2011-10-19

Let it rain...

Niestety od rana pada i jest chłodno. Zbieramy się zatem ospale bo aura nie nastraja do spacerków. İdziemy wreszcie na śniadanie do najbliższej knajpki na rogu. Wlaściciel uśmiecha się ze zrozumieniem kiedy prosimy o śniadanie a zegarek wskazuje kılka minut po jedenastej. Pokazuje nam swoje zdjęcia z burmistrzem, po stanie budynków domyślam się że pochodzą sprzed rewitalizacji dzielnicy. Zanim zjemy talerzyk zupy szorby z soczewicy oglądamy stare fotografie z jego rodzinnej miejscowości, z wschodniej części kraju, które wiszą na ścianach.
Potem już tylko kawka i herbatka - po turecku oczywiście :)

Na plecaki zakładamy pokrowce a na siebie kurtki przeciwdeszczowe, kręcimy się po mieście ale wszystko jakby sprzysięgło się przeciw naszemu zwiedzaniu. Deszcz kapie nam z daszków i cieknie po ubraniach.


Patrzymy sie na siebie i tak jakbyśmy czytali sobie nawzajem w myślach. Zmiana planów, wsiadamy do metra. Jest 23:21 a ja widzę jak w oddali mienią się  światła Ankary...

ps.  na tureckiej klawiaturze "i" jest w innym miejscu :) ale już wszystko poprawiłem ...

2011-10-18

Istambuł, miasto w którym rozdają granaty ...

Zatkało mnie, kiedy zobaczyłem jakie to olbrzymie i nowoczesne miasto. Osadzona na wzgórzach metropolia wciąż się rozrasta. Lotnisko tanich linii wypchnięto daleko poza obszar centrum, dlatego żeby dotrzeć znów do Europy musieliśmy spędzić ponad godzinę, głównie za sprawą korków na prowadzącej do miasta autostradzie (helloł! cztery pasy w każdym kierunku...).

pogoda nie pomaga a słońca nie widać
Transport ogólnie wymiata: metro, tramwaje, autobusy i promy. Do tego wypożyczalnie rowerów miejskich i nie ma się do czego przyczepić. Jadąc do centrum miasta mijaliśmy nowoczesne City całe ze szkła i aluminium – robi wrażenie. Nas najbardziej interesowała stara część, czyli czasy Konstantynopolu i Bizancjum. Środkami komunikacji miejskiej - bez problemu ją rozszyfrowaliśmy – dotarliśmy do Sirkeci, okolice dworca głównego a stamtąd pod Sultanahmet – Błękitny meczet, na Wielki Bazar i Hagia Sophia.
Spacerek cudny, pachniało kebabem, grillowanymi kasztanami i kukurydzą. Napiliśmy się soku ze świeżo wyciskanych granatów, pyszny ale mocno cierpki w smaku. Nabraliśmy ochoty na więcej ale nie na sok, tylko świeże owoce. Chcieliśmy je zakupić w innym miejscu ale chyba rzadko się to zdarza bo sprzedawca popatrzył na nas z zaciekawieniem i dał nam owoce za darmochę.

Zaskoczyła nas jedynie pogoda, na całą resztę byliśmy przygotowani a to, że bezpłatny internet WiFi choć jest, to nigdzie nie chciał działać to byłą akurat porażka, bo był nam niezbędny - szkoła.
Zima pełną gębą – tylko bez śniegu. Na ulicach ludzie z opaskami na uszach i w cieplejszych okryciach. Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę, że Dominika mówiła przed wylotem:
- Już niedługo założymy sandałki i japonki...
No chyba na południu Turcji, bo tutaj wieje tak, że aż pieką policzki. Tak, czy inaczej łaziliśmy po mieście przez cały dzień pochłaniając jego zabytkową dzielnicę krok po kroku, kamień po kamieniu nie oglądając się na niesprzyjające warunki. Najbardziej przypadł nam do gustu Wielki Bazar, największy tego typu rynek pod dachem.


