2012-07-21

Nie ma takiego miasta Warszawka :)


Znowu otworzyły się wrota czasoprzestrzeni i zgodnie z tą teorią zatrzasnęły się za nami drzwi McDonaldsa. Już na pierwszym przystanku załadowała się do tramwaju grupa etnicznie różnorodna. Jadą w ciszy jak w chińskim metrze, trzymając ogromne pakunki. Nasz przystanek, wysiadamy a tam na chodniku stoi trójka starszych Państwa i głośno rozmawiają, w którymś z bałkańskich języków, wymachując rękoma gestukulują jakby cieli powietrze wielkimi mieczami. Przechodzimy przez jezdnię i mijamy na pasach grupę wesołych azjatów. Spoglądam na córkę a ona odwzajemnia  się zaskoczoną miną. Kiedy widzimy czarnoskórego mężczyznę na rowerze a zza rogu wyłania się młoda chinka w klasycznym, wietnamskim, okrągłym kapeluszu zatrzymuję się w miejscu. Dziwnie się czuję bo mamy ze sobą bagaże, słońce bezlitośnie smaży z nieba jak w tropikach, ludzie rozmawiają w niezrozumiałym dla mnie języku ... ale przecież wiem gdzie jestem. Gdybym spotkał nacje europejskie to pomyślałbym, że to niedobitki z EURO 2012. Jetem przecież w Warszawie i to na jakimś jej – zdaje się – krańcu. Zostało nam jeszcze do przejścia kilkaset metrów aby zalogować się w magicznym miejscu o bajkowej nazwie: hotel Metro. Trochę nas rozprasza to, że dzielnica jest bardziej przemysłowa a sam lokal usytuowany jest na terenie zakładów MPO :) - w końcu mogło być gorzej, bo zamiast kontenerków hotel mógłby być zbudowany z Toy-Toy'ów.


Mijamy jeszcze sklep spożywczy o równie romatycznej nazwie „Czar PRL-u” z ogromną kartką na zakupy wprost ze smutnych czasów na  reklamowym banerze. Docieramy wreszcie do naszej „sypialni”. Wchodzimy na podwórze i …. co widzimy? Ustawione aż w trzech warstwach kontenery mieszkalne w regularnej figurze „L”. Wita nas starsza pani i z rozbrajającym rosyjskim akcentem dokonuje czynoości zakwaterowania. Trochę jak na budowie, trochę jak w parku rozrywki i trochę jak na wielim kiermaszu. Idziemy zobaczyć nasz pokój za pięć stów za dziewięć dni i czujemy, jakby ktoś nas obserwował. Spoglądamy w górę a tam z krużganków patrzy na nas kilkanaście par męskich oczu. Teraz to dopiero jazda bo aż na usta ciśnie się Namaste, Salaam i Priviet. Jednym ruchem przenosimy się do Indii, Pakistanu, Czeczenii i Iranu. 
Ponieważ temperatura pomimo wieczonej pory sięga kilka stopni powyżej trzydziestej kreski, wszyscy panowie wystawiają swoje plastykowe krzesełka przed drzwi kontenerków i grzebią w telefonach, klikają coś na laptopach lub tradycyjnie już – po prostu patrzą. Nie robi to na nas większego wrażenia, przyzwyczajeni do tego podglądania też siedzimy na progu naszego pomieszczenia i gapimy się na nich. Gdy zapada zmrok z kuchni zaczynają dochodzić znane nam egzotyczne zapachy. Smażone warzywa i wyraziste przyprawy, tak gotuje hinduski kucharz dla swoich kolegów a nam aż ślinka cieknie bo zgubiliśmy po drodze resztę naszych kanapek. Panowie zbierają się w salce telewizyjnej i głośno komentują rozpoczęty przed chwilą mecz finały pomiędzy Hiszpanią i Włochami, przekrzykując  Dariusza Szpakowskiego. Języki jak w pod wieżą Babel a całego uroku dodaje jeszcze młoda czeczenka, która krąży wolniutko po hotelowym placu i dość głośno słucha pięknych arabskich melodii  z komórki. Hiszpania wygrywa, wyłączamy nasz trzeszczący telewizor i idziemy spać.


Rano prysznic, który jest w kontenerku obok a w kabinach pomimo tego, że są drzwi suwane to jednak nie ma szybek… Jest za to ciepła woda. Kiedy wracamy pani recepcjonistka podhodzi do nas i mówi „Ja priniosła wam lodówku”. Urocze i …dziwne miejsce.

Cel naszej kilkudniowej wizyty w stolicy jest pośrednio związany z podróżą dookoła świata. Nadszedł bowiem czas na rozliczenie się ze szkołą. Szkoły Polskie Za Granicą mają swoją wielką zaletę, gdyż umożliwiają kontynuowanie nauki  i brak potrzeby rozłąki z polską szkołą kiedy przebywamy za granicą. Chyba jedyną wadą są egzaminy, które trzeba zdać po przyjeździe - zwłaszcza patrząc z perspektywy ucznia. Nie ma jednak innej rzetelnej metody sprawdzenia poziomu przyswojenia  materiału jak egzamin pisemny i ustny z wszystkich przedmiotów, czyli łącznie tych egzaminów 22. W tym miejscu wystarczy chyba, że napiszę, iz egzaminy zostały zdane ... przecież w końcu o to właśnie chodziło. 

Próbka kreatywnego sposobu myślenia licealistów?

W czasie kiedy duża A. męczyła się w piekielnie gorącej sali   i zamiast pisać test z geografii, gapiła się w sufit ja postanowiłem zwiedzić trochę okolicę, w której mieści się stołeczna "jedynka". Na usta cisną się słowa pewnej piosenki "Zielony Żoliborz, (pik pik) Żoliborz" bo rozglądam się wokół a tam zielono, cichutko i spokojnie. I faktycznie ... bardzo zielono. Spaceruję pomiędzy domkami i natrafiam na miejsce, które mam  w znajomych na FB (sic!) a jest to niewiarygodny, ekologiczny hostel Wilson. Miejsce napędzane ekologią,  zieloną ścianą i oferujące najlepsze (według mnie jedno z najlepszych) piw oraz - chyba jedyne w Warszawie - kapsułowe miejsca do spania.  Wszystko ze smakiem i świetnym pomysłem, nowocześnie i 
światowo. Na parterze knajpeczka dla obieżyświatów  Klub Podróżnik Polska, w której odbywają się pokazy slajdów z najpiękniejszych miejsc naszego globu oraz spotkania z podróżnikami. Oh, o takim miejscu zawsze marzyłem...piękna motywacja do działania.


Jeszcze jedna perełka z Żoliborza.

Czas spędzaliśmy głównie pomiędzy szkołą, naszą egzotyczną bazą i powtórkami materiału, tramwajami, autobusem, metrem i centrum. Wybraliśmy się tylko aby przejść tym samym, co Rosjanie mostem w drodze na stadion, po to by spędzić chwilę na plaży i przepłynąć małym promem z powrotem na drugi brzeg a potem posiedzieć wieczorem wraz z innymi na nadwiślańskim wale.


Pozostały czas to niekończące się spacery, sen i walka o przetrwanie, czyli próba znalezienia taniego wyżywienia w europejskiej stolicy. To dziwne ale akurat w tym przypadku nie było z tym żadnego problemu. Wegetariańskie, chińskie, wietnamskie i arabskie  za 10 złotych za obfity obiad (na Ochocie nawet za mniej niż za dychę) a dla wybrednych coś od Magdy Gessler czyli elegancki fast food MG Eat. Wynika z tego, że wystarczy poszukać a znajdziemy coś na ząb. Po każdym powrocie z Wa-wy jestem pozytywnie naładowany. Po pierwsze tym, że jak każde tak duże miasto tętni życiem i energią a po drugie, dzięki wielokulturowości  daje "kolorowy" obraz Polski wraz ze wszystkimi jej smakami i zapachami :)

A na deser przepyszna baklava.

5 komentarzy:

  1. Every day shufflin !!! Tak trzymać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też uwielbiam TAKĄ WARSZAWĘ! Za każdym razem gdy tam jestem( często), odkrywam takie fajne miejsca. Tak jak wczoraj, niedaleko Senatorskiej, cukiernio - piekarnia z odrapanymi krzesłami ( chyba specjalnie), z Panią o rubensowskich kształtach, która serwuje pyszną kawę z jeszcze lepszymi ciastkami. Mój syn zdaje co roku tak egzaminy ( jest to edukacja domowa).
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Paweł, tak się cieszę, że na Ciebie zawsze można liczyć... i do tańca i do .. szuflowania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. mama Monika: Prawda, że to jest właśnie w Warszawie wspaniałe, że czekają na nas takie niespodzianki, zawsze jest coś do odkrycia i ... przyznam szczerze, tak jak kiedyś nie lubiłem "stolycy", tak teraz uwielbiam ją bardziej, za każdym razem coraz bardziej...
    Nam się tak przytrafiło, że za rok znów będziemy na egzaminach w Warszawie... a co tam, teraz to już wiemy jak to działa :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłem zawodowo, prezentowałem narzędzia hydrauliczne i to co piszesz to prawda ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...