Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zanzibar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zanzibar. Pokaż wszystkie posty

2012-02-29

Podróż przez religie i wierzenia świata- część II

"Religia to dusza, niezależnie od tego czy przystępuje się wówczas do komunii, 
czy odbywa pielgrzymkę do Mekki"
Hermann Hesse - Demian
rozdział szósty, Walka Jakuba

Katmandu, Nepal.

Konya, Turcja.

Meczet Błękitny - Istambuł.

Meczet Sułtana Ahmeda - Istambuł.

Wnętrze Błękitnego Meczetu.

Na drodze z Dar es Salaam do Mikumi, Tanzania.

Kościół w Stone Town, Zanzibar.

Świątynia Mahalakshmi - Mumbai.

Elephanta Caves.

Jaipur - Indie.

Agra, Indie.

Wnętrze  świątyni Gurudwara Bangla Sahib - Delhi.

Ablucja w mieszczącym się obok świątyni basenie.

Podczas ablucji w ręku trzymany jest łańcuch - droga powrotu na brzeg.

Bahtapur - Nepal.

Okolice Katmandu, Nepal.

2011-11-06

W telegraficznym skrócie.

Strasznie się rozleniwiliśmy na tym Zanzibarze ale czas wracać do rzeczy ważnych i ważniejszych. Żegnamy wspaniałe plaże i słońce, które piecze jak diabli. W pamięci zostaną nam wieczorne zachody słońca i granie w karty do nocy przy restauracyjnym stoliku. Owoce morze i świeże niezwykłe rybki dopiero co złowione w Oceanie Indyjskim. Kraj, który w pierwszym dniu wydawał nam się przerażający teraz stał się "zwyczajny", zupełnie normalny. Może trochę za dużo tutaj chaosu i komercji na Zanzibarze ale poza kolorem skóry mieszkańców to po kilku dniach odczuwaliśmy pełną swobodę i bezpieczeństwo. Przy pobycie (zwłaszcza z dziećmi)  coś, co nie pozwala do końca się wyluzować to wizja możliwości  zachorowania namalarię. Lecz cóż, tutaj też żyją ludzie i przy zachowania minimum zdrowego rozsądku można tego uniknąć.

Spotkaliśmy na Zanzibarze grupę rodaków, choć widzieliśmy się krótko to jednak było ogromnie miło a od Matyldy otzrymaliśmy dawkę pozytywnej energii i garść bezcennych informacji. Twoją radę dotyczącą rutyny wzięliśmy sobie głęboko do serca. Pozdrowionka dla Denisa - proszę podrap go za uchem od naszych dziewczyn :)
Zatem bierzemy taxi, pędzimy na lotnisko, małe "cafe" i fruuuuuu.....
Do zobaczenia na Półwyspie Arabskim :)


Tam, gdzie rośnie wanilia...

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na plantacji przypraw. Po części miała być to lekcja przyrody odbywająca się na łonie natury. Tym razem wsiedliśmy do daladala z przewiewną paką. Bagaże naszych współtowarzyszy podróży wylądowały na dachu, a w środku pozostało tylko wiadro z wielką rybą dorada oraz dwa worki z kokosami. Nasz kierowca okazał się być szaleńcem, bowiem pędził swoim „blue express daladala” jak opętany kierowca wyścigowy. Jego pomocnik brał chyba lekcje w najlepszych cyrkach, bo dyndał przez całą drogę poza pojazdem, wskakując od czasu do czasu na dach – chrupiąc przy tym grillowaną kolbę kukurydzy. Wysiedliśmy w miejscowości o niemowlęcej nazwie Bububu ;) Boczną drogą podreptaliśmy kawałek po czym podwiózł nas na plantację znajomy.


