Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

2011-11-19

Krowy naprawdę święte :)

Jest taka piękna historia miłosna, w której uczucie jest silniejsze od czasu i staje się nieprzemijalne. Jest taka miłość, której utraty nie można przeliczyć na żadne pieniądze i staje się wieczna. Ktoś, kto kochał swą żonę ponad dobro doczesne, stracił sens swego życia, poświęcił dla niej cały swój czas i wszystko co posiadał. Zbudował dla niej majestatyczny pomnik swojego gorącego uczucia i jednocześnie ustalił nowe standardy wiecznego dla niej oddania. Jest taka historia...


Wszystko to brzmi tak romantycznie, że kojarzy się raczej z bajką. Jest jednak inaczej. Dowodem na to jest przyciągająca jak magnes wszystkich odwiedzających Indie niezwykła budowla poświęcona ukochanej osobie. To Taj Mahal w Agrze. No, właściwie tutaj kończy się romantyzm a zaczyna surowa jak polska kiełbasa rzeczywistość.


Taj Mahal przyciąga taką ilość chętnych złapania za czubek kopuły mauzoleum (na fotkach oczywiście), że wszystko co jest piękne może stać się męczące. Chyba, że wstaniecie wcześnie rano, na przykład około piątej i popędzicie na wschód słońca. Jeśli jednak wybierzecie dzień wolny od pracy i do tego jeszcze popołudnie, możecie liczyć na koszmar zmywający całą tą piękną otoczkę, dla której tutaj się pojawiliśmy. Setki, tysiące ludzie wpychają się niekontrolowanym kordonem na obiekt, po czym szturmujące wejście do mauzoleum. Jeśli pamiętasz obrazki z szarych dni Polski, kiedy na sklep rzucili buty Relax lub stałeś w mięsnym po szynkę na święta to musisz wiedzieć, że to jest tak zwany „pikuś”. Bowiem tutaj nie obowiązują żadne reguły – jest tak samo jak na drogach, albo nawet gorzej. Umundurowani stróże porządku udają, że pilnują i nieustannie gwiżdżąc próbują ustawić chętnych do wejścia wewnątrz w jedną linię kolejki. Jednakże nie potrafią zapanować nad nacierającym tłumem i wszystko wymyka się spod kontroli. Tymczasem wielu odwiedzających zachowuje się jak małe niegrzeczne dzieci. Pan strażnik patrzy – wszyscy stoją w kolejce. Nie patrzy – susami przez trawnik, linki, barierki i murek, no i w krótką chwilę jest przed nami jakieś dwieście pięćdziesiąt osób więcej. Jedyną rzeczą jaką ochrona umie robić doskonale to gwizdać wspomnianymi już gwizdkami, co oczywiście na nikim tutaj nie robi większego wrażenia. Po zachodzie słońca dochodzi do awantury pomiędzy nami i gwardzistami i wreszcie spoceni i umordowani dostajemy się do środka. Nic już jednak nie jest w stanie zmienić złego samopoczucia po dwu-godzinnym przepychaniu się, deptaniu po nogach, ściskaniu na schodach i walce o dobre miejsce startowe do następnej blokady. Niesmak pozostaje.






Mogliśmy jednak posłuchać naszego kierowcy tuk-tuka, który odradzał wizytę w tamto popołudnie. Chłop miał dobre intencje i jeszcze pożyczył nam dwa tysiące rupii na wejście. Zresztą Shobek to człowiek znający Agrę od podszewki. Zawiózł nas w najciekawsze miejsca i służył dobrą radą. Na drugi dzień przysłał swego wuja, który dokończył z nami niemal dziesięciogodzinne tourne za jedyne 20 zł. 


Agra zresztą jest miejscem specyficznym. Hotele w pobliżu Taj Mahal to ruiny a ich wyposażenie to taki nasz wczesny Gierek z dodatkiem wielkiego zaniedbania i smrodu niesprzątanych kibli. Próbują rekompensować to sobie widokiem z tarasu, gdzie znajduje się restauracja. Zresztą czego można się spodziewać, kiedy płaci się za naszą czwórkę 42 zł za noc. Dodatkowo smaczku dodaje mały rynsztok płynący po obu stronach ulicy wydzielający jedyny w swoim rodzaju zapaszek. Tytuł tego posta powinien nosić tytuł „wielkie rozczarowanie” ale całą sytuację uratowała jedna biała święta krówka z cielakiem, lokalna kuchnia oraz sklep z tradycyjnymi ciuchami.

