Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lotnisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lotnisko. Pokaż wszystkie posty

2011-11-07

A śniadanie zjemy w Omanie :)

Zanim wylądowaliśmy w Muskacie, jeszcze podczas lotu pomyśleliśmy, że kupimy Arlecie jakiś drobiazg. Poprosiliśmy po cichu stewardesę, żeby podała nam bransoletkę z oferty linii lotniczej aby w ten sposób uświetnić porządnie takie wyjątkowe, bo podrożne urodziny. Zamiast kameralnej uroczystości Arletta otrzymała życzenia od kapitana samolotu poprzez intercom a nastepnie cala obsługa samolotu podeszła do jej fotela, wspólnie zaśpiewali "happy birthday", wystrzelił korek z francuskiego szampana a na koniec niemal cały samolot bił krótkie brawa. Niezapomniane przeżycie :)


Noc spędziliśmy na lotnisku w Muskacie, śpiąc na podłodze. Może gdzie indziej byłoby to niewskazane ale omańskie lotnisko jest czyściutkie, milutkie i przyjazne. Jest oczywiście miejsce na nocleg przypominające kilkugwiazdkowy hotel ale pomimo wygórowanych cen i tak obłożenie jest pełne, nie sposób tam się dostać. Mogliśmy się wyspać ponieważ lot mieliśmy o 10:40 rano. Na odkurzonej wykładzinie rozbiliśmy "polski" obóz, kładąc najpierw "folię życia" a potem nasze śpiworki. W akompaniamencie wezwań na kolejne loty oraz nie pomagających usnąć głosów rozbawionej grupy z Niemiec, dotrwaliśmy do samego rana.


A potem... śniadanie. Zatem na śniadanie w Omanie (tak coby się rymowało) wybraliśmy restauracyjkę indyjską aby przygotować się na kulinarne doznania, które miały nastąpić za następne trzy godziny.


Lecimy do Mombaju na spotkanie z "Incredible India" ....



ps.
pozdrowienia dla rodziny Kobusów z Wa-wy, zobaczyliśmy na lotnisku taki oto autobusik i  nie wiedzieć czemu pomyśleliśmy o Was :)

2011-11-05

Jeśli jesteśmy w Dar es Salaam to znaczy, że Arletta ma urodziny :)

Z okazji trzynastych .... okay, okay po raz pierwszy w tym przypadku napiszę prawdę. Z okazji piętnastych urodzin, naszej małej kobietce życzymy wiele szczęścia, radości, wytrwałości ze starymi i siostrą oraz mniej nerwów i mniej szczypania - kto został uszczypnięty, ten wie - twoi kompani podróży: mama, tata i Aisza.
Urodziny obchodzimy na terminalu międzynarodowych odlotów w Dar es Salaam. Arletka dostała od nas kartę (nie, nie kredytową) menu w kawiarni z której może wybrać dzisiaj cokolwiek zechce (poza alkoholem). Obiecana walizkę wypchaną ciuchami dostanie później.
Całuski i 100 lat !!!!


ps.
kochamy Cię bardzo mocno i dziękujemi Ci, że jesteś z nami ....

2011-10-24

Jambo! Welcome to Tanzania.

Spóźniony lot z Istambułu o ponad godzinę spowodował, że podczas przesiadki w Kairze mieliśmy niewiele ponad 20 minut aby dotrzeć na kolejny terminal. Obsługa w pośpiechu sprawdzała nam bilety i paszporty kiedy biegnąc z plecakami wołaliśmy z daleka: „transit Dar Es Salaam”...
Usiedliśmy wreszcie w fotelach starego Boeninga wraz z grupą włochów lecących ponurkować na Zanzibarze. Wysłużony samolot miał poklejone fotele, samo opuszczające się oparcia (lekko nie trzymały pionu) oraz inne niż w pozostałych zasady dotyczące bezpieczeństwa lotu. Dotyczyło to głównie usadowienia dzieci przy drzwiach ewakuacyjnych i trzymania w tychże przejściach naszych bagaży, nazwijmy je dodatkowo podręcznych. My mogliśmy je trzymać na podłodze ale siedząca obok włoszka już nie... o co chodziło? Nie wiadomo, zresztą w liniach AirEgipt nie zadaje się trudnych pytań bo odpowiedzi są oczywiste i zazwyczaj brzmią podobnie: „no problem,sir".
Jest 5:20 rano. „Dom Pokoju” - bo to znaczy nazwa miasta wita nas ciepłym (25 C zanim pojawia się słońce) i jak dla nas, bardzo wilgotnym afrykańskim powietrzem. Na płycie lotniska wita nas też pięknym zapachem jaśminu by w terminalu przylotów zmienić się na wszechogarniający zapach „toalet”. Trzeba załatwić wizę więc na wstępie papierologia, po 50 $ od twarzy, lekkie zamieszanie przy okienku bo miejscowi próbują usprawnić więc czekamy dwa razy dłużej. Wreszcie wychodzimy przed lotnisko i łapiemy w płuca coś w rodzaju pary z czajnika. Po chwili jednak oddech się wyrównuje i wszystko jest w normie. Przez godzinę wzeszło słońce i tym samym temperatura podskoczyła do ponad trzydziestu kilku stopni. Potrzebujemy kilku miejscowych monet więc szukamy bankomatu i tutaj małe zaskoczenie. Bankomat wydaje jakieś niebotyczne kwoty 100.000, 200.000 i więcej. Myślę sobie: O, rany! Nie wiem czy tyle w ogóle mam. Ale po chwili okazuje się, że jeden dolar to 1700 szylingów czyli szybko licząc, nasz złoty to około 550. Szukamy autobusu do centrum ale akurat żadnego nie ma a po drugie te shuttle busy kursujące z lotniska kosztują po 10.000/osoba. Daladala (tani autobusik zbiorowy) rano nie ma co brać bo ludzie tłumnie jadą do pracy do miasta więc z plecakami się nie zmieścimy. Taksówkarz po długim targowaniu się zawozi nas na miejsce. Wsiadam oczywiście ze złej strony i dopiero teraz zauważam, że ruch jest tu lewostronny.

Daleko od cywilizacji, na prowincji - gdzie dzwon z kościelnej wierzy bije na przemian z wołaniem muezina, trafiamy do ludzi , którzy robią najlepszą robotę na świecie. Pomagają innym. Czujemy się tu świetnie, bo coś sprawia, że mamy więcej szacunku dla poświęcenia i sami chcielibyśmy też dołożyć cegiełkę od siebie. Okazuje się, że będziemy mogli zrobić to nazajutrz, bo niedaleko jest szkoła. Będą warsztaty. Na początek podglądamy okolicę. Straszna egzotyka jak dla nas. Czerwona ziemia, busz, palmy kokosowe i ukryty przed światem wąż.


Lekko przerażeni zaczynamy baczniej przyglądać się temu, na co stawiamy stopy. Koszula przykleja mi się do skóry pomimo tego, że niedawno brałem prysznic aby odświeżyć się po podróży. Jest upalnie a do tego ta wilgoć. Znajomy mówi na to, że teraz jest i tak fajnie bo niedawno spadł deszcz i jakoś oczyścił atmosferę. Wierzę na słowo.
Słyszymy nadchodzący z okolicy dźwięk bębenka i chichoty. Z ciekawości zaglądamy do pobliskiego przedszkola. Maluchy mają rytmikę i balansują ciałami w rytm wybijany przez przedszkolankę na bębnie.


Inne bawią się w popularną i u nas zabawę z krzesłami i urywaną muzyką. Kto nie zdąży usiąść, ten odpada. Nagle z jednej z sal wybiega czterolatek i pędzi niczym Ben Johnson na 100 metrów. Przebiera nóżkami tak, że stoimy jak wmurowani. Dobiega do toalety, wszystko jest już jasne ;) Dzieciaki przyglądają się nam ze swoich sal. Wychodzą przed drzwi i podchodzą się przywitać. Najpierw nieśmiało ale jeden z chłopców odważnie wyciąga dłoń i przybija „piątkę”.


Dziecięca szczerość nas rozbraja. Proszą aby je fotografować a opiekunki zapraszają do sal, żebyśmy z bliska mogli przyjrzeć się zajęciom. Maluchy machają na pożegnanie i wracają do zabawy.