Na plantacji otrzymaliśmy przewodnika, który oprowadził nas po zielonej krainie. Zobaczyliśmy jak rosną i wyglądają dobrze znane u nas przyprawy takie jak szafran, imbir, trawa cytrynowa, goździki, pieprz, wanilia, papryczki piri piri, kardamon, kurkuma i wiele innych. Zadziwiło nas magiczne drzewo, jak nazywany jest tutaj cynamonowiec. Z jego liści można robić napary skutecznie łagodzące dolegliwości trawienne, z kory robi się przyprawę oraz używa się jej jako lekarstwo na wiele dolegliwości. Z kolei z korzeni wytwarza się olejek kamforowy.





Widzieliśmy również owoce, których wcześniej nigdy nie poznaliśmy. Były to przesmaczne Jackfruit przypominające mieszankę banana i ananasa. Pokazano nam także owoce Starfruit, guarany, kakaowca, dwa rodzaje ananasa oraz dziwne odmiany pomarańczy i mandarynek.






Włochate, czerwone owoce wyglądające niczym liczi okazały się być naturalnym czerwonym barwnikiem, który służyć może jako naturalna pomadka do ust, wcześniej stosowana jako barwnik skóry. Wokół mnóstwo było drzew bananowca oraz palm kokosowych. Na koniec ponad półtoragodzinnej wycieczki podeszliśmy pod olbrzymią palmę na którą młody chłopak, zwinnie jak małpka wspiął się za pomocą założonej na stopy liny z liści bananowca.


W trakcie wspinaczki cały czas śpiewał. Śpiew taki nie może być przerwany, gdyż oznaczałoby to, że wspinający się człowiek spadł i potrzebuje pomocy. Poczęstowano nas sokiem i miąższem ze świeżo zerwanych kokosów. Pomocnik przewodnika, który przez całą drogę dłubał coś nożykiem w liściach podarował nam biżuterię, krawat, nakrycia głowy oraz torebeczki w całości wykonane z liści bananowca. Przed opuszczeniem plantacji, w okrągłej wiacie przykrytej liśćmi palmowymi poczęstowano nas wszystkimi występującymi tutaj owocami.


Z Bububu pojechaliśmy do Stone Town w poszukiwaniu polecanej przez naszego znajomego z Bostwany restauracji House of Spices, mieszczącej się w samym środku starej dzielnicy. Przemierzając wąskie uliczki natrafiliśmy na drzwi zdobione wielkimi, metalowymi ćwiekami. Niektóre z nich kształtem przypominają olbrzymie kolce. Rodzaj oraz jakość zdobienia świadczyły dawniej o statusie społecznym mieszkającej za drzwiami rodziny. Po drodze kupiliśmy jeszcze masajskie bransolety i chustę.


Wreszcie w labiryncie uliczek odnaleźliśmy wejście do wspomnianej wcześniej restauracji. Od samego progu przywitał nas zapach świdrujących w nosie przypraw. Zachęceni egzotycznym zapachem weszliśmy na zadaszony taras mieszczący się na dachu. Ceny wydają się być dość wygórowane jak na naszą kieszeń, mimo to postanawiamy wsmakować się w zanzibarskie ryby i owoce morza. Wielkim przysmakiem okazały się małe gotowane pierożki wypełnione szpinakiem i serem. Na deser jeszcze lody ze świeżą wanilią oraz mus czekoladowy z dodatkiem chilli.


W drodze powrotnej kupiliśmy jeszcze placki ciapati i udaliśmy się na przystanek daladala. Ponieważ było już sporo po 19, złapanie wolnego miejsca w busiku było sporym problemem. Z pomocą przyszedł nam chwiejący się lekko na nogach, w stanie po spożyciu autochton, który swym ciałem zablokował wejście do busa rozwożącego pracowników po hotelach i załatwił nam tym samym miejsca siedzące. My odwdzięczyliśmy się małym napiwkiem i ruszyliśmy w drogę. Pojazd ten miał się nigdzie po drodze nie zatrzymywać, ale okazało się, że popyt miejsc jest o wiele większy niż podaż. W dwóch rzędach obok kierowcy siedziało sześć osób. Zaczęliśmy żartować, że wszyscy tu chcą siedzieć przy oknie i obok kierowcy. Na jednym z przystanków chciało wejść do niego tyle osób, że niektórzy wpychali się przez okna. Kierowca nie zważając na zwisających po bokach pasażerów, ruszył śmiało do przodu. Ciekawostką było w mijanych przez nas miejscowościach ogólny brak prądu, a w przydrożnych małych restauracyjko-baro-sklepach zbiegowisko całej wsi wpatrującej się w wystawiony na zewnątrz telewizor. Z początku myśleliśmy, że oglądają oni jakiś ważny mecz, ale po chwili okazało się, że to popularny tutejszy serial. Ta sama sytuacja powtarzała się w kolejno mijanych wioskach... świeczki, telewizor, świeczki, telewizor.



ps.
Tato, życzymy dużo zdrówka ...

2011-11-05

Sześć dni w raju.

Wieczorny spacer uświadamia nam gdzie tak naprawdę jesteśmy. Biały piasek, turkusowa woda o temperaturze tylko trochę mniejszej niż ludzkie ciało. Do tego rosnące przy plaży palmy kokosowe, rafa koralowa i cichutko grająca muzyka reggae. W ciągu dnia słońce piecze skórę tak, że pomiędzy godziną dwunastą a trzecią popołudniu trzeba chować się w cień. Przynajmniej obywatele Europy środkowej i północnej. Nasza plaża opanowana (w ilości kilkunastu osób) została przez włochów, którzy plackiem leżą na niej od rana do wieczora. Widać była jakaś promocja na loty do Tanzanii bo włoski słychać wszędzie, zarówno przy śniadaniu jak i na plaży. Wyjątkiem jesteśmy my, para z Niemiec i samotna amerykanka, która po dwóch dniach leżakowania na plaży i pójściu na miejscową dyskotekę zrezygnowała, spakowała się i odjechała w siną dal.


W odpoczywaniu, kąpieli oceanicznej i spacerowaniu po plaży najbardziej dokuczliwi są – zresztą chyba jak na całym świecie – beach boy'si. I nie chodzi tutaj o popularny zespół sprzed kilkudziesięciu lat, tylko o chłopców kręcących się po plaży i oferujących przeróżne przedmioty oraz wycieczki łodziami, snorkling, paralotnie czy też skutery wodne. Łazi tu również taki przebieraniec, podający się za Masaja i oferuje wyroby rękodzieła zanzibarskiego. Chłopaki generalnie są grzeczni, w miły nawet sposób starają się zagadać ale jeśli w ciągu dnia podejdzie do ciebie kilkanaście (do kilkudziesięciu) takich kolesi to zaczynasz mieć dość i uznajesz to jako problem.
Problemem za to nie są przypływy i odpływy, ponieważ są wyjątkowo krótkie w swej długości za to w zamian dają wiele radości dzieciom. Podczas odpływu znikająca woda odkrywa swoje skarby w postaci niewiarygodnie pięknych muszli, kawałków rafy, krabów oraz wszystkiego tego co niesie ze sobą oceaniczna fala.


Popołudniu można podejść do jednej z dwóch mieszczących się przy plaży dużych restauracji. My wybieramy tą z tarasem wiszącym nad oceanem i zamawiamy na kolację świeżo złowione oceaniczne, grillowane rybki. Cena w tak zwanym happy hour to jedyne 13 zł za danie. Do wieczora przy tym samym stoliku gramy w karty i oglądamy jak czerwone słońce chowa się szybciutko za horyzontem. To właśnie tutaj są najpiękniejsze zachody słońca – z przeciwnej strony wyspy tego nie zobaczycie.
Teraz coś o naszej bazie noclegowej. To standard raczej backpackerski +. Dla klientów, którzy z różnych powodów chcieli lub musieli zrezygnować ze spania w sąsiadujących tuż obok resortowych: hotelu Double Tree by Hilton i pięknego, wyposażonego w basen hotelu Zet.


Wspomniany wcześniej Jumbo Brothers to zespół bungalowów położonych w bliskiej odległości od plaży (od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów). Skromnie wyposażone pokoje ale jest czysto i działa sufitowy wentylator, który porządnie miesza powietrze. Nad każdym łóżkiem wisi drewniany stelaż z moskitierą, choć komarów za dużo to teraz tutaj nie ma. Czysta pościel a w pokojach, większości dwuosobowych w łazienkach są kafelki. Nasz pokój mieści dwa duże łóżka i jedno małe. Spokojnie zmieści się tutaj rodzina z trójką mniejszych dzieci. Jedyny problem to łazienka, bo jak powiedziała Arletta wygląda jak z filmu „Piła” - jak się okazuje ten mały problemik dotyczy tylko pokoju 27 więc można go spokojnie ominąć. Przed drzwiami wejściowymi mamy mały ganek i linkę na której można rozwiesić mokre ręczniki. W cenie jest śniadanie. Świeże owoce, grzanki i niezmienna od kilku dni jajecznica. Szału nie ma ale przetrwać zdecydowanie można, ponieważ w odległości kilkuset metrów w głąb lądu jest mała wioska, w której jest wszystko i to po bardzo atrakcyjnych, lokalnych cenach. Jest również klimatyzowana kafejka internetowa, którą prowadzi wyjątkowo sympatyczny gość. Bardzo zresztą pomocny – jak się później okazało – w wielu sprawach. On jako jedyny tutaj ma skaner a ponieważ jeden dzień w raju poświęciliśmy w całości na naukę naszych dzieci, mogliśmy zeskanować pracę kontrolne i wysłać je do szkoły w terminie.


Jumbo Brothers ma też słaby punkt – to ich ekologiczna skłonność do organizowania nieprzewidywalnych w czasie „godzin dla ziemi” czyli kilku w ciągu doby braków w zasilaniu. Metoda na ciemność to posiadanie latarki lub zakup świeczek, których w pobliskich sklepikach jest pod dostatkiem. W pokojach nie ma też mebli. Nam za stół służy krzesło, jest za to kilka wieszaków. Naszej moskitiery w oknie nie naprawiono też od początku pobytu więc mamy tak zwany „mosquito highway” skierowaną wprost na moje łózko, w moskitierze którego jest dziura wielkości brzoskwini. Ale kto by się tym przejmował. Nie ma też miotełki więc przynoszony od kilku dni piasek spowodował, że mamy w pokoju małą plażę.


Zatem można by wybrzydzać lub obrazić się jak wspomniana amerykanka i przenieść się do drogich jak diabli hoteli, których wokół jest wiele, płacąc po 250$ za noc ale za tą kasę nie powinniśmy narzekać i cieszymy się naszym zanzibarskim rajem.
Czas tutaj płynie zupełnie innym tempem, odsypiamy zarwane noce i ładujemy baterie przed kolejną podróżą. Zresztą co robić tutaj innego w takich okolicznościach przyrody...


Ważne wskazówki:
Nie rezerwujcie miejsca przez net (cena w hostelworld od 20$ za osobę)
Przyjedźcie sami, dogadajcie się. Cena zależy od waszych umiejętności negocjacji, ilości osób i długości pobytu. Obiecałem, że nie napiszę ile zapłaciłem ale cena była śmiesznie niska.
Płatność w gotówce, w pobliżu nie ma bankomatu. Przelicznik z dolarów słabiutki, więc lepiej płacić w szylingach.

Uwaga !!!: wiadomość z ostatniej chwili - zeszłej nocy zwędzono nam z tarasu buty - teraz wiemy już dlaczego w wioskach są stoiskach ( a w mieście jest nawet targ) z używanymi rzeczami, w tym również z butami - pewnie na jednym z nich pojawią się również sandały Aiszy :(
Idąc za słowami naszego znajomego: "Jeśli w Tanzani coś znika, to znaczy że znika na zawsze. Nie miejcie nadziei na znalezienie nawet jeśli ktoś udaje, że szuka" ... zatem straty : jedna para butów oraz jeden światowy konektor zasilania ( w tym przypadku, to go poprostu nie wyjęliśmy z gniazdka)...
Miejsce w pobliżu gdzie można wymienić dolary po również niezbyt wysokim kursie to Double Tree by Hilton.
Raczej należy mieć drobne aby sfinalizować transakcję, problem z wydaniem reszty przez kilka dni.
Rejs z nurkowaniem w masce i płetwami na rafie, lunchem, napojami i owocami to koszt około 12-15$ za osobę.
Skutery wodne do wynajęcia z przewodnikiem na osobnym skuterze to droga impreza bo zaczyna się od 80$ za osobę.
Dojazd z Stone Town do Nungwi:
daladala – 2.000 TS za osobę
taxi – około 20.000 TS ale chyba tylko z miasta, w drugą stronę może być dwa razy więcej


ps.
Jumbo Brothers – Nungwi main beach, Zanzibar 180, Tanzania. Tel: +255 773 109 343 a bardziej praktycznie, od ostatniego przystanku daladala prosto przez wioskę max. 500m w stronę oceanu :)

East Africa Diving – mieści się na tej samej, co nasza plaży, właściwie tworzy prawie jeden kompleks ze wspomnianym Jumbo Brothers. Oferują nurkowanie i kursy PADI.
http://www.diving-zanzibar.com/aen/eadc/eadc1.html





2011-11-04

Szybko, wygodnie i na czas ...

Tak brzmi slogan reklamowy firmy przewozowej, autobusem której wracaliśmy do Dar es Salaam. Szybko – o, tak i to nawet za szybko. Wyprzedzanie na trzeciego, pod górkę i nie zatrzymywanie się przed „leżącymi policjantami”. To ostanie zresztą sprawiało nam nieco frajdy, bo podczas długiej jazdy podskakiwanie na tych poprzecznych wzniesieniach było nawet fajne i przy dużej prędkości czuliśmy się jak na. Osoby, które nie były na safari mogą za jedyne 18 złotych, jadąc porannym autobusem obejrzeć przez okno zwierzątka przekraczające drogę biegnącą środkiem Parku Narodowego. Same atrakcje w jednej cenie – w cenie biletu za przejazd autobusem rejsowym. Tym razem jest o wiele lepiej, choć po wejściu znowu ta sama sytuacja.


Jednych wywalają, drugich przesadzają. Po chwili siedzimy obok siebie i jest całkiem wygodnie. Co prawda kanapa obok naszego siedzenia jeździ w lewo i prawo, zgodnie z zakrętami na drodze, ewidentnie widać jednak, że coś się poprawiło. To brak naszych plecaków w przejściu i o wiele mniej pasażerów. Zastępca kierowcy znalazł klucz od pokryw bagażników i udało się upchnąć się nasze plecaki razem z wypalanym tutaj węglem drzewnym i jakimiś worami z paszą. Jaki był efekt po wyjęciu możecie się tylko domyślać. Zatem szybko - tak, wygodnie – raczej nie, na czas – przy tej prędkości jazdy nawet przed czasem ;)
Tym razem zagadują nas inni pasażerowie i obsługa. Dopytujemy się dlaczego teraz płacimy po 9
tysięcy a w przeciwnym kierunku aż 15. Śmieją się i mówią, że to zależy od kierunku, pory i ...obsługi autobusu, choć zapewniają, że dzisiejsze bilety nie są turystyczne tylko lokalne. Miła kobieta o imieniu Bernadetta zagaduje Aiszę i rozmawiają po angielsku przez dłuższą chwilę. Kiedy wchodzi koleś z kartonem orzechów nerkowca, kupuje małą paczkę i podaje jej mówiąc:
- Teraz jesteśmy kumpelkami, więc orzechy są dla ciebie.


Dużo ludzi wysiada i robi się miejsce na nogi, można się nawet zdrzemnąć. Na przystankach handelek wokół busa kwitnie, zatem na śniadanie są banany, chips inmajaj (frytki zatopione w omlecie) i trochę coli, żeby to strawić ;)
Dojeżdżamy do DeS i wysiadamy na terminalu Ubungu. Trafiamy na mecz pomiędzy drużynami Kilimandżaro i Young Africa, więc w mieście jest wielka feta. Trąbki, wuwuzele, szaliki, bębny, śpiew i roztańczony żółto zielony kordon rusza spod dworca autobusowego. Za nimi w naszych kolorach narodowych podążają biało czerwone autobusy wypełnione roześmianymi fanami futbolu. Chcą nas naciągnąć na taksówkę ale twardo idziemy na daladalę. Nasz cel to przystane  Posta w centrum miasta, blisko portu. Wysiadamy płacąc za naszą czwórkę 2,20zł i idziemy w kierunku morza. Potem skręcamy w prawo i dochodzimy do terminalu promowego. Bilety kupujemy w takiej budce u przedstawiciela linii „Sea Express”. Dość drogo bo dorośli płacą 35$ a dzieci do 12 roku 25$. Kroją nas po 5$ ekstra za prowizję mówiąc, że jest to opłata portowa – niezła ściema ale nic tu nie poradzimy.
Potem nasz teoretycznie szybki prom, który miał być za pół godziny przypływa po dwóch godzinach i płynie zamiast półtorej godziny ponad cztery. No, cóż daliśmy się wpuścić jak zresztą reszta naszych kompanów podróży – mieszkaniec Bostwany, biały afrykaner ze swoimi kolegami oraz grupa amerykańskich studentek. Dopływamy trochę przed dwudziestą. Stone Town na Zanzibarze wygląda nieco ponuro po zmroku ale koleś z informacji turystycznej nam pomaga i załatwia transport za 6 zł i miejsce do spania bez większych wygód po 30 zł od osoby. Zanim jednak wyjdziemy przez bramę z napisem „Karibu Zanzibar” trzeba okazać paszporty i żółte książeczki z aktualnym szczepieniem na yellow fever.


Wąskie uliczki a w nich skutery i motorynki. Większa część kobiet nosi chusty a wśród nich są również całkowicie zakwefione. Zresztą o tym jak mocno jest to ortodoksyjne społeczeństwo świadczy widok tradycyjnie ubranych w muzułmańskie stroje mężczyzn. Czuć klimat arabski bo niemal wszystko przypomina tutaj tradycyjną medinę. No, może poza grzybem na ścianach budynków i wielkim kościołem anglikańskim górującym nad miastem.




Ludzie mili, czasem zaczepią, niekiedy uśmiechną się i zagadają. Przy targu, wśród straganów siedzą Masajowie i sprzedają swoje rękodzieło (istna cepelia). Wśród spacerujących mieszkańców można dostrzec hindusów, zatem na kramikach z jedzeniem nie dziwią nas warzywne samosy na patykach.


Dzisiaj jest już niedziela. Na targu mnóstwo egzotycznych owoców a przed naszymi drzwiami sprzedają na ulicy duże, kilogramowe czerwone grejpfruty. Wewnątrz twarde, słodkie i niezwykle soczyste. Zjadamy dwa i jesteśmy już po śniadaniu.


Teraz czekamy na transport i kierujemy się na upragnioną plażę. Popołudniu docieramy do Nungwi, na północy wyspy. Bierzemy w rękę informator i pytamy kierowcy, gdzie tu można znaleźć tani nocleg – bo okazuje się, że mieszkająca na Zanzibarze Matylda którą mieliśmy o to wszystko wypytać dopiero za dwa dni przylatuje z Polski. Kierowca wskazuje miejsce przy plaży. Miejsce nazywa się Jumbo Brothers i choć standard to raczej średni, nam bardzo pasuje i postanawiamy wspólnie, że zostajemy tutaj na sześć dni...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...