Tanio, ale zdecydowanie nie polecamy ;)









Około czternastej trafiamy na dworzec z zamiarem kupna biletów do Delhi. System jednak padł i nikt nie chce nam powiedzieć czy będą bilety na szybki autobus zwany tutaj Volvo Bus'em. Pada propozycja jazdy tak zwanym standardem, czyli autobusem z otwartymi oknami i bagażami na dachu. Dyspozytor jednak zachęca nas abyśmy pojechali takim zielonym wynalazkiem bo posiada na swym wyposażeniu klimatyzację. Oglądamy pojazd dokładnie bo wygląda jakby uczestniczył w jakiś crash testach. Nieśmiało zaglądamy do środka i decydujemy się na jazdę pomimo pewnego znacznego ryzyka, że może on jednak nie dojechać do miejsca docelowego. Oh, jaki my popełniliśmy błąd. Nie dość, że na siedzeniach znajdowała się centymetrowa warstwa brudu to jeszcze po włączeniu klimy z otworów wydobył się kurz, potem smród a na końcu wyleciały z nich komary. Ten autobus zaraz po swoim wypadku, przeleżał chyba z pół roku w jakimś rowie zanim otrzymał swoje drugie życie. Mieliśmy wrażenie, że bierzemy udział w jego dziewiczym kursie po reanimacji. Podróż z Agry do Delhi trwała około 5 godzin. Już po pierwszej przyzwyczailiśmy się do tego, że przez szyby nic nie widać a naszymi miejscami w tylnym rzędzie buja na wybojach jak na kolejce górskiej. W połowie drogi kierowca zjechał do przydrożnego kompleksu wypoczynkowego a naszym oczom ukazał się słoń, wielbłąd, konik, człowiek z małpką w sukience, zaklinacz węży i inne podobne atrakcje.






W autobusie poznaliśmy ludzi, którzy pomogli nam w załatwieniu transportu z dworca. Pożyczyliśmy telefon z indyjską kartą i zadzwoniliśmy po taksówkę. Znajomy z autobusu już na dworcu podprowadził nas pod samochód policyjny i poprosił, ze względu na dość późną porę aby zaopiekował się nami aż do przyjazdu taksówki. W asyście uzbrojonych stróżów prawa doczekaliśmy się transportu i udaliśmy się wprost do polskiej ambasady w Delhi.


2011-11-17

Radżastan - wielki zwierzyniec.

Do Jaipuru, dojeżdżamy po dwunastej. Wysiadamy i od razu wiemy, że tutejszy klimat miasta bardziej nam pasuje. Tak jakoś bardziej swojsko. Panowie w turbanach na głowach, w białych koszulach i szerokich w kroku spodniach. Młode dziewczyny idące do szkoły, ubrane na styl europejski przewiązują sobie chusty na głowie w sposób podobny do tych, które widzimy na pustyni. Mocno ściśnięta chusta wyłącznie z otworem na oczy. Zastanawiam się czy robią to by zachować resztki kulturowej spuścizny czy też zasłaniają twarz przed kurzem i smrodem z przejeżdżających aut i autobusów. Czeka na nas tuk-tuk, i pierwszy problem. Jest nas czwórka i mamy plecaki. Nasz tuk-tuk ma standardowe rozmiary, więc – no, nie da rady.





Szybka akcja, mamy dwa i przy akompaniamencie nieustających dźwięków klaksonów jedziemy do naszego hoteliku. Po atrakcjach dnia poprzedniego czeka nas chwila relaksu, bo w miejscu naszego zakwaterowania jest niewielki basenik. Idziemy na krótki rekonesans po okolicy. Od razu rzuca się w oczy inność tego miejsca. Jest podobnie jak w pustynnych miastach. Wielbłądy (ciągnące wózki?!), osły, małpki i słonie. Potem kolacja (nareszcie dla mnie świetna chicken tika masala) i pluskanie się w , o dziwo lodowatej wodzie. W pokoju luksus jak dla nas, bo jest klima, plazma, wielka łazienka i cztery łóżka – od dawna tak wygodnie nie spędzaliśmy nocy.