Popołudniu idziemy na spacer. Wędrujemy przez wioskę i czujemy się troszkę nieswojo. Oczy przyglądają nam się bacznie, słyszymy komentarze w suahili ale próbujemy być niewidzialni. No, to chyba kiepski pomysł bo jesteśmy tutaj jedynymi białymi. Aparatu jednak nie wyciągam. Jasne, jakaś niepewność jest a po drugie po co kusić los. Dochodzimy do asfaltu i odważnie zabieramy się za zakupy. Mamy już napoje, banany, chleb i proszek do prania. Wydaliśmy kilka tysięcy ale co tam, włączył się nam już przelicznik. W drodze powrotnej już nikt na nas nie macha, nikt się nie przygląda. Przestaliśmy być atrakcją ;) Wyciągam aparat i robię zdjęcie na „main street”. Podbiega do nas dziewczynka i robi ruch ręką jakby naciskała spust migawki. Pstrykam zdjęcie i pokazuję ekran. Ogromnie się cieszy i leci po młodsze koleżanki... Coś czuję, że to nie koniec sesji na dziś.


Po kolacji po raz pierwszy idzie w ruch Mugga na owady tropikalne bo trzeba na zewnątrz zrobić przepierkę a dochodzi dziewiętnasta i atak moskitów jest wpisany w scenariusz.
Przed położeniem się do łóżek, Dominika ceruje jedną z moskitier, która nie wytrzymała próby czasu. Za oknem cykady grają do snu ale jak tu zasnąć, gdy jest tak gorąco? ...

2011-10-18

Istambuł, miasto w którym rozdają granaty ...

Zatkało mnie, kiedy zobaczyłem jakie to olbrzymie i nowoczesne miasto. Osadzona na wzgórzach metropolia wciąż się rozrasta. Lotnisko tanich linii wypchnięto daleko poza obszar centrum, dlatego żeby dotrzeć znów do Europy musieliśmy spędzić ponad godzinę, głównie za sprawą korków na prowadzącej do miasta autostradzie (helloł! cztery pasy w każdym kierunku...).

pogoda nie pomaga a słońca nie widać
Transport ogólnie wymiata: metro, tramwaje, autobusy i promy. Do tego wypożyczalnie rowerów miejskich i nie ma się do czego przyczepić. Jadąc do centrum miasta mijaliśmy nowoczesne City całe ze szkła i aluminium – robi wrażenie. Nas najbardziej interesowała stara część, czyli czasy Konstantynopolu i Bizancjum. Środkami komunikacji miejskiej - bez problemu ją rozszyfrowaliśmy – dotarliśmy do Sirkeci, okolice dworca głównego a stamtąd pod Sultanahmet – Błękitny meczet, na Wielki Bazar i Hagia Sophia.
Spacerek cudny, pachniało kebabem, grillowanymi kasztanami i kukurydzą. Napiliśmy się soku ze świeżo wyciskanych granatów, pyszny ale mocno cierpki w smaku. Nabraliśmy ochoty na więcej ale nie na sok, tylko świeże owoce. Chcieliśmy je zakupić w innym miejscu ale chyba rzadko się to zdarza bo sprzedawca popatrzył na nas z zaciekawieniem i dał nam owoce za darmochę.

Zaskoczyła nas jedynie pogoda, na całą resztę byliśmy przygotowani a to, że bezpłatny internet WiFi choć jest, to nigdzie nie chciał działać to byłą akurat porażka, bo był nam niezbędny - szkoła.
Zima pełną gębą – tylko bez śniegu. Na ulicach ludzie z opaskami na uszach i w cieplejszych okryciach. Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę, że Dominika mówiła przed wylotem:
- Już niedługo założymy sandałki i japonki...
No chyba na południu Turcji, bo tutaj wieje tak, że aż pieką policzki. Tak, czy inaczej łaziliśmy po mieście przez cały dzień pochłaniając jego zabytkową dzielnicę krok po kroku, kamień po kamieniu nie oglądając się na niesprzyjające warunki. Najbardziej przypadł nam do gustu Wielki Bazar, największy tego typu rynek pod dachem.


Szaleństwo towarów, osób kupujących i sprzedających. Wszystko pod zadaszeniem ale nie jakąś tam blacho dachówką tylko pełne sklepienie, które sprawia, że jest przyjemnie i klimatycznie, a wszystko to na niebywale wielkiej przestrzeni. Ponieważ plecaków nie mamy z gumy nie planowaliśmy też żadnych zakupów ale jak tu się nie pohandlować w takim kraju. Kupiliśmy parę drobiazgów, po czym stwierdziliśmy jako osoby doświadczone na niejednym suku:
- Ehhh, słabi są :)     - oczekiwaliśmy boju a skończyło się na lekkich potyczkach.

Jak już poczuliśmy, że obrywa nam ramiona zarządziliśmy odwrót. Kiedy wracaliśmy zobaczyliśmy pojazd wyglądający jak karetka, na którym widniał napis „zabita” - dziwne są językowe skojarzenia.

tutaj trzykołowy pojazd z zabitej serii
Na wieczór kupiliśmy Efes, kto był w Turcji ten wie, że łatwiej nam będzie zasnąć po atrakcjach całego dnia :)
Po pierwszym dniu stwierdzam: wspaniały jest ten Istambuł!
Przede wszystkim odczuwam jak potężnym jest to miasto łącznikiem pomiędzy kulturą wschodu i zachodu, pomiędzy Europą i Azją, pomiędzy tym co nowoczesne i tym co najpiękniejsze w tradycji.
ps.
Przypomniało mi się, że widząc bizantyjski kościół na żywo spojrzałem na mapę a tam w otoczeniu jednego meczetu widniało aż sześć kościołów a niedaleko jeszcze synagoga – czyżby drugie Jeruzalem... choć w Istambule dzwonów nie słyszałem jeszcze a muezina, i owszem już nie raz.

Kilka faktów bardziej doświadczonych:
- autobus turystyczny z lotniska Sabiha Gocken kosztuje 12 TL (tureckie liry)
- przelicznik najprostszy: 1TL=1,7 PLN
- w mieście na komunikację obowiązują żetony, jeden przejazd ( jeden żeton), który kosztuje 2 TL
- z powyższego lotniska można dostać się również autobusem miejskim do Kadikoy a potem promem na drugą stronę Bosforu
- wymieniając USD dostaniemy około 1,8 TL za każdego baxa


Ruszyliśmy :)

Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy w Gdyni, stamtąd pociągiem TLK (uwaga, nie spóźniony!? - pomimo swojej taniości) dotarliśmy do Szczecina. Przy okazji pozdrawiamy sympatyczną pasażerkę z naszego przedziału, dzięki rozmowie z którą czas w podróży upłynął szybciej. Mała przegryzka i wspaniale spędzony czas z niemal całą rodzinką, która podjechała aby przywitać się z nami i pożegnać zarazem. Stamtąd po dwóch godzinach przesiedliśmy się do busa firmy Follow Me, wiozącego nas na lotnisko Berlin Shonefeld – tylko polecać, sprawnie, miło i wygodnie. Linie lotnicze Germanwings to niemiecka systematyka i brak problemów z naszymi bagażami podręcznymi (pomimo ilości i wagi). Co prawda przechodząc przez bramkę za swoimi plecami usłyszałem złowrogie: halt, bitte! Ale na szczęście dotyczyło to tylko mojej płci na elektronicznym bilecie – zostałem bowiem Panią Radosławem.
Dwie godziny dwadzieścia minut później, około 2:30 samolot schodzi w sporych turbulencjach na płytę lotniska. Chmury nisko nad ziemią, dopiero tuż przed pierwszym dotknięciem kół z ziemią widzimy światła Istambuł Sabiha Gocken. Lekko przymuleni kierując się instynktem stadnym podążamy za tłumem w kierunku odprawy paszportowej. Kupujemy wizy po 20 $ od osoby, oficer z okienka dla dyplomatów i załóg skinął na nas ręką i już jesteśmy w Turcji.
Kręcimy się jak jakieś zmory po śpiącym terminalu (dosłownie, bo obsługa drzemała sobie tu i ówdzie). W końcu plan tworzy się na miejscu: rozkładamy się i idziemy spać. Znajdujemy kawiarenkę i kilka osób już tam śpiących. Dołączamy do nich i w szerokich fotelach i na mięciutkich kanapach zasypiamy. Po chwili wszyscy sięgamy po śpiwory. Istambuł przywitał nas chłodem, chmurami i … głębokim snem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...