Szaleństwo towarów, osób kupujących i sprzedających. Wszystko pod zadaszeniem ale nie jakąś tam blacho dachówką tylko pełne sklepienie, które sprawia, że jest przyjemnie i klimatycznie, a wszystko to na niebywale wielkiej przestrzeni. Ponieważ plecaków nie mamy z gumy nie planowaliśmy też żadnych zakupów ale jak tu się nie pohandlować w takim kraju. Kupiliśmy parę drobiazgów, po czym stwierdziliśmy jako osoby doświadczone na niejednym suku:
- Ehhh, słabi są :)     - oczekiwaliśmy boju a skończyło się na lekkich potyczkach.

Jak już poczuliśmy, że obrywa nam ramiona zarządziliśmy odwrót. Kiedy wracaliśmy zobaczyliśmy pojazd wyglądający jak karetka, na którym widniał napis „zabita” - dziwne są językowe skojarzenia.

tutaj trzykołowy pojazd z zabitej serii
Na wieczór kupiliśmy Efes, kto był w Turcji ten wie, że łatwiej nam będzie zasnąć po atrakcjach całego dnia :)
Po pierwszym dniu stwierdzam: wspaniały jest ten Istambuł!
Przede wszystkim odczuwam jak potężnym jest to miasto łącznikiem pomiędzy kulturą wschodu i zachodu, pomiędzy Europą i Azją, pomiędzy tym co nowoczesne i tym co najpiękniejsze w tradycji.
ps.
Przypomniało mi się, że widząc bizantyjski kościół na żywo spojrzałem na mapę a tam w otoczeniu jednego meczetu widniało aż sześć kościołów a niedaleko jeszcze synagoga – czyżby drugie Jeruzalem... choć w Istambule dzwonów nie słyszałem jeszcze a muezina, i owszem już nie raz.

Kilka faktów bardziej doświadczonych:
- autobus turystyczny z lotniska Sabiha Gocken kosztuje 12 TL (tureckie liry)
- przelicznik najprostszy: 1TL=1,7 PLN
- w mieście na komunikację obowiązują żetony, jeden przejazd ( jeden żeton), który kosztuje 2 TL
- z powyższego lotniska można dostać się również autobusem miejskim do Kadikoy a potem promem na drugą stronę Bosforu
- wymieniając USD dostaniemy około 1,8 TL za każdego baxa


Ruszyliśmy :)

Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy w Gdyni, stamtąd pociągiem TLK (uwaga, nie spóźniony!? - pomimo swojej taniości) dotarliśmy do Szczecina. Przy okazji pozdrawiamy sympatyczną pasażerkę z naszego przedziału, dzięki rozmowie z którą czas w podróży upłynął szybciej. Mała przegryzka i wspaniale spędzony czas z niemal całą rodzinką, która podjechała aby przywitać się z nami i pożegnać zarazem. Stamtąd po dwóch godzinach przesiedliśmy się do busa firmy Follow Me, wiozącego nas na lotnisko Berlin Shonefeld – tylko polecać, sprawnie, miło i wygodnie. Linie lotnicze Germanwings to niemiecka systematyka i brak problemów z naszymi bagażami podręcznymi (pomimo ilości i wagi). Co prawda przechodząc przez bramkę za swoimi plecami usłyszałem złowrogie: halt, bitte! Ale na szczęście dotyczyło to tylko mojej płci na elektronicznym bilecie – zostałem bowiem Panią Radosławem.
Dwie godziny dwadzieścia minut później, około 2:30 samolot schodzi w sporych turbulencjach na płytę lotniska. Chmury nisko nad ziemią, dopiero tuż przed pierwszym dotknięciem kół z ziemią widzimy światła Istambuł Sabiha Gocken. Lekko przymuleni kierując się instynktem stadnym podążamy za tłumem w kierunku odprawy paszportowej. Kupujemy wizy po 20 $ od osoby, oficer z okienka dla dyplomatów i załóg skinął na nas ręką i już jesteśmy w Turcji.
Kręcimy się jak jakieś zmory po śpiącym terminalu (dosłownie, bo obsługa drzemała sobie tu i ówdzie). W końcu plan tworzy się na miejscu: rozkładamy się i idziemy spać. Znajdujemy kawiarenkę i kilka osób już tam śpiących. Dołączamy do nich i w szerokich fotelach i na mięciutkich kanapach zasypiamy. Po chwili wszyscy sięgamy po śpiwory. Istambuł przywitał nas chłodem, chmurami i … głębokim snem.

2011-10-15

Gotowi do drogi...

Zegar tyka, czas miękko płynie i znika, minuta po minucie. Jeszcze wczoraj beztrosko u znajomych, słuchając opowieści z podróży, uzewnętrzniając się do dziennikarskiego mikrofonu i śmiejąc się z niepoprawnie politycznych dowcipów. Chyba tak raczej żeby uciec od pakowania, uciec od myśli co jeszcze mieliśmy załatwić a właściwie, czego zapomnieliśmy załatwić. Dzisiaj już nie ma na to czasu. Ładujemy do plecaków ciuchy, ładowarki i kosmetyczki. Rozglądamy się po pokoju czy coś tam jeszcze przypadkiem nie leży. Nasza lista, którą pieczołowicie przygotowywaliśmy przed podróżą i tak ostatecznie się zapodziała. Robi się lekko nerwowo ale staramy się nie dać góry emocjom.
Ostatni szlif na projekcie warsztatów, szablony dla dzieci świata i każdy dostaje w garść po kilogramie krówek (również dla dzieci - nie dla nas na drogę;)
Na ostatnią chwilę przychodzą zamówione tabletki do uzdatniania wody i niemal w ostatniej chwili rozwalają się Dominice buty, które kupiła dwa miesiące wcześniej. Kupiła porządne, ponoć taka felerna para - oby tak było, bo do przejścia jest kawałek. Jak to mawiał Rafik, parafrazując znaną reklamę tv:
- Dla niektóych podróż dookoła świata to jak "walking in the park"...
Duży ten park i rzeczywiście dobre buty to podstawa, mają dzisiaj ponoć do nas wrócić. Wszystkiego nie da się przewidzieć i choć nie wiadomo jak byśmy się mocno starali, to na koniec może nas zaskoczyć pęknięcie w bucie albo producent kamery z projektorem, na której nie można wyświetlać własnych projektów (informacja dla Arka!). To moja zmora ostatnich trzech dni. Ale na szczęście jako naród jesteśmy kreatywni i pewnym sprytnym sposobem udało się temu zaradzić.
Spakowani, zwarci i gotowi. Jutro rano startujemy. Trzymajcie za nas kciuki, oczekujcie pozdrowień i nowych wieści ze świata :)


Sprawnie jak w .... chińskim zegarku

Przed nami pozostało zdobycie ostatniej, trzeciej wizy - do Chin mianowicie. Reszta państw zniosła bowiem obowiązujące nas wizy lub z łatwością zdobędziemy je na granicy czy lotnisku. Napiszę krótko bo nie ma co się za bardzo rozwodzić nad tematem. Surowe traktowanie i dyscyplina w połączeniu z komplikacjami - tak oczami wyobraźni widzieliśmy urząd wydający chińskie wizy. Nic bardziej mylnego. Uprzejmi, mili panowie tylko przy pierwszym spotkaniu przenikliwym wzrokiem - niczym superman - badają składającego podanie a potem to już tylko elegancko, sprawnie, milutko i na czas. Jeśli mamy prawidłowo wypełniony druk ( no, i druk oczywiście prawidłowy) to nie powinno być żadnych komplikacji. Nawet święto państwowe nie spowodowało żadnych opóźnień. Urzędnik w konsulacie w Gdańsku z uśmiechem na ustach wydał nam paszporty i tym samym na dzień dzisiejszy mamy komplet.


2011-10-12

szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie....

My zdecydowaliśmy się zaszczepić i to na wszystko co jest wymagane oraz częściowo na to co tylko zalecane w regionach, które zamierzamy odwiedzić. Mam nadzieję, że pozwoli to nam uniknąć wielu nieprzyjemnych okolicznośc związanych z chorowaniem ale niestety co też trzeba przyznać - szczepienia są znaczącym kosztem w podróżnym budżecie, szczególnie jeśli podróżujemy całą rodziną. Trzeba również pamiętać o tym by odpowiednio wcześnie rozpocząć cykl szczepień tak by zdążyć przyjąć wszystkie potrzebne dawki oraz skonsultować się z lekarzem odnośnie ewentualnych przeciwskazań co do zabiegu.

Poniżej zamieszczamy listę naszych szczepień oraz ich cenę (na wrzesień/październik 2011):

Żółta Febra (Żółta Gorączka) - 185 zł - cena wraz z wyrobieniem żółtej książeczki - niestety dzieci można zaszczepić w Polsce tylko w dwóch miejscach, Szczecinie i Warszawie. My szczepiliśmy w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Warszawie i polecamy to miejsce. Przyjeżdżającym spoza W-wy polecam najpierw upewnić się telefonicznie co do godzin szczepień bo obowiązują tam określone zasady rejstracji i wykonywania szczepień.

WZW A/B (Wirusowe Zapalenie Wątroby) - 120 zł/każde szczepienie (całość trzech dawek 360 zł - przed podróżą conajmniej 240 zł) - szczepionki dostępne w prawie wszystkich punktach szczepień po uprzednim umówieniu się na termin szczepienia. Należy pamiętać, że należy wziąć conajmniej dwie dawki (z miesięczną przerwą) a szczepienie przypominające po pół roku od drugiej dawki. Dzieci są doszczepiane tylko na WZW A bo B mają w kalendarzu szczepień.

Dur Brzuszny (tyfus) - 160 zł - tak jak WZW można zamówić w punkcie szczepień, zaczyna działać po 2 tygodniach.

Tężec - 40 zł - najlepiej szczepić szczepionką TT lub TD (z błonicą) - ta druga zazwyczaj bez problemu dostępna w punkcie szczepień.

Meningokowe zapalenie opon mózgowych - 260 zł dzieci do lat 12 - 165 zł. powyżej 12 lat - szczepienie zalecane dla dzieci i młodzieży w naszym przypadku ze względu na podróż do Afryki Środkowo - Wschodniej w okresie Październik/Listopad - my szczepiliśmy wraz z Żółtą Febrą w WSSE w W-wie.

Z doświadczeń poszczepiennych możemy napisać, że żadne szczepienie oprócz "zwykłego" tężca nie dało nam się we znaki. Tężec bolał, spuchł i sprawiał wrażenie zakwaszonych, zbitych mięśni. No może jeszcze trochę bolesne przez jakiś czas było miejsce po "Durze Brzusznym", pozostałe ani nie bolały ani nie spuchły, żadne nie wywołało gorączki ani innych objawów "poszczepiennych".

2011-10-06

No jak to jest, nie mieć nic?

Przywykliśmy wszyscy do tego, że po pracy wracamy do domu, w swojej kuchni robimy kolację, siadamy w swoim fotelu/krześle/kanapie i włączamy swój ulubiony program w tv/stronę w necie. Jak się zmęczymy to wskakujemy do swojego łóżeczka, w swoją pościel. Przed blokiem/domem stoi nasz samochód, którym nazajutrz ruszymy do swej pracy po to by wrócić z niej i tak wkoło. Mamy swoje rzeczy, zbieramy następne i wracamy do siebie.
Dzisiaj padło zaskakujące mnie pytanie:
- Jak to jest nie mieć nic?
Frapujące, zwłaszcza jeśli przez całe swoje życie człowiek powtarzał cykle swoich pradziadów, najpierw polował (to za czasów młodości raczej), potem uprawiał zbieractwo, żeby na koniec zasiąść na roli i uprawiać (z marnym skutkiem, chociaż maliny wszyscy sobie chwalili).
Popadamy w rutynę, dorabiając się własnego czajnika, potem telewizora, następnie własnej kuchni i wspomnianego auta, wreszcie upragnionego M. Jest to dla nas tak oczywiste, że nawet ja - człowiek, który w przeciągu miesiąca pozbył się tego wszystkiego - ogromnie się zdziwił, czując, że faktycznie, coś tu jest nie tak. Na początku uczucie jest dziwne ale potem przychodzi wyzwolenie, czujesz jakbyś duszę miał wolną i niczego ze sobą nie dźwigasz. Zamiast samochodu mam autobus i SKM-kę, widzę ludzi, czasem zagadam, uśmiechnę się. Jasne, czasu też mam teraz więcej więc się nie śpieszę, nie wariuję. Tylko kiedy trzeba być w dwóch miejscach naraz to przydałby się własny środek lokomocji. Od czego zatem są kumple. Dzięki Marian za pamięć ;)
Teraz siedzę przed monitorem komputera i zastanawiam się jak to jest nie mieć nic. I uwierzcie mi, kompletnie nie mam pojecia. Bo rozglądam się po pokoju, są ze mną "moi ludzie" więc wszystko co teraz potrzebuję, właśnie MAM i nie chcę nic więcej.


American Dream...

Sposób na dostanie się do Stanów Zjednoczonych (legalny sposób) jest jeden. Niezbędna jest wiza na wjazd do tego - co by tutaj nie napisać, to jednak wyjątkowego - kraju. Tyle tylko, że droga do zdobycia dokumentu upoważniającego na wstępne dotarcie (bo przecież może nas zablokować na granicy oficer imigracyjny) na ziemię demokracji nie jest proste a z pewnością nie jest tanie.
Najpierw batalia z wnioskiem, zdjęcia w formie elektronicznej, pytania, odpowiedzi i jest ... hurrra promesa wizowa. Teraz tylko po 140 bax-ów od każdego i modlimy się aby kurs $ nie poszybował w górę. Na wizytę umawia nas telefonicznie telemarketer (ponad 5 zł za minutę a powtarzać będzie nasze dane po trzy razy - przy czterech osobach trwa to w nieskończoność). Dobra, jest termin. Wszystko idzie gładko. Uprzejmy Pan przez telefon informuje, że na teren ambasady nie są wpuszczane dzieci poniżej 14 roku a wszystkie elektroniczne zabawki mamy zostawić w hotelu, samochodzie czy u znajomych w Wa-wie - bo też nie wolno. Myśląc o tym jak zorganizować czas młodszej córce w czasie naszej rozmowy z konsulem kontaktujemy się z kuzynką, która na szczęście ma chwilę, żeby zaopiekować się dzieckiem. Robi to zresztą w sposób wspaniały, bo zabiera ją wcześniej do Muzeum Powstania a potem na starówkę więc lekcję historii odbywa w najlepszy możliwy sposób.
Wtorek rano, wchodzimy do ambasady. Bramki, ochroniarze, paski ze spodni, podwójne drzwi. Na pierwszy rzut oka norma ale po co te odkażacze do rąk i dlaczego jest ich aż tyle. Za nami wchodzi rodzina z małym dzieckiem. Ochrona się uśmiecha i wszystkich wpuszcza. Zdziwiony pytam:
- Ale jak? Z dzieckiem?
- Można, można... ale nie trzeba. Do 14 roku nie trzeba. - słyszę spokojną odpowiedź.
Na telefony i elektroniczne gadżety zresztą przy wejściu też jest depozyt, więc słowa Pana telemarketera traktuję teraz z przymrużeniem oka. Widać "nie wolno" i "nie trzeba" nabierają synonimicznego znaczenia.
Teraz trzeba dopłacić do opłaty za przygotowanie wizy czyli obsługę konsularną ale w kasie nie można płacić kartą. Wyścig do bankomatu, odkażamy rączki i możemy zapłacić w kasie. Tutaj widzimy pierwsze łzy, bo nie wszystkim jest dane zobaczyć kraj za wielką wodą.
Potem już zupełnie inaczej niż przy "indyjskim koszmarze" ;). Kolejka, okienko, rejestracja, numerek do pobrania. Siadamy, czekamy 30 minut. Wyświetla się numer, podchodzimy, rozmawiamy. