2011-12-10

Great (Fire)Wall i miasto kóz....



 Jak mówi stare, mądre chińskie przysłowie: „Chcesz coś spieprzyć, to zburz stare i postaw w to miejsce nowe.” Chyba tą wymyśloną przeze mnie na prędko nie-złotą myślą kierowali się twórcy nowego lay out'u Chin. Dla mnie kłóci się całkowicie wygląd Koziego Miasta (Guangzhou) z wyobrażeniem o starym Kantonie. Nazwa miasta łączona jest z kozami oraz założycielami miasta, pięcioma nieśmiertelnymi, którzy dosiadali tychże zwierząt właśnie. Teraz jednak zamiast ryksz z napędem nożnym i woźniców z wielkich okrągłych kapeluszach mamy nowoczesne wieżowce apartamentowce, biurowce, budowle o kosmicznym kształcie i futurystyczne stadiony, opery i nikomu niepotrzebne wieże (potrzebne do zrobienia sobie fotki :)


Piękne są te Chiny, tylko bloki troszkę zasłaniają :) 

Pierwsze wrażenie po przybyciu: szkło, aluminium i beton. Ulice szerokie, przestrzenie pomiędzy budynkami wielkie jak place, skutery na prąd i samochody mknące po kilka sztuk w polu widzenia na czteropasmowych drogach. Dopiero wieczorem kiedy do centrum docieramy metrem, w którym traci się pół dnia wcale nie na oczekiwanie czy ze względu na tłum lecz na rozpiętość sieci podziemnej kolei dojeżdżamy do centrum. Widzimy wreszcie w handlowej dzielnicy specjalizującej się w hurcie małe domki, oczywiście odrestaurowane. Straganiki na parterze i ludzie weselsi, zaczepiający i zagadujący. Kobieta sprzedająca warzywa patrzy na Dominikę i dziewczynki, pokazuje na swój brzuch, potem na Dominikę i buja rękoma w powietrzu. Potem zaczesuje włosy na bok tak jak noszą tutaj mali chłopcy... ok, łapiemy – do kompletu brakuje syna. Inny gość widzi mnie z aparatem na szyi i zachęca do zrobienia fotki. Chwyta zębami kawał surowego udźca i gryzie. Robię zdjęcie ale w momencie kiedy koleś sam się z siebie śmieje. Jest klimat ale tylko przez chwilę bo za rogiem wydając przeraźliwe dźwięki pracuje olbrzymi dźwig. Sprząta to co zostało ze starych kamienic z wąskimi przejściami i zbliża się nieuchronnie w kierunku niskiej zabudowy. W tym miejscu powstanie kolejny gigant z milionem pięter i sklepami, których tutaj jest tyle samo co mieszkańców Chin.




Szukamy budynku o nazwie „Stone House” bo mamy nadzieję na znalezienie, jeśli nie drewnianego to choćby kamiennego starego Kantonu. W pewnym tylko sensie znajdujemy bo ten kamienny dom to nic innego jak kościół, stary kościół. Wracamy po 22-giej ale jakoś wbrew naszym przypuszczeniom jest bezpiecznie. Wszędzie kamery, tu i ówdzie policjant. O całkowitym bezpieczeństwie nie pozwalają zapomnieć jednak metalowe drzwi mieszkań i krata oddzielająca kierowcę taksówki od pasażerów.


Największą atrakcją Guangzhou ma być sięgająca na ponad 450 metrów (iglica anteny tej wieży kończy się na 600 metrze) Canton Tower nad brzegiem Perłowej Rzeki oraz znajdująca się w pobliżu pagoda. Wieża jest olbrzymia i robi wrażenie jako pochwała dla konstruktorów ale jest tak wysoka, że jej szczyt ginie gdzieś we mgle. Rzeka ma kolor każdy inny niż perłowy ale ponoć najpiękniejsze widoki są z niej  po zmroku, kiedy płyniemy łodzią i miasto rozświetla niezliczona ilość neonów - na samej Canton Tower zainstalowano ponad siedem tysięcy paneli LED.



Zamiast pobliskiej pagody podziwiamy o wiele ładniejszy obrazek. Starszy mężczyzna pomimo padającej mżawki w skupieniu ćwiczy Tai Chi czyli medytację w ruchu a każdy jego ruch jest płynny i zaplanowany. Dziewczyny potem próbują naśladować ale sprawa okazuje się o wiele trudniejsza niż myślały.



Warto zobaczyć jeszcze Świątynię Pięciu Nieśmiertelnych i dworzec kolejowy, który pozwoli ci jak najszybciej uciec z tego niezbyt uroczego miejsca :)
Dla chętnych i odważnych:
Top 10 Guangzhou
Mapa Metra Guangzhou 
- przejazdy metrem w zależności od trasy od 3-5 CNY czyli od 1,5 do 2,5 PLN
- bilety  (tokeny) tylko jednorazowego przejazdu ale z możliwością zmian linii, karty dzienne lub dłuższe dla nas niedostępne :(
- automaty mają Windows więc się zawieszają i resetują - serio ! i to czasem tuż po przyjęciu pieniędzy (wyłącznie  monety 1 CNY i banknoty max 10 CNY)
- 1 CNY = 0,53 PLN

Życie na walizach nabiera nowego znaczenia.

Kolejne zaskoczenie, Chiny szykują się do Świąt Bożego Narodzenia, trochę to dziwi w ateistycznym z założenia kraju. Ponadto tradycyjne chińskie lampiony i czerwono-złote zawieszki zostają zastąpione tandetnymi w wykonaniu  mikołajami, reniferami, i napisem "let it snow" w miejscu gdzie raczej nigdy nie pada śnieg.




Kanton to miejsce wyjątkowe ze względu na kulinaria. Tutaj jeszcze bowiem w odróżnieniu od reszty kraju nadal jada się wszystko. O mieszkańcach tego regionu mawia się, że jadają wszystko co ma cztery nogi i nie jest stołem, wszystko co lata i nie jest samolotem oraz wszystko co pływa a nie jest statkiem. Jedząc na ulicy można natknąć się na potrawę ze zwierzątek uznawanych w większości krajów za domowe pupile. Obraz psa pakowanego do kartonika zostawi w nas pewnie traumę do końca życia i nawet myśli o próbie odbicia go stały się wtedy całkiem realne.



Kanony mody nie obowiązują. Całkiem na miejscu jest wyjście będąc ubranym w sweter w wielką pandę, prześwitującą halkę i do tego długie buty "na muszkietera", czemu nie ;-).... Tak krótko o strojach, warto nadmienić, że szare jednakowe mundurki szkolne odeszły do lamusa a zastąpiły je jednakowe dresy. Ot, tak na sportowo :)
Nieznajomość języka angielskiego jak na razie jest przerażająca. Zagadywani o drogę ludzie albo udają, że ciebie nie ma, albo odskakują nagle ze strachem w oczach, jakbyś był trędowaty. Dosłownie, nawet obejrzałem się odruchowo czy nie mam czegoś przerażającego na sobie. Strach? Może. Być może to braki w angielskim paraliżują. Podobnie jak policjanta, który chroniąc się przed "utratą twarzy" i zhańbieniem się niewiedzą opowiada jakieś głupoty po chińsku i pokazuje nam drogę w zupełnie innym kierunku. Ale takie pogaduchy na ulicy to "pikuś" w porównaniu z obsługą rzeczy ważnych, choćby kupowaniem biletów na dworcu. Trzeba to przeżyć na własnej skórze. Stwierdziliśmy, że skoro oni mówią do nas po chińsku, którego nie znamy, my będziemy mówili do nich po polsku ale wolno i wyraźnie, wstawiając coś tam po angielsku. Bilety kupiliśmy :) Wspomnienie o wielkim cesarstwie umyka jednak, tak jak stare budynki w Kantonie.




Co robić w mieście handlu? Trzeba pójść na spacer po największym deptaku Chin i oglądać świecące neony, sklepy z głośną muzyką i kramy z cudami na patykach do jedzenia. Wieczorami wszystko na Beijing Lu, Wende Lu oraz Xiajiu Lu rozświetlają ogromnej wielkości telebimy i neonowe reklamy. Kupić można niemal wszystko. Pewności nie masz tylko czy kupujesz oryginał czy podróbkę, bo wraz z rozwojem Chin idzie poprawa jakości produktów - tych podrabianych też. Czasami tylko cena odkrywa co jest, a co nie jest oryginałem.



Jest coś, co przypomina ciągle, że gospodarka jest co prawda kapitalistyczna ale ustrój państwa jednak wcale nie i tkwi zaciekle w surowym systemie. Wielki Mur a właściwie Wielka Zapora Ogniowa przed dostępem do internetu blokuje wejścia do poratli społecznościowych (Facebook), video streamów (Youtube) czy też stron z blogami (Blogspot). Nie połączysz się również z portalami prasy zachodniej ani z innymi, otwarcie mówiącymi o demokracji, seksie czy też Tybecie. Wielki Mur informacyjny próbuje zamknąć mieszkańców Chin w klatce niewiedzy ale czy się uda ? Szczerze powątpiewam, dostępne są bowiem na rynku wirtualnym narzędzia do obejścia identyfikacji adresów IP wychodzących z Kraju Środka... jest więc sposób na cenzurę :)
Listę wyłączanych stron i portali podaje między innymi Wikipedia (sama znajdująca się na liście).

Akcja dywersyjna w metrze, powiesiliśmy 
zakazany przez władze blogspot na tablicy.

Ale o tym ...szaaaa, bo nas całkowicie zbanują :) 

Pierwsze wrażenie musi być dobre, drugiego pierwszego wrażenia bowiem nie będzie. Zatem parafrazując pewną reklamę i cytując naszą córkę:
- Jaki ci się podoba w Chinach?
- Fajnie!
- Ale tak w dwóch słowach...
- Nie fajnie!
Oby kolejne miasto przypominało stare filmy z Brucem Lee lub jeszcze starsze z Jackie Chanem ;) bo jak do tej pory, nieżyjący już mistrz spogląda na nas z reklam fast food-u o wszystko mówiącej nazwie "Kung Fu"...

Thai - znaczy wolny...


Siedzimy w autobusie jadącym z Krabi do Bangkoku. Z zawieszonych pod sufitem telewizorów słychać brzęczącą mantrę kilkudziesięciu mnichów buddyjskich w sali wypełnionej pomarańczowym kolorem i ociekającej złotem. Dzisiaj król Tajlandii obchodzi swoje 84 urodziny. Cały kraj świętuje a duża część społeczeństwa poproszona wcześniej o specjalny ubiór na dzisiejszy dzień przywdziała stroje w kolorach różowym i pomarańczowym. Jeśli nie koszulki, spodenki lub sukienki to przynajmniej jakiś element, choćby sprzedawane na rogach ulic zawieszki z kwiatów jaśminu i różowych orchidei. Nawet nasze kocyki rozdawane w autobusie są jaskrawego koloru, niemal identycznego jak stroje mnichów. 




Pewnie to zbieg okoliczności ale i tak swoisty szacunek dla panującego monarchy jest. Jest też respekt dla państwowości. Kiedy siedzieliśmy na dworcu autobusowym z głośników zadudnił hymn Tajlandii. Wszyscy podnieśli się z siedzeń i wyprostowali. My również. O to samo uprasza się wszystkich obcokrajowców, o taki właśnie minimalny wyraz szacunku. Hymn puszczany jest w obiektach publicznych dwa razy dziennie oraz – jak słyszeliśmy – przed każdym seansem filmowym w kinie. W Tajlandii nie depczemy również po banknotach – podobizna króla oraz nie liżemy znaczków pocztowych o ile jego portret na nich widnieje.


O czystości Tajów też należałoby wspomnieć, zaczynając od podstawowej zasady: buty zostają na zewnątrz. Na zewnątrz może oznaczać nie tyle dom, co raczej jego zewnętrzny obszar, na przykład taras. Jakoś tak niespodziewanie zachodnia kultura szybko łapie ten zwyczaj i przed knajpką na plaży zastajemy pełną rozmiarówkę japonek i sandałów wesoło bawiących się przy barze turystów. Dbałość o czystość w niektórych miejscach zaskakuje i to bardzo. Po wejściu do autobusu następnej grupy pasażerów, obsługa leci ze szmatką do podłogi wycierając ją do czysta. W większości miejsc pachnie, jeśli nie przyprawami, to jedzeniem lub delikatnie jaśminem w pomieszczeniach. Dodatkowo, pomimo gorąca i dużej wilgotności powietrza większość Tajów zachowuje przynajmniej neutralny zapach, dzieje się tak ponieważ duża część społeczeństwa bierze prysznic nawet kilka razy dziennie oraz stosuje pochłaniający pot perfumowany talk.
O jedzeniu już pisałem, więc nie będę się powtarzał ale o jednym nie wspomniałem – o zamiłowaniu do lodu w kostkach. Takich ilości zmrożonego lodu podawanego do wszystkich napojów nie widziałem nigdzie wcześniej. Okay, wiem, jest gorąco ale 3/4 szklanki wielkości pokala wypełnionej kostkami lodu powoduje niemalże brak możliwości nalania napoju. Każdy shake lub sok automatycznie podawany jest ze zmiksowanym lodem a w barach szybkiej obsługi jeśli poprosimy o napój bez lodu często musimy dopłacić :) No i jeszcze jedna rzecz. Mam zwyczaj mówienia o posiłkach: Dobre ale za mało ananasa. Tutaj nie wypowiedziałem tego ani razu. Po pierwsze wszystko jest dobre a dodatkowo ananas występuje tutaj w jadłospisie częściej niż u nas ziemniak. Ja zakochałem się na nowo w świeżych, obranych i podawanych (co już oczywiste) prosto z lodu...


Tajlandia jest tak różnorodna, że na początku trudno ją zrozumieć. Buddyjska północ i muzułmańskie południe dopełniają kolorową odmienność kulturową i religijną. Dżungla, białe plaże i nowoczesna stolica. Ten kraj chce się połknąć jednym haustem ale żeby się dobrze wsmakować, należałoby delektować się nim po kawałeczku. Niech nie dziwi zatem nikogo fakt, że ludzie chcą tutaj wracać oraz to, że wielu z nich zostaje tu na dłużej. 


Dla mnie jest to raj bo w Kraju Uśmiechniętych Ludzi, w miejscu gdzie ludzie śmieją się więcej i szczerzej, jest mi lepiej niż gdziekolwiek indziej na świecie. A i wspomnianego ananasa tu nigdy nie za mało.... Dzisiaj wyjeżdżam ale wiem, że wrócę tutaj na pewno, być może nieraz. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...