Następnego dnia ruszamy eksplorować miasto i okolice. Bierzemy nieco większego tuk-tuka i jedziemy szlakiem atrakcji. Najpierw wieża widokowa. Dowiadujemy się tam, że Jaipur nazywany jest różowym miastem. Władca, który zdobył to miasto i utrzymał je przed najazdami okolicznych plemion, zbudował mur oraz wieżę obserwacyjną. Później, ku czci bóstwa kazał całe miasto pomalować na kolor różowy. Teraz jest nieco inaczej ale i tak wygląda bardzo kolorowo.


Następnie świątynia na szczycie góry, którą ufundował maharadża zanim zbudował miasto. Potem pałac i niewiarygodnej wielkości basen władcy, na dzień dzisiejszy to tylko wpół wyschnięty staw ale po zarysie budowy uruchamiamy wyobraźnię. Jedziemy potem pod świątynię władcy a tam czeka na nas trzy etapowa budowla niezwykłej piękności. Po obu stronach pną się mury sięgające szczytów wzniesień. Sprawia to wrażenie mniejszej kopii chińskiego muru. Wokół zabudowań pałacowych niegdyś wiła się korytami niewielka fosa, która musiała wyglądać imponująco w połączeniu z białymi murami świątyni.






Przed wejściem stoi niewielki stragan, na którym niewiele jest towarów. Sprzedawczyni bowiem o wiele lepiej radzi sobie ze zdobieniem dłoni henną niż z handlem. Dziewczyny decydują się i wybierają wzory, małe targowanie i na rękach lądują pierwsze, nieregularne wzory z czerwonej henny. Kierowca tuk-tuka zapewnia nas, że sprzedawczyni to mistrzyni w swoim fachu. Jak jest oceńcie sami :)




Jedziemy na targ a tam szukamy sklepu z butami. Trafiamy do hurtowni zajmującej się sprzedażą obuwia z wielbłądziej skóry. Wybór olbrzymi, Aisza przymierza kilka par bo wciąż szukamy zamiennika sandałów ale nic nie pasuje.
W programie jest również wizyta w szlifierni kamieni szlachetnych, Oglądamy panów podczas trzy etapowego procesu szlifowania szmaragdu. Inwencja ludzka nie zna granic. Woda podawana na gąbkę przy kamieniu szlifierskim jest za pomocą szpitalnej kroplówki. W rodzinnym interesie nie może zabraknąć również sklepu. Zapraszają nas do środka i od wejścia biorąc nas za Rosjan zapraszają do zakupów hurtowych i pokazują złoto, diamenty i rubiny. Uśmiechamy się pod nosem i mijamy najpierw kamienie szlachetne, potem biżuterię ze srebra i stajemy przy wyrobach ze stali. Panowie mają dziwne miny, kiedy machamy na boki głowami po podaniu przez nich cen. W końcu po długich targach Dominika świeci się nadgarstku i kostce, brzęczy ukrytymi kuleczkami w bransoletce na nogę niczym arabskim kulhal'em. Teraz przynajmniej daje znak dźwiękowy, iż jest zamężna :) W szale zakupów rzutem na taśmę Arletta zgarnia jeszcze jedną błyskotkę. Trzeba przyznać, że w Indiach te produkty są wyjątkowo piękne.

Dziewczyny oczarowane zakupami i cenami pytają kierowcę o sklep z tradycyjnym ubiorem hinduskim, kaftanami i sari. Jedziemy do producenta a tam koleś pokazuje nam jak nadrukowuje się wzory na rolkach barwionego materiału specjalnymi drewnianymi stemplami. Stemple przygotowywane są przez kobiety, które mają mniejsze dłonie i potrafią wykonać ręcznie misterne wzory wydłubując je w miękkim klocku drewna.


Na pięterku znajduje się sklep z materiałem, ubraniami, szalami i dywanami. Dziewczyny przebierają w szmatkach ale nic ciekawego tam nie ma. W końcu Aisza znajduje drewnianego kota na jakieś półce. Ponieważ kotek jest lekki i otwierany (taki pojemniczek na biżuterię) bardzo jej się spodobał. Cena jest zaporowa, więc się nie zgadzamy. Po policzku lecą łzy jak grochy, sprzedawca patrzy i błaga, żeby przestała płakać. Obniża cenę o 400% i cieszy się kiedy przez łzy Aisza się uśmiecha, ściskając swoje kocie pudełeczko. Więcej nic nie kupujemy bo chcemy jak najszybciej dostać się do fortu znajdującego się w pobliżu.


Po ulicy wolno kroczy słoń z kolorowymi rysunkami na głowie. Droga do fortu biegnie krętą, pnącą się ku górze drogą. Dla wygodnych za opłatą podjazd samochodem terenowym lub na słoniowym grzbiecie. My idziemy z buta i po piętnastu minutach jesteśmy na pałacowym dziedzińcu. Przez bramę majestatycznie wkracza słoń – widok jak sprzed kilkuset lat, kiedy w forcie tętniło normalne życie. Zakup wody, bilecików i już jesteśmy na wyższym poziomie, zarezerwowanej dla władców. Fontanny, sypialnie i pokoje lepiej urodzonych. Architektura przypomina islamską, zresztą budowane na szczytach fortyfikację też kojarzą się bardziej z tym okresem panowania muzułmanów na tych ziemiach. W labiryncie korytarzy, schodów i tajemnych przejść pomaga nam strażnik. Wyprowadza nas najpierw na najwyższy poziom, potem pokazuje nam sypialnie jednej z dwunastu żon władcy. Oglądamy również sprytny, dzbanowy system transportu wody na wyższe poziomy oraz studnię wody pitnej. Po dwóch godzinach kierujemy się do wyjścia i trafiamy na stoisko z ręcznie wykonywanymi radżastańskimi lalkami. Sprzedawca pyta ile Aisza ma lat, po czym nie wiadomo dlaczego wręcza jej jedną z lalek. Chcę dać choćby grosz, zastanawiając się gdzie ta laleczka pojedzie bo na pewno nie w plecaku, w którym miejsca już zdecydowanie brak. On jednak odmawia i prosi abym go nie obrażał, bo prezent to prezent.




Z naszą wielką hindską rodziną ;)



Czas na atrakcję dnia. Jedziemy w miejsce, w którym mieszkają słonie i dziewczyny dosiadają te olbrzymy. Ich właściciel zapewnia, że jazda słoniem zapewni dobrą karmę. Małe słoniowe safari prze pobliską wioskę powoduje, że zbiega się pół wioski aby pokibicować. Śmieją się i biegają wokół zwierzęcia ale przewodnik głośno na nich krzyczy świadomy zagrożenia. Potem dopiero mówi, że to jest młoda, bardzo łagodna słonica ale w przeszłości z innymi to różnie bywało.


Na koniec jeszcze pałac na wodzie (a właściwie to już w wodzie) i świątynia małp, które złażą się tutaj późnym popołudniem.
Na kolację jemy w miejscowej restauracji półmisek radżastańskich specjałów. To chyba idealny sposób aby w małych porcjach spróbować wszystkiego co najlepsze w tutejszej kuchni.
Drugi dzień spędzamy na zakupach. Dziewczyny kupują sobie tradycyjne ubrania, wreszcie znajdujemy wspaniałe sandały dla Aiszy i ogólnie latamy po sklepach. Wieczorkiem zakup biletów na autobus do Agry. Ostatnie pluskanie w basenie i ostatni tutaj papad masala. Ja padam z nóg, bo mam gorączkę i modlę się tylko żeby to nie było to, czego nikt tutaj nie chce dostać.


2011-11-11

Dzieci gorszego boga....

To jest chyba coś co najbardziej przytłacza w Indiach. Biedne, żebrzące dzieci ulicy. Porzucone, brudne, zaniedbane, głodne, często też okaleczone, pozbawione opieki dorosłych i jakiejkolwiek miłości. Zadziwiająco dobrze znające język angielski, często posługują się nienagannym akcentem i dużym zasobem słów. Są niczym muchy, które nie przejmują się odganianiem i wciąż z uporem łapią za ręce i proszą. Dla mnie to wyjątkowo ciężkie przeżycie bo bardzo trudno jest sprawić by serce skamieniało i nie reagowało współczuciem i empatią. Teraz potrafię zrozumieć Matkę Teresę - bo wobec takiego rodzaju biedy trudno pozostać obojętnym. Jak sprawić by patrzeć i nie widzieć, słuchać i nie słyszeć, gdy małe rączki głaszczą cię w nadzieji otrzymania czegokolwiek a wielkie, czarne oczęta z błaganiem patrzą licząc na każdy twój gest dobrej woli. Powoli uczę się traktować to jako przedstawienie bo wiem, że prawie wszystkie z tych dzieci wykorzystywane są do żebrania przez dorosłych, którzy w ten sposób zarabiają na nich pieniądze. Lecz wciąż zdaję sobie sprawę, że większość z nich jest naprawdę głodna, nie mają nic a każde odtrącanie zabiera im też nadzieję na lepsze jutro. To są przecież tylko dzieci, wrażliwe, niewinne, w żaden sposób nie zasługujące na taki los. Wykorzystywane, porzucone i zagubione muszą uczyć się życia w ten najgorszy ze wszystkich sposobów - zdane tylko na siebie.

Czasem tak niewiele potrzeba - na zdjęciu mali szczęściarze.

Udawało mi się być twardą do momentu gdy mała, drobniutka dziewczynka w wieku Aiszy podeszła do nas i z nieśmiałym uśmiechem założyła na rączkę Arletty bransoletkę zrobioną z kwiatków jaśminu. Za chwilę z kieszonki wyciągnęła kolejne dwie i zawiązała je na mojej i na Aiszy ręce. Nie chciała pieniędzy, powiedziała, że ma na imię Savi i chciała wiedzieć jakie są nasze imiona. Zapytała gdzie idziemy i widząc, że kierujemy się do sklepu poprosiła nieśmiało o to, czy możemy kupić jej mleko i ryż. Wydało nam się to drobnym gestem więc podaliśmy jej obie rzeczy a ona z radością podziękowała i odeszła, machając do nas na pożegnanie. Wiem, że często dzieci odnoszą zakupione rzeczy do sklepu i dzielą się na pół ze sklepikarzem wyłudzonymi pieniędzmi.... i nawet jeśli tak się stanie w przypadku "naszej" dziewczynki to dla nas nie ma znaczenia. Najważniejsze, że nie daliśmy pieniędzy..... bo dawanie pieniędzy to w Indiach najgorsze co można zrobić. Zaraz zbiegają się całe tłumy żebrzących dzieci (oraz dorosłych) i wszyscy chcą po kilka rupii (1 rupia to ok. 7 groszy) i w ten sposób możemy wpędzić się w niezłe tarapaty.

Życie na "swoich śmieciach" staje się realistyczne.

Z Aiszą i Arletką wpadłyśmy na pomysł, że przy pomocy rządów międzynarodowych (które marnują tyle pieniędzy na wojny i różne "misje pokojowe" na przykład w Afganistanie czy też Saharze Zachodniej) oraz rządu Indii (który wcale nie jest biedny bo ma najnowocześniejsze technologie i wiele surowców naturalnych)  powinno się powyławiać wszystkie biedne dzieci ulicy i utworzyć dla nich  porządnie wyposażone wioski dziecięce. Tak by każde dziecko miało w nich swoje łóżko oraz czyste ubranie i jedzenie. Zatrudnieni byliby tam nauczyciele i dzieci mogłyby chodzić do szkoły zamiast pracować. Mogłyby nareszcie zmienić swoje życie, wyrwać się z zaczarowanego kręgu nędzy i beznadzieji.... nareszcie mieć prawdziwe marzenia - z nadzieją na ich spełnienie. Pozostaje jeszcze sprawa kast, nas to przerasta...

Tego wam życzymy - wszystkie biedne dzieci Indii (i innych krajów)....
a na razie wybaczcie nam, że będziemy ignorować wasze prośby i udawać, że was nie widzimy....
i choć nasze oczy pozostają otwarte musimy zamknąć nasze serca - bo całego świata nie uda nam się zmienić, musimy poprostu przejść obok i iść dalej swoją drogą.

2011-11-10

O krok, od końca jej dni ...

Zaczęło się całkiem niewinnie. Załatwiliśmy sobie bilety na Wyspę Słoni. Kierunek na nabrzeże w okolice Bramy Indii. Stamtąd na mały stateczek i pędzimy przez Zatokę Arabską w kierunku naszej wyspy na której pomimo nazwy nie ma słoni, za to są małpy. Po godzinnym rejsie, mijając okręty wojenne, statki straży pożarnej oraz szyby naftowe dotarliśmy do miejsca, które znaleźliśmy w gazetce linii lotniczej. Wyrwaliśmy z niej jedną kartkę - za co oficjalnie przepraszamy Oman Air - na której widniały zdjęcia z wyjątkowo tajemniczego miejsca. 


Długie molo a po nim mknąca spalinowa „ciuchcia”, potem schody ostro pnące się w górę. Wszędzie kozy, nawet leniwie rozłożone na ławce. Dla wygodnych lub nie mogących wejść o własnych siłach przygotowane są lektyki. Czterech mężczyzn chwyta za długie drągi, na których osadzone jest krzesełko. Nas jakoś specjalnie nie zachęcali – pewnie domyślacie się dlaczego :) czterech mogłoby nie dać rady. 




Wspinamy się po schodach pomiędzy rozstawionymi straganami i patrzymy na skaczące małpki. Kradną wszystko co popadnie ale najbardziej interesuje je jedzenie. Po dotarciu na szczyt czekają na nas panie z dzbanami na głowach i zachęcają do fotografowania. Oczywiście, za pieniążek – normalnie w takich sytuacjach rezygnuję z naciskania spustu migawki – ale panie były takie urocze, że postanowiłem jednak się dołożyć.




Wchodzimy na szlak w poszukiwaniu grot – świątyń poświęconych Sziwie. Zbudowane ponad 2600 lat temu, a właściwie wykute w litej skale wyglądają olśniewająco. W głąb góry rozpościera się przed nami sala z kolumnami, na ścianach rzeźby a w ukryciu cud natury – wiecznie bijące źródełko, samoistnie ze skały. Do niedawno zresztą ten kompleks grot był używany jako regularne świątynie, na dzień dzisiejszy tylko przed jedną z nich, nieco mniejszą należy zdjąć buty. Zwiedzamy każdą z nich, fotografujemy, zaglądamy do środka i podziwiamy.









Ale jak się okazuje największą atrakcją tutejszego miejsca są małpki, całe ich rodziny. Szabrujące po pozostawionych torbach, kradnące kolorowe paczki z jedzeniem i uciekające w pośpiechu na drzewa. Sesji nie ma końca, bo dziewczyny tak się cieszą z tych ogoniastych urwisów, że nie chcą odejść. 








Na koniec postanawiamy uczcić sobie naszą małą wycieczkę kupując sobie po raz pierwszy w Indiach jogurtowy napój mango lassi. No, i niestety – niemiła niespodzianka. Niedobry, mocno sfermentowany napój nie nadający się do picia porzucamy strasznie nieszczęśliwi. Poprawiamy sobie nastrój dopiero mocno chłodnym napojem z butelki, o smaku mango oczywiście - Mango Sip oczywiście to nie to samo, ale co zrobić. 




Wracamy do portu w Mumbaju a potem na pieszo do naszej dzielnicy. Robimy sobie mały shoping, naszą własnością drogą kupna stają się koszulka typu t-shirt, dwie bransolety na nogę, niewiarygodnie piękne kolczyki, kropki na czoło i spódnica. Wracamy do naszego hoteliku gdzie Ahamed trzyma nasze bagaże w odstąpionej „jedynce” i pozwala wziąć prysznic przed podróżą. Żegnamy się pięknie a odchodne słyszymy ciche westchnienia, znane nam z arabskich krajów:
-  Ah, Aisza...Aisza...
Łapiemy taksówkę, patrzę na zegarek i myślę spoko, mamy jeszcze ponad godzinę. Tłok straszliwy na ulicach, zatory takie, że jechać się nie da. Podjeżdżamy pod pierwszy dworzec, z którego odjeżdżają pociągi na południe kraju i patrzę na zegar na wieży.
- Ja piórkuję, jest pół godziny później niż na moim zegarku... Co mi po zegarku z czasem światowym jeśli czas na nim różni się od miejscowego.
Wpadamy w lekką panikę, ponieważ bilety turystyczne i w dodatku kupione w ostatniej chwili są o wiele droższe od zwyczajnych. Żal nam forsy ale cóż jak nie zdążymy to pojedziemy autobusem. Dojeżdżamy osiem minut po czasie odjazdu pociągu na dworzec. Wyskakujemy z taksówki i gonimy na peron. Pytamy oficera w mundurze czy pociąg do Jaipuru już odjechał, Mówi, że tak. Zastygamy zatem w bezruchu i gapimy się na siebie przez dłuższą chwilę, bo jednak strata kasy to rzecz przykra. Nagle podchodzi do nas jakiś koleś i mówi, że pociąg o naszym numerze jeszcze stoi na peronie. Pędzimy jak oszalali przez dworzec i taki cholernie długi peron. Pociąg stoi. Szok. W momencie kiedy podbiegamy, wagony szarpnęły i pociąg powoli rusza. Drzwi przedostatniego wagonu są otwarte. Facet w mundurze, krzyczy żebyśmy wsiadali. Najpierw Aisza, hyc i jest w środku. Biegniemy za coraz szybciej jadącym pociągiem. Arletta chwyta się rączki, na chwilę zastyga, po czym mocnym ruchem przeważa do środka swój ciężki plecak. Silna dziewczyna – myślę sobie, chociaż cały czas biegnę przed drzwiami to czuję, że z tymi kilogramami nie będzie lekko. Dobiega Dominika, chwyta się rączki i wisi przez dłuższą chwilę na schodkach jadącego już całkiem szybko pociągu. Ja przestałem asekurować po tym jak wsiadły dziewczynki i próbowałem zdjąć w biegu plecak, żeby wrzucić go do środka zanim wskoczę. Dominika jest już tak zmęczona, że nie może podźwignąć się do pociągu, dodatkowo nagle jedna noga zsuwa się jej ze schodka. Oficer najpierw przytrzymuje ją w takiej wiszącej na zewnątrz pozycji a ponieważ nie może jej w biegu wepchnąć to decyduje się odciągnąć ją od pędzącego składu. Szarpie ją mocno do tyłu za plecak a ona turla się po peronie. Widzę tylko jak jej noga cudem odskakuje, muska tylko lekko o blachę i nie wpada głębiej pomiędzy pociąg a peron. Odwracam się jeszcze raz i widzę jak nad nią pochylają się ludzie stojący na dworcu i pomagają się podnieść. Biegnę jak oszalały bo myślę cały czas o tym, że dziewczynki już jadą. Zatrzymuję się dopiero kiedy oficer wskakuje do pociągu i zatrzymuje cały skład. Krew mi odchodzi od głowy ale cieszę się, że Dominika już jest na nogach i widzę dziewczynki w drzwiach razem ze strażnikiem kolei. Ale musiałem gnać, że byłem z przodu, człowiek dostaje jakiejś niewiarygodnej siły w takich sytuacjach. Rzucam plecak i chcę wracać po żonę ale ten sam facet, który ratował Dominikę krzyczy, że mamy natychmiast wsiadać. Na szczęście pociąg już stoi. Ładujemy się do środka. Ja z jednej strony, wszystkie dziewczyny z drugiej tego samego wagonu. Okazało się, że w pociągu wszystkie panie z wagonu żeńsko - dziecięcego uspokajały Aiszę. Potem zaopiekowały się również bladą i słabnącą Dominiką, której ręce dygotały na wszystkie strony. Było nam teraz już zupełnie obojętne, że jedziemy w przedziale najgorszej klasy, z pryczami, kratami i wentylatorami na suficie wraz z gromadką babć, mam i mnóstwem ich potomstwa. Na kolejnej stacji jednak otrzymujemy polecenie, żeby się przesiąść, po czterdziestu minutach jazdy przeskakujemy (jakoś teraz ta forma wyjątkowo mnie przeraża) do właściwego przedziału. Teraz już spokojni, siedzimy w naszym wygodnym i czystym sypialnym wraz z bardzo uprzejmymi ludźmi, częstujemy się herbatą z mlekiem i słuchamy jak sprzedawca lodów pięknie śpiewa w korytarzu. Ale to co działo się przed chwilą nie pozwala mi jeszcze logicznie myśleć więc biorę laptop i przelewam całe swoje emocje w lawinę liter poskładanych w zdania. Pomimo porządnego upadku o ziemię nadal jest w jednym kawałku....




Straty: poszargane nerwy, obite i krwawiące kolano Dominiki, rozerwane spodnie.
Nauczka: odpuścić kasę i nie wskakiwać do ruszającego pociągu.
Przestroga: jeśli coś od początku mówi ci, żeby nie jechać pociągiem – po prostu nie jedź.
Dobre strony: sorry, na razie nie widzę – może potem będę się z tego śmiał ale na razie nie mam wcale na to ochoty.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...