzień to czas eksperymentu. Idąc za wzorem zjawiska społecznego jakim jest tu rodzaj poruszania się po wyspie wynajmujemy dwa skutery i próbujemy ogarnąć tak zwany temat. Ja już wcześniej jeździłem trochę ale Dominika pierwszy raz zasiadła za sterami tego kilku konnego potwora. Po zrobieniu paru ósemek, hamowaniu awaryjnym i przypomnieniu sobie, która rączka jest lewa (ruch lewostronny) wyjeżdżamy na regularną szosę. Już teraz wspomnę, że tak nam się jazda skuterami spodobała, że naszych pojazdów nie chcieliśmy oddać do wypożyczalni. Cena za dzień 20-25 zł, kask gratis - zresztą wiele osób jeździ tutaj bez ochrony na głowę - my raczej nie :)


Postanowiliśmy poszukać szkoły aby zorganizować warsztaty. Jak zwykle "na wariata" najlepiej nam wychodzi i w centrum znaleźliśmy szkołę chętną do współpracy. Kilka pytań: co? jak? i w ogóle po co? Potem jeszcze wizyta oficera policji w celu weryfikacji zdarzenia. Gospodarze goszczą nas lunchem i pokazują "meeting room" wyposażony projektor i nagłośnienie. Nauczycielka angielskiego decyduje się tłumaczyć na tajski, zbiera się grupa ponad sześćdziesięciorga dzieci i ruszamy. Pokaz slajdów, opowieść o Polsce, kolorowanki, odbitka dłoni na fladze, balony i ostatnia paczka krówek do rozdania. Nauka polskiego idzie strasznie opornie, zresztą jak rónież zapamiętanie naszych imion. Nie ma się co dziwić, w końcu to tak odległe od siebie języki.

Welcome to Kho Lanta.

Każdą krówkę dzielimy na trzy części - to już ostatnia paczka.



Według dzieci, najzabawniejsze zdjęcie pokazu.



Na koniec w podziękowaniu zespół tańca z tutejszej szkoły prezentuje nam tradycyjny taniec z elementami akrobatyki. Dziewczynki zwinnie "tańczą" również palcami dłoni, na których mają założone metalowe nakładki z długimi paznokciami. Kilka z nich zgubiło je podczas tańca. Po występie podniosłem dwa z ziemi i założyłem na palce. Zrobiłem chyba coś głupiego jako facet bo rozśmieszyłem tym do łez całą zebraną grupę. Wielkie pożegnanie nie miało końca i wzajemne podziękowania również. Po wyjściu z budynku do Arletty podbiegła mała dziewczynka i wręczyła jej piękne serduszko z błyszczącymi kamykami a kiedy wsiedliśmy na nasze mechaniczne rumaki machała do nas na pożegnanie niemal cała szkoła. 
Dziękujemy Koh Lanta !!!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...