2011-10-21

Konya pachnąca różami

Konyę (Konję) odwiedza się zwykle głównie z jednego powodu - dla Rumiego. Jalal ad-din Rumi, poeta i mistyk suficki żyjący w XIII wieku jest jednym z najbardziej znanych i uznanych na całym świecie twórców literatury perskiej, choć niestety w Polsce jego twórczość nadal pozostaje niedoceniana i nieodkryta. Nazywany w Turcji po prostu Melvana ( Nauczyciel ) jest widoczny i rozpoznawany wszędzie w mieście i okolicach. Jego postać odnaleźć można na plakatach, rzeźbach, wystawach sklepów, restauracji i kawiarni . Nawet ciastka i cukierki sprzedawane są z jego podobizną lub symbolicznym znakiem tańczącego derwisza odnoszącym się do utworzonego przez Rumiego zakonu Tańczących Derwiszy. Rumi urodził się w mieście znajdującym się na terenie dzisiejszego Iranu i w wieku kilku lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Konyi, która w ówczesnych czasach była stolicą prowincji. 



My Konyię odwiedziliśmy również w znacznej części dla Rumiego. W szczególności mnie bardzo interesuje historia i miejsca związane z tym wspaniałym poetą. Poznani w szkole s Niyaz Usta nai nowi, wspniali przyjaciele, nauczycielki angielskie zabrały nas po południu do muzeum, gdzie znajduje się wiele ciekawych eksponatów związanych z życiem i twórczością Rumiego. Dzięki naszym przewodniczkom dowiedzieliśmy się na przydkład, że w dniu śmierci Rumiego sarkofag jego ojca samoistnie podniósł się do pionu Odwiedziliśmy tam również mauzoleum, w którym pochowany jest Melvana oraz wielu jego towarzyszy oraz uczniów związanych z zakonem sufich. Atmosfera w tym miejscu jest bardzo wyjątkowa. Czuć wielki szacunek, którym muzułmanie otaczają Rumiego.


Do miejsca z grobowcami wchodzi się jak do świątyni, trzeba być odpowiednio ubranym, kobiety (jeśli chcą) okrywają głowę a jeśli nie mają swojej chusty mogą wypożyczyć jedną z leżących w pojemniku przy wejściu. Należy też zakryć buty pokrowcem, takim jak u nas w szpitalach. Niektórzy muzułmanie ściągali obuwie i pozostawiali je przed wejściem.  Wyjątkową uwagą cieszy się inkrustowana masą perłową stara skrzynka stojąca w szklanej gablocie pośrodku ostatniego pomieszczenia. Według zapewnień wielu osób jest tam schowana relikwia Proroka Mahometa, kosmyk jego brody. Zadziwiające jest to, że w całym pomieszczeniu unosi się wspaniały, zniewalający zapach róż. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że to jeden z piękniejszych zapachów jaki kiedykolwiek poczułam. Wszyscy z zaciekawieniem rozglądaliśmy się, szukając źródła tego zapachu gdy nagle pewien modlący się staruszek,  z wielkim przejęciem i wzruszeniem na twarzy podszedł do Aiszy, wziął ją za rękę i podprowadził do gabloty z "brodą". Wskazał mały otwór w dolnej części szklanej szyby i uniósł ją pod ramiona.  Popatrzył na naszą małą  Aiszę, która miała chustę na głowie i ze łzami w oczach pogłaskał ją po włosach, po czym wrócił do modlitwy. Potem my nachyliliśmy się do otworu i już wiedzieliśmy co tak pachnie - to była właśnie ta skrzynka. Zadziwiające jest to, że wszyscy z którymi rozmawialiśmy są przekonani, że to nie jest żadna mistyfikacja a jeden z prawdziwych cudów. Mnie zastanawia powiązanie i podobieństwo do opisów wielu chrześcijańskich źródeł, potwierdzających, że ludzie, którzy mieli objawienia Maryji, matki Jezusa również odczuwali niebiańsko piękny zapach róż..... hmmm może jednak coś w tym podobieństwie jest... sami ocencie.


O Rumim mogłabym pisać w nieskończoność i jeśli ktoś jest zainteresowany jego twórczością zachęcam do zajrzenia na nasz blog gdzie znajduje się kilka jego utworów w autorskim tłumaczeniu na język polski (niestety z angielskiego) : http://rumi-mevlana.blogspot.com/

Po pobycie w muzeum Rumiego zostaliśmy zaproszeni najpierw na długi spacer, potem na kawę i zabójczo mocną herbatę do najwyższego w mieście budynku, którego górna część okręca się w okół osi i można w ciągu godziny zobaczyć całą panoramę Konyi i okolic. Dołączyli do nas mężowie naszych znajomych i jedna córeczka. Zrobiło się niezwykle przyjemnie i w rodzinnej atmosferze spędziliśmy wspólnie cały wieczór. Wspaniali, weseli  i pomocni ludzie - patrząc przez ten pryzmat, w Konyi ma wyjątkowych mieszkańców.

 Następnie zabrali nas do małej, swojskiej knajpki na wspaniałą specjalność tego miasta: długie na prawie póltora metra, płaskie "zapiekanki" z różnymi dodatkami. Kelner podaje je nad głowami gości na długich deskach po czym sprytnie zsuwa je na stół. Robione są oryginalnie w 4 wersjach z mięsem mielonym, mięsem ciętym, mięsem i serem oraz z samym serem. Całość podaje się na pokrytym papierem stole, rozrywając je rękoma na kawałki i jedząc wraz z sałatką ze świeżych pomidorów i pietruszki oraz zagryzając sosem jogurtowym i ostrym paprykowym. Na wierzchu zapiekanek położone były długie, zielone ostre papryczki, które nadawały daniu wspaniałego posmaku. Po tak intensywnie spędzonym dniu znajomi załatwili nam tani nocleg w "Domu Nauczyciela". Jutro rano ruszamy dalej na południe.... podobno czeka nas tam wspaniała pogoda.... do zobaczenia przy następniej okazji dostępu do internetu.

2011-10-20

Milk and honey... najlepsza szkoła w kraju :)

Jesteśmy w Konyi... o, tak. Chyba się rozkręcamy, jakbyśmy grali w kolejnym odcinku "The Amazing Race". Szukamy jakiegoś łącza z cyber światem i trafiamy na mega zakręconego właściciela kafejki internetowej. Ze względu na fakt sporej koligacji niemiecko-tureckiej, kalecząc język naszych zachodnich sąsiadów udaje nam się przekonać właściciela do wcześniejszego otwarcia biznesu. Łapiemy kilka namiarów, skype-ujemy do babci, odpisujemy na maile i przez discount spożywczy tniemy do informacji turystycznej. Tam smutek, derwisze wirują w soboty a my nie mamy tyle czasu. Po adresie szukamy namierzonej wcześniej szkoły podstawowej. Trwa to ponad godzinę bo niby wszyscy wiedzą gdzie to jest ale kręcą nami jak obrotowymi drzwiami w banku gdańskim. W końcu taki młody koleś z psem husky (tutaj nastąpiło lekkie zdziwienie) naprowadza nas idealnie:
 - Duz kavsak ve sol ile....


No i pięknie. Stoimy naprzeciw gmachu szkoły Meram Niyaz Usta. Dominika idzie pogadać czy wogóle mają ochotę na współpracę. Po pięciu minutach wybiega i woła:
- Chodźcie, robimy warsztaty!
- Kiedy?- pytam grzecznie.
- No teraz a właściwie to już.
Jaka szkoła, taki dyrektor i nauczyciele - wspaniali. Odrazu poczuliśmy się jak w rodzinie. Zaprosili nas na lunch w postaci dwóch wielkich blach takiego ciasta w twarogiem na ciepło. Wiadomo, herbata bo inaczej nie można kontynuować rozmowy. Padło kilka pytań. Skąd jesteśmy, dlaczego to robimy i o co, właściwie chodzi. Po odpowiedziach sprawa była jasna.


Zaproszono nas do małej auli z projektorem i nagłośnieniem. Wraz z nami trzy nauczycielki angielskiego  i dyrekcja szkoły. Poproszono dzieci klasy czwartej na warsztaty i ruszyło ;) Najpierw pierwsze delikatne stuknięcia w klawisze fortepianu, polska flaga, godło i w tle muzyka  Chopina.
Takiego czegoś jeszcze nie widziałem, słuchają wpatrzeni w obraz, na którym przewijają się slajdy o Polsce, głośno reagują na fotografie o zwierzętach żyjących w naszym kraju. Podoba im się bałwan w zimowej scenerii ale dzieci mówią, że też takie robią. Zaskoczenie przy zdjęciu borowika. Nauczycielka mówi, że w Turcji też zbiera się grzyby a potem pekluje w słoikach. Znani polacy - wszyscy znają papieża polaka i rozpoznają Chopina - ale euforia jest przy zdjęciu z śmigusa dyngusa. Smieją się gdy widzą chłopców oblewających dziewczynki wodą z wiadra. Zdjęcia z polskich szkół niwelują różnicę - w końcu mają tak samo jak my. Polskie miasta, pytania o stolicę aż dochodzimy do nauki kilku słów po polsku. Dzieci z planszy czytają napisy po angielsku, potem polskie tłumaczenie wraz z transkrypcją. Jednym chórem wołają "cześć", "jak się masz?" i tak dalej...


Potem dostały do pokolorowania szkice polskich strojów regionalnych i coś słodkiego, mleczne krówki. Na koniec bliźniaki, które miały najbliżej termin urodzin odcisnęły swoje dłonie kolorowymi farbkami na naszej fladze. Nauczycielka wpisała ich imiona a potem dopisała:
"Don't forget us. Turkey"
Zrobiło się strasznie miło. Panie zabrały nas do pokoju nauczycielskiego, porozmawialiśmy już tak na swobodnie przy napoju jogurtowym Ayran o życiu szkolnym, o trzy miesięcznych letnich wakacjach dla uczniów, o systemie nauczania (oni zmienili z 6/3/3 z powrotem na 8/4). Przedstawiono nam całe grono nauczycielskie a potem oprowadzono po szkole. Bardzo pięknej i nowoczesnej szkole, pełny monitoring, ochrona, w salach zamiast tablic multimedialne projektory.


Historia jej jest krótka bo sześcio letnia ale widać ogrom włożonej pracy. Ufundował ją sponsor, który włożył wiele swoich oszczędności aby dzieciaki miały swoje przyjazne miejsce. Powiedziałem dyrektorowi, że powinien być dumny z takiego miejsca nauczania. On prowadzi nas do głównej bramy, pokazuje nam dwa krany po obu stronach. Raz w roku płynie tędy mleko i miód ... taka jest najlepsza szkoła w Turcji :)  miodem i mlekiem płynąca.




O tym jacy ludzie mieszkają w Konyi, co się tutaj jada i kim był Rumi ... jutro, bo padam na twarz :)


2011-10-19

Let it rain...

Niestety od rana pada i jest chłodno. Zbieramy się zatem ospale bo aura nie nastraja do spacerków. İdziemy wreszcie na śniadanie do najbliższej knajpki na rogu. Wlaściciel uśmiecha się ze zrozumieniem kiedy prosimy o śniadanie a zegarek wskazuje kılka minut po jedenastej. Pokazuje nam swoje zdjęcia z burmistrzem, po stanie budynków domyślam się że pochodzą sprzed rewitalizacji dzielnicy. Zanim zjemy talerzyk zupy szorby z soczewicy oglądamy stare fotografie z jego rodzinnej miejscowości, z wschodniej części kraju, które wiszą na ścianach.
Potem już tylko kawka i herbatka - po turecku oczywiście :)

Na plecaki zakładamy pokrowce a na siebie kurtki przeciwdeszczowe, kręcimy się po mieście ale wszystko jakby sprzysięgło się przeciw naszemu zwiedzaniu. Deszcz kapie nam z daszków i cieknie po ubraniach.


Patrzymy sie na siebie i tak jakbyśmy czytali sobie nawzajem w myślach. Zmiana planów, wsiadamy do metra. Jest 23:21 a ja widzę jak w oddali mienią się  światła Ankary...

ps.  na tureckiej klawiaturze "i" jest w innym miejscu :) ale już wszystko poprawiłem ...

2011-10-18

Istambuł, miasto w którym rozdają granaty ...

Zatkało mnie, kiedy zobaczyłem jakie to olbrzymie i nowoczesne miasto. Osadzona na wzgórzach metropolia wciąż się rozrasta. Lotnisko tanich linii wypchnięto daleko poza obszar centrum, dlatego żeby dotrzeć znów do Europy musieliśmy spędzić ponad godzinę, głównie za sprawą korków na prowadzącej do miasta autostradzie (helloł! cztery pasy w każdym kierunku...).

pogoda nie pomaga a słońca nie widać
Transport ogólnie wymiata: metro, tramwaje, autobusy i promy. Do tego wypożyczalnie rowerów miejskich i nie ma się do czego przyczepić. Jadąc do centrum miasta mijaliśmy nowoczesne City całe ze szkła i aluminium – robi wrażenie. Nas najbardziej interesowała stara część, czyli czasy Konstantynopolu i Bizancjum. Środkami komunikacji miejskiej - bez problemu ją rozszyfrowaliśmy – dotarliśmy do Sirkeci, okolice dworca głównego a stamtąd pod Sultanahmet – Błękitny meczet, na Wielki Bazar i Hagia Sophia.
Spacerek cudny, pachniało kebabem, grillowanymi kasztanami i kukurydzą. Napiliśmy się soku ze świeżo wyciskanych granatów, pyszny ale mocno cierpki w smaku. Nabraliśmy ochoty na więcej ale nie na sok, tylko świeże owoce. Chcieliśmy je zakupić w innym miejscu ale chyba rzadko się to zdarza bo sprzedawca popatrzył na nas z zaciekawieniem i dał nam owoce za darmochę.

Zaskoczyła nas jedynie pogoda, na całą resztę byliśmy przygotowani a to, że bezpłatny internet WiFi choć jest, to nigdzie nie chciał działać to byłą akurat porażka, bo był nam niezbędny - szkoła.
Zima pełną gębą – tylko bez śniegu. Na ulicach ludzie z opaskami na uszach i w cieplejszych okryciach. Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę, że Dominika mówiła przed wylotem:
- Już niedługo założymy sandałki i japonki...
No chyba na południu Turcji, bo tutaj wieje tak, że aż pieką policzki. Tak, czy inaczej łaziliśmy po mieście przez cały dzień pochłaniając jego zabytkową dzielnicę krok po kroku, kamień po kamieniu nie oglądając się na niesprzyjające warunki. Najbardziej przypadł nam do gustu Wielki Bazar, największy tego typu rynek pod dachem.


Szaleństwo towarów, osób kupujących i sprzedających. Wszystko pod zadaszeniem ale nie jakąś tam blacho dachówką tylko pełne sklepienie, które sprawia, że jest przyjemnie i klimatycznie, a wszystko to na niebywale wielkiej przestrzeni. Ponieważ plecaków nie mamy z gumy nie planowaliśmy też żadnych zakupów ale jak tu się nie pohandlować w takim kraju. Kupiliśmy parę drobiazgów, po czym stwierdziliśmy jako osoby doświadczone na niejednym suku:
- Ehhh, słabi są :)     - oczekiwaliśmy boju a skończyło się na lekkich potyczkach.

Jak już poczuliśmy, że obrywa nam ramiona zarządziliśmy odwrót. Kiedy wracaliśmy zobaczyliśmy pojazd wyglądający jak karetka, na którym widniał napis „zabita” - dziwne są językowe skojarzenia.

tutaj trzykołowy pojazd z zabitej serii
Na wieczór kupiliśmy Efes, kto był w Turcji ten wie, że łatwiej nam będzie zasnąć po atrakcjach całego dnia :)
Po pierwszym dniu stwierdzam: wspaniały jest ten Istambuł!
Przede wszystkim odczuwam jak potężnym jest to miasto łącznikiem pomiędzy kulturą wschodu i zachodu, pomiędzy Europą i Azją, pomiędzy tym co nowoczesne i tym co najpiękniejsze w tradycji.
ps.
Przypomniało mi się, że widząc bizantyjski kościół na żywo spojrzałem na mapę a tam w otoczeniu jednego meczetu widniało aż sześć kościołów a niedaleko jeszcze synagoga – czyżby drugie Jeruzalem... choć w Istambule dzwonów nie słyszałem jeszcze a muezina, i owszem już nie raz.

Kilka faktów bardziej doświadczonych:
- autobus turystyczny z lotniska Sabiha Gocken kosztuje 12 TL (tureckie liry)
- przelicznik najprostszy: 1TL=1,7 PLN
- w mieście na komunikację obowiązują żetony, jeden przejazd ( jeden żeton), który kosztuje 2 TL
- z powyższego lotniska można dostać się również autobusem miejskim do Kadikoy a potem promem na drugą stronę Bosforu
- wymieniając USD dostaniemy około 1,8 TL za każdego baxa


Ruszyliśmy :)

Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy w Gdyni, stamtąd pociągiem TLK (uwaga, nie spóźniony!? - pomimo swojej taniości) dotarliśmy do Szczecina. Przy okazji pozdrawiamy sympatyczną pasażerkę z naszego przedziału, dzięki rozmowie z którą czas w podróży upłynął szybciej. Mała przegryzka i wspaniale spędzony czas z niemal całą rodzinką, która podjechała aby przywitać się z nami i pożegnać zarazem. Stamtąd po dwóch godzinach przesiedliśmy się do busa firmy Follow Me, wiozącego nas na lotnisko Berlin Shonefeld – tylko polecać, sprawnie, miło i wygodnie. Linie lotnicze Germanwings to niemiecka systematyka i brak problemów z naszymi bagażami podręcznymi (pomimo ilości i wagi). Co prawda przechodząc przez bramkę za swoimi plecami usłyszałem złowrogie: halt, bitte! Ale na szczęście dotyczyło to tylko mojej płci na elektronicznym bilecie – zostałem bowiem Panią Radosławem.
Dwie godziny dwadzieścia minut później, około 2:30 samolot schodzi w sporych turbulencjach na płytę lotniska. Chmury nisko nad ziemią, dopiero tuż przed pierwszym dotknięciem kół z ziemią widzimy światła Istambuł Sabiha Gocken. Lekko przymuleni kierując się instynktem stadnym podążamy za tłumem w kierunku odprawy paszportowej. Kupujemy wizy po 20 $ od osoby, oficer z okienka dla dyplomatów i załóg skinął na nas ręką i już jesteśmy w Turcji.
Kręcimy się jak jakieś zmory po śpiącym terminalu (dosłownie, bo obsługa drzemała sobie tu i ówdzie). W końcu plan tworzy się na miejscu: rozkładamy się i idziemy spać. Znajdujemy kawiarenkę i kilka osób już tam śpiących. Dołączamy do nich i w szerokich fotelach i na mięciutkich kanapach zasypiamy. Po chwili wszyscy sięgamy po śpiwory. Istambuł przywitał nas chłodem, chmurami i … głębokim snem.

2011-10-15

Gotowi do drogi...

Zegar tyka, czas miękko płynie i znika, minuta po minucie. Jeszcze wczoraj beztrosko u znajomych, słuchając opowieści z podróży, uzewnętrzniając się do dziennikarskiego mikrofonu i śmiejąc się z niepoprawnie politycznych dowcipów. Chyba tak raczej żeby uciec od pakowania, uciec od myśli co jeszcze mieliśmy załatwić a właściwie, czego zapomnieliśmy załatwić. Dzisiaj już nie ma na to czasu. Ładujemy do plecaków ciuchy, ładowarki i kosmetyczki. Rozglądamy się po pokoju czy coś tam jeszcze przypadkiem nie leży. Nasza lista, którą pieczołowicie przygotowywaliśmy przed podróżą i tak ostatecznie się zapodziała. Robi się lekko nerwowo ale staramy się nie dać góry emocjom.
Ostatni szlif na projekcie warsztatów, szablony dla dzieci świata i każdy dostaje w garść po kilogramie krówek (również dla dzieci - nie dla nas na drogę;)
Na ostatnią chwilę przychodzą zamówione tabletki do uzdatniania wody i niemal w ostatniej chwili rozwalają się Dominice buty, które kupiła dwa miesiące wcześniej. Kupiła porządne, ponoć taka felerna para - oby tak było, bo do przejścia jest kawałek. Jak to mawiał Rafik, parafrazując znaną reklamę tv:
- Dla niektóych podróż dookoła świata to jak "walking in the park"...
Duży ten park i rzeczywiście dobre buty to podstawa, mają dzisiaj ponoć do nas wrócić. Wszystkiego nie da się przewidzieć i choć nie wiadomo jak byśmy się mocno starali, to na koniec może nas zaskoczyć pęknięcie w bucie albo producent kamery z projektorem, na której nie można wyświetlać własnych projektów (informacja dla Arka!). To moja zmora ostatnich trzech dni. Ale na szczęście jako naród jesteśmy kreatywni i pewnym sprytnym sposobem udało się temu zaradzić.
Spakowani, zwarci i gotowi. Jutro rano startujemy. Trzymajcie za nas kciuki, oczekujcie pozdrowień i nowych wieści ze świata :)


Sprawnie jak w .... chińskim zegarku

Przed nami pozostało zdobycie ostatniej, trzeciej wizy - do Chin mianowicie. Reszta państw zniosła bowiem obowiązujące nas wizy lub z łatwością zdobędziemy je na granicy czy lotnisku. Napiszę krótko bo nie ma co się za bardzo rozwodzić nad tematem. Surowe traktowanie i dyscyplina w połączeniu z komplikacjami - tak oczami wyobraźni widzieliśmy urząd wydający chińskie wizy. Nic bardziej mylnego. Uprzejmi, mili panowie tylko przy pierwszym spotkaniu przenikliwym wzrokiem - niczym superman - badają składającego podanie a potem to już tylko elegancko, sprawnie, milutko i na czas. Jeśli mamy prawidłowo wypełniony druk ( no, i druk oczywiście prawidłowy) to nie powinno być żadnych komplikacji. Nawet święto państwowe nie spowodowało żadnych opóźnień. Urzędnik w konsulacie w Gdańsku z uśmiechem na ustach wydał nam paszporty i tym samym na dzień dzisiejszy mamy komplet.


2011-10-12

szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie....

My zdecydowaliśmy się zaszczepić i to na wszystko co jest wymagane oraz częściowo na to co tylko zalecane w regionach, które zamierzamy odwiedzić. Mam nadzieję, że pozwoli to nam uniknąć wielu nieprzyjemnych okolicznośc związanych z chorowaniem ale niestety co też trzeba przyznać - szczepienia są znaczącym kosztem w podróżnym budżecie, szczególnie jeśli podróżujemy całą rodziną. Trzeba również pamiętać o tym by odpowiednio wcześnie rozpocząć cykl szczepień tak by zdążyć przyjąć wszystkie potrzebne dawki oraz skonsultować się z lekarzem odnośnie ewentualnych przeciwskazań co do zabiegu.

Poniżej zamieszczamy listę naszych szczepień oraz ich cenę (na wrzesień/październik 2011):

Żółta Febra (Żółta Gorączka) - 185 zł - cena wraz z wyrobieniem żółtej książeczki - niestety dzieci można zaszczepić w Polsce tylko w dwóch miejscach, Szczecinie i Warszawie. My szczepiliśmy w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Warszawie i polecamy to miejsce. Przyjeżdżającym spoza W-wy polecam najpierw upewnić się telefonicznie co do godzin szczepień bo obowiązują tam określone zasady rejstracji i wykonywania szczepień.

WZW A/B (Wirusowe Zapalenie Wątroby) - 120 zł/każde szczepienie (całość trzech dawek 360 zł - przed podróżą conajmniej 240 zł) - szczepionki dostępne w prawie wszystkich punktach szczepień po uprzednim umówieniu się na termin szczepienia. Należy pamiętać, że należy wziąć conajmniej dwie dawki (z miesięczną przerwą) a szczepienie przypominające po pół roku od drugiej dawki. Dzieci są doszczepiane tylko na WZW A bo B mają w kalendarzu szczepień.

Dur Brzuszny (tyfus) - 160 zł - tak jak WZW można zamówić w punkcie szczepień, zaczyna działać po 2 tygodniach.

Tężec - 40 zł - najlepiej szczepić szczepionką TT lub TD (z błonicą) - ta druga zazwyczaj bez problemu dostępna w punkcie szczepień.

Meningokowe zapalenie opon mózgowych - 260 zł dzieci do lat 12 - 165 zł. powyżej 12 lat - szczepienie zalecane dla dzieci i młodzieży w naszym przypadku ze względu na podróż do Afryki Środkowo - Wschodniej w okresie Październik/Listopad - my szczepiliśmy wraz z Żółtą Febrą w WSSE w W-wie.

Z doświadczeń poszczepiennych możemy napisać, że żadne szczepienie oprócz "zwykłego" tężca nie dało nam się we znaki. Tężec bolał, spuchł i sprawiał wrażenie zakwaszonych, zbitych mięśni. No może jeszcze trochę bolesne przez jakiś czas było miejsce po "Durze Brzusznym", pozostałe ani nie bolały ani nie spuchły, żadne nie wywołało gorączki ani innych objawów "poszczepiennych".

2011-10-06

No jak to jest, nie mieć nic?

Przywykliśmy wszyscy do tego, że po pracy wracamy do domu, w swojej kuchni robimy kolację, siadamy w swoim fotelu/krześle/kanapie i włączamy swój ulubiony program w tv/stronę w necie. Jak się zmęczymy to wskakujemy do swojego łóżeczka, w swoją pościel. Przed blokiem/domem stoi nasz samochód, którym nazajutrz ruszymy do swej pracy po to by wrócić z niej i tak wkoło. Mamy swoje rzeczy, zbieramy następne i wracamy do siebie.
Dzisiaj padło zaskakujące mnie pytanie:
- Jak to jest nie mieć nic?
Frapujące, zwłaszcza jeśli przez całe swoje życie człowiek powtarzał cykle swoich pradziadów, najpierw polował (to za czasów młodości raczej), potem uprawiał zbieractwo, żeby na koniec zasiąść na roli i uprawiać (z marnym skutkiem, chociaż maliny wszyscy sobie chwalili).
Popadamy w rutynę, dorabiając się własnego czajnika, potem telewizora, następnie własnej kuchni i wspomnianego auta, wreszcie upragnionego M. Jest to dla nas tak oczywiste, że nawet ja - człowiek, który w przeciągu miesiąca pozbył się tego wszystkiego - ogromnie się zdziwił, czując, że faktycznie, coś tu jest nie tak. Na początku uczucie jest dziwne ale potem przychodzi wyzwolenie, czujesz jakbyś duszę miał wolną i niczego ze sobą nie dźwigasz. Zamiast samochodu mam autobus i SKM-kę, widzę ludzi, czasem zagadam, uśmiechnę się. Jasne, czasu też mam teraz więcej więc się nie śpieszę, nie wariuję. Tylko kiedy trzeba być w dwóch miejscach naraz to przydałby się własny środek lokomocji. Od czego zatem są kumple. Dzięki Marian za pamięć ;)
Teraz siedzę przed monitorem komputera i zastanawiam się jak to jest nie mieć nic. I uwierzcie mi, kompletnie nie mam pojecia. Bo rozglądam się po pokoju, są ze mną "moi ludzie" więc wszystko co teraz potrzebuję, właśnie MAM i nie chcę nic więcej.


American Dream...

Sposób na dostanie się do Stanów Zjednoczonych (legalny sposób) jest jeden. Niezbędna jest wiza na wjazd do tego - co by tutaj nie napisać, to jednak wyjątkowego - kraju. Tyle tylko, że droga do zdobycia dokumentu upoważniającego na wstępne dotarcie (bo przecież może nas zablokować na granicy oficer imigracyjny) na ziemię demokracji nie jest proste a z pewnością nie jest tanie.
Najpierw batalia z wnioskiem, zdjęcia w formie elektronicznej, pytania, odpowiedzi i jest ... hurrra promesa wizowa. Teraz tylko po 140 bax-ów od każdego i modlimy się aby kurs $ nie poszybował w górę. Na wizytę umawia nas telefonicznie telemarketer (ponad 5 zł za minutę a powtarzać będzie nasze dane po trzy razy - przy czterech osobach trwa to w nieskończoność). Dobra, jest termin. Wszystko idzie gładko. Uprzejmy Pan przez telefon informuje, że na teren ambasady nie są wpuszczane dzieci poniżej 14 roku a wszystkie elektroniczne zabawki mamy zostawić w hotelu, samochodzie czy u znajomych w Wa-wie - bo też nie wolno. Myśląc o tym jak zorganizować czas młodszej córce w czasie naszej rozmowy z konsulem kontaktujemy się z kuzynką, która na szczęście ma chwilę, żeby zaopiekować się dzieckiem. Robi to zresztą w sposób wspaniały, bo zabiera ją wcześniej do Muzeum Powstania a potem na starówkę więc lekcję historii odbywa w najlepszy możliwy sposób.
Wtorek rano, wchodzimy do ambasady. Bramki, ochroniarze, paski ze spodni, podwójne drzwi. Na pierwszy rzut oka norma ale po co te odkażacze do rąk i dlaczego jest ich aż tyle. Za nami wchodzi rodzina z małym dzieckiem. Ochrona się uśmiecha i wszystkich wpuszcza. Zdziwiony pytam:
- Ale jak? Z dzieckiem?
- Można, można... ale nie trzeba. Do 14 roku nie trzeba. - słyszę spokojną odpowiedź.
Na telefony i elektroniczne gadżety zresztą przy wejściu też jest depozyt, więc słowa Pana telemarketera traktuję teraz z przymrużeniem oka. Widać "nie wolno" i "nie trzeba" nabierają synonimicznego znaczenia.
Teraz trzeba dopłacić do opłaty za przygotowanie wizy czyli obsługę konsularną ale w kasie nie można płacić kartą. Wyścig do bankomatu, odkażamy rączki i możemy zapłacić w kasie. Tutaj widzimy pierwsze łzy, bo nie wszystkim jest dane zobaczyć kraj za wielką wodą.
Potem już zupełnie inaczej niż przy "indyjskim koszmarze" ;). Kolejka, okienko, rejestracja, numerek do pobrania. Siadamy, czekamy 30 minut. Wyświetla się numer, podchodzimy, rozmawiamy. Jest miło. Pani Konsul o wszystkim nas informuje, sprawdza dane i odciski palców. Potem czekamy 3 dni i paszporty są w naszych rękach a w nich kolorowa wklejka z fotografią, która jest bramą do "lepszego" świata. Jasne, chciałoby się zobaczyć Wielki Kanion, Route 66, Beverly Hills, Statuę Wolności. Poczuć na twarzy bryzę oceanu na Oahu, poszaleć w Disneylandzie, porównać odciski rąk na Sunset Boulevard i wszystkie te rzeczy kojarzone z kolorową komercją Ameryki. Czyż nie po to się tam jedzie? No nie do końca... chcielibyśmy przede wszystkim poznać amerykanów, tych rdzennych i tych, którzy stworzyli obecny obraz tego kraju...ludzi, którym spełniło się amerykańskie marzenie ;)
ps. o ile przejdziemy przez surową kontrolę na lotnisku, oczywiście ...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...