Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dar Es Salaam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dar Es Salaam. Pokaż wszystkie posty

2011-11-05

Jeśli jesteśmy w Dar es Salaam to znaczy, że Arletta ma urodziny :)

Z okazji trzynastych .... okay, okay po raz pierwszy w tym przypadku napiszę prawdę. Z okazji piętnastych urodzin, naszej małej kobietce życzymy wiele szczęścia, radości, wytrwałości ze starymi i siostrą oraz mniej nerwów i mniej szczypania - kto został uszczypnięty, ten wie - twoi kompani podróży: mama, tata i Aisza.
Urodziny obchodzimy na terminalu międzynarodowych odlotów w Dar es Salaam. Arletka dostała od nas kartę (nie, nie kredytową) menu w kawiarni z której może wybrać dzisiaj cokolwiek zechce (poza alkoholem). Obiecana walizkę wypchaną ciuchami dostanie później.
Całuski i 100 lat !!!!


ps.
kochamy Cię bardzo mocno i dziękujemi Ci, że jesteś z nami ....

2011-10-26

Habari! Nime toka Poland.

Jesteśmy drugi dzień w Tanzanii. O 9 rano miał przyjechać po nas szkolny mikrobus, ale jak stwierdził jeden z naszych znajomych opady śniegu, zawieje i zamiecie spowodowały lekki poślizg czasowy ;) Jedziemy w rastamańskim klimacie, bo muzyczka i kolory czapki kierowcy żywcem jak z Jamajki. Szkoła pod którą podjeżdżamy jest już z zupełnie innej bajki.


Nowoczesna jak na tutejsze warunki, piękna w całości i od razu rzuca się w oczy ogólnie panujący porządek. Siostry witają nas serdecznie a wśród nich jedna z naszego kraju, od lat na misji w Afryce. Serdeczne uściski i „dzień dobry” brzmi jakoś bardziej wyjątkowo niż zwykle. Szkoła istnieje zaledwie od kilku lat a już wyrobiła sobie dobrą renomę. Nasze odwiedziny w klasach tylko to potwierdzają. Wykładowym jest język angielski więc dzieciaki mają zagwarantowaną lepszą pozycję startową w przyszłą edukację. Czwarte klasy intensywnie pracują ponieważ przygotowują się do egzaminów państwowych. Po pierwszym, regionalnym zajęli drugą pozycję w okręgu.

Dzieci wyjątkowo grzecznie siedzą w klasach w swych pięknie skrojonych mundurkach. Uśmiechają się i witają nas po angielsku. Pierwsze klasy jeszcze nieco słabiej ale od drugiej w górę już świetnie się komunikują. Na warsztaty zapraszamy dwie klasy trzecie czyli niespełna sześćdziesięcioro uczniów. Rozkładamy sprzęt, kiedy po cichutku zjawiają się w sali na najwyższej kondygnacji i w liniach siadają jedno obok drugiego.


Witamy się i ruszamy z pokazem. Z wielkim zainteresowaniem oglądają slajdy ale najbardziej podoba im się bałwan i śmieją się w głos, że w Tanzanii śnieg można znaleźć tylko na szczycie Kilimandżaro. W nieprawdopodobnym skupieniu śledzą każde zdjęcie i chórem, rezolutnie odpowiadają na pytania. Potem chwilę dłużej zatrzymujemy się przy zdjęciu rysia, bo w końcu tutaj w Tanzanii żyją dzikie koty i inne rzadkie gatunki zwierząt. Okazuje się jednak, że dzika fauna na tyle odsunęła się od osad, że zamieszkała w rezerwatach i parkach, wiele kilometrów stąd. Tutejsze dzieci jeżdżą na wycieczki do zoo w Dar es Salaam. Tradycyjnie już nauka polskich słów i śmiech na sali, bo nasze „cześć” okazuje się strasznie szeleszczącym słowem. Idzie im świetnie.


Potem rozdajemy kolorowanki i kredki, a nasi grzeczni słuchacze w ciszy kolorują rysunki, najładniejsze prace nagradzamy nadmuchanymi na prędce balonami z napisem wykonanym czarnym markerem: „POLAND”.




Następnie rozdajemy krówki, tym razem podzielone na trzy części gdyż mamy ich mało a przed nami jeszcze kilka spotkań. Dzieci liżą je najpierw aby językiem wybadać smak po czym wszystkie je zjadają.


Czas na wspólne zdjęcie i powoli kończymy warsztaty. Prosimy o odbicie rączek na naszej fladze i znów mamy bliźniaki, więc pojawiają się kolejne dwa „hand printy”.


Jedna z dziewczynek poproszona przez nas aby opowiedziała o swych marzeniach zdradza nam je do kamery, mamy nadzieję zebrać takie wypowiedzi od innych dzieci w różnych krajach. Wtedy klasy stają naprzeciw nas i śpiewają piosenkę z podziękowaniem dla Dominiki, która prowadziła zajęcia. Robią to tak, że aż pojawiają się dreszcze na skórze a Dominice kręci się łza w oku. Trudno pohamować emocje kiedy tak z czystego serca płyną miłe słowa za wspólnie spędzony czas. Sekretarz szkoły jeszcze raz oprowadza nas po niej po czym chwilę rozmawiamy na korytarzu o tym jak to jest, kiedy dorośli oglądają nasze slajdy. Czują, że chcą poznawać i odkrywać – przyznaje, bo tak jest w jego przypadku. Dochodzimy wspólnie do wniosku, że najważniejsze to mieć marzenia i starać się je realizować.

Po powrocie do bazy idziemy do wioski na zakupy. Trzeba kupić baniak wody bo ta z kranu nie za bardzo nadaje się do spożycia. Studnie głębinowe owszem są ale bywa, że natrafi się na słoną wodę. Na targu sprzedawca owoców najwyraźniej ma z nas niezły ubaw bo wykrzykuje coś w suahili i wszyscy dookoła też się śmieją. Z pewnością dlatego, że kroi nas niemiłosiernie a my się dajemy. No ale cóż, skoro za trzy kilogramy bananów, wielkiego ananasa, olbrzymią papaję i pięcio kilogramowego arbuza oraz kilo ogórków i pomidorów płacimy niespełna dwadzieścia złotych. Pewnie dużo ale jesteśmy szczęśliwi, że mamy świeże owoce i to nam wystarcza. Co do płatności, ze sprzedawcą dogadujemy się systemem obrazkowym, czyli on wyciąga banknot i pokazuje nam ile za daną rzecz oczekuje, po czym ja wyciągam swój pieniądz i oferuję, ile dla mnie to jest warte. Zresztą trudno tu cokolwiek szacować skoro nic nie jest ważone tylko wyceniane, na tak zwane oko.

Wieczorkiem idziemy do kościoła, tam akurat rozpoczyna się różaniec a po nim przygotowania do bierzmowania. Dzieci w ławkach siedzą według wzrostu. W rogu kościoła obok małych organów stoją afrykańskie bębny w różnych rozmiarach. Nagle rozbrzmiewa pieśń w suahili. Śpiewana na dwa głosy wibruje przez uszy i dochodzi do serca. Unosi się w górę a potem cichutko opada, tak, że nam opadają szczęki i miękną nogi. Trzeba przyznać: głosy to oni mają piękne!

ps.
przesyłamy gorące pozdrowienia z Tanzanii dla rodziny Markowskich z Sopotu, której członkowie mocno nam kibicują, jako niezłomni idealiści załączamy przesłanie widoczne ponad naszymi głowami...

2011-10-24

Jambo! Welcome to Tanzania.

Spóźniony lot z Istambułu o ponad godzinę spowodował, że podczas przesiadki w Kairze mieliśmy niewiele ponad 20 minut aby dotrzeć na kolejny terminal. Obsługa w pośpiechu sprawdzała nam bilety i paszporty kiedy biegnąc z plecakami wołaliśmy z daleka: „transit Dar Es Salaam”...
Usiedliśmy wreszcie w fotelach starego Boeninga wraz z grupą włochów lecących ponurkować na Zanzibarze. Wysłużony samolot miał poklejone fotele, samo opuszczające się oparcia (lekko nie trzymały pionu) oraz inne niż w pozostałych zasady dotyczące bezpieczeństwa lotu. Dotyczyło to głównie usadowienia dzieci przy drzwiach ewakuacyjnych i trzymania w tychże przejściach naszych bagaży, nazwijmy je dodatkowo podręcznych. My mogliśmy je trzymać na podłodze ale siedząca obok włoszka już nie... o co chodziło? Nie wiadomo, zresztą w liniach AirEgipt nie zadaje się trudnych pytań bo odpowiedzi są oczywiste i zazwyczaj brzmią podobnie: „no problem,sir".
Jest 5:20 rano. „Dom Pokoju” - bo to znaczy nazwa miasta wita nas ciepłym (25 C zanim pojawia się słońce) i jak dla nas, bardzo wilgotnym afrykańskim powietrzem. Na płycie lotniska wita nas też pięknym zapachem jaśminu by w terminalu przylotów zmienić się na wszechogarniający zapach „toalet”. Trzeba załatwić wizę więc na wstępie papierologia, po 50 $ od twarzy, lekkie zamieszanie przy okienku bo miejscowi próbują usprawnić więc czekamy dwa razy dłużej. Wreszcie wychodzimy przed lotnisko i łapiemy w płuca coś w rodzaju pary z czajnika. Po chwili jednak oddech się wyrównuje i wszystko jest w normie. Przez godzinę wzeszło słońce i tym samym temperatura podskoczyła do ponad trzydziestu kilku stopni. Potrzebujemy kilku miejscowych monet więc szukamy bankomatu i tutaj małe zaskoczenie. Bankomat wydaje jakieś niebotyczne kwoty 100.000, 200.000 i więcej. Myślę sobie: O, rany! Nie wiem czy tyle w ogóle mam. Ale po chwili okazuje się, że jeden dolar to 1700 szylingów czyli szybko licząc, nasz złoty to około 550. Szukamy autobusu do centrum ale akurat żadnego nie ma a po drugie te shuttle busy kursujące z lotniska kosztują po 10.000/osoba. Daladala (tani autobusik zbiorowy) rano nie ma co brać bo ludzie tłumnie jadą do pracy do miasta więc z plecakami się nie zmieścimy. Taksówkarz po długim targowaniu się zawozi nas na miejsce. Wsiadam oczywiście ze złej strony i dopiero teraz zauważam, że ruch jest tu lewostronny.

Daleko od cywilizacji, na prowincji - gdzie dzwon z kościelnej wierzy bije na przemian z wołaniem muezina, trafiamy do ludzi , którzy robią najlepszą robotę na świecie. Pomagają innym. Czujemy się tu świetnie, bo coś sprawia, że mamy więcej szacunku dla poświęcenia i sami chcielibyśmy też dołożyć cegiełkę od siebie. Okazuje się, że będziemy mogli zrobić to nazajutrz, bo niedaleko jest szkoła. Będą warsztaty. Na początek podglądamy okolicę. Straszna egzotyka jak dla nas. Czerwona ziemia, busz, palmy kokosowe i ukryty przed światem wąż.


Lekko przerażeni zaczynamy baczniej przyglądać się temu, na co stawiamy stopy. Koszula przykleja mi się do skóry pomimo tego, że niedawno brałem prysznic aby odświeżyć się po podróży. Jest upalnie a do tego ta wilgoć. Znajomy mówi na to, że teraz jest i tak fajnie bo niedawno spadł deszcz i jakoś oczyścił atmosferę. Wierzę na słowo.
Słyszymy nadchodzący z okolicy dźwięk bębenka i chichoty. Z ciekawości zaglądamy do pobliskiego przedszkola. Maluchy mają rytmikę i balansują ciałami w rytm wybijany przez przedszkolankę na bębnie.


Inne bawią się w popularną i u nas zabawę z krzesłami i urywaną muzyką. Kto nie zdąży usiąść, ten odpada. Nagle z jednej z sal wybiega czterolatek i pędzi niczym Ben Johnson na 100 metrów. Przebiera nóżkami tak, że stoimy jak wmurowani. Dobiega do toalety, wszystko jest już jasne ;) Dzieciaki przyglądają się nam ze swoich sal. Wychodzą przed drzwi i podchodzą się przywitać. Najpierw nieśmiało ale jeden z chłopców odważnie wyciąga dłoń i przybija „piątkę”.


Dziecięca szczerość nas rozbraja. Proszą aby je fotografować a opiekunki zapraszają do sal, żebyśmy z bliska mogli przyjrzeć się zajęciom. Maluchy machają na pożegnanie i wracają do zabawy.


Popołudniu idziemy na spacer. Wędrujemy przez wioskę i czujemy się troszkę nieswojo. Oczy przyglądają nam się bacznie, słyszymy komentarze w suahili ale próbujemy być niewidzialni. No, to chyba kiepski pomysł bo jesteśmy tutaj jedynymi białymi. Aparatu jednak nie wyciągam. Jasne, jakaś niepewność jest a po drugie po co kusić los. Dochodzimy do asfaltu i odważnie zabieramy się za zakupy. Mamy już napoje, banany, chleb i proszek do prania. Wydaliśmy kilka tysięcy ale co tam, włączył się nam już przelicznik. W drodze powrotnej już nikt na nas nie macha, nikt się nie przygląda. Przestaliśmy być atrakcją ;) Wyciągam aparat i robię zdjęcie na „main street”. Podbiega do nas dziewczynka i robi ruch ręką jakby naciskała spust migawki. Pstrykam zdjęcie i pokazuję ekran. Ogromnie się cieszy i leci po młodsze koleżanki... Coś czuję, że to nie koniec sesji na dziś.


Po kolacji po raz pierwszy idzie w ruch Mugga na owady tropikalne bo trzeba na zewnątrz zrobić przepierkę a dochodzi dziewiętnasta i atak moskitów jest wpisany w scenariusz.
Przed położeniem się do łóżek, Dominika ceruje jedną z moskitier, która nie wytrzymała próby czasu. Za oknem cykady grają do snu ale jak tu zasnąć, gdy jest tak gorąco? ...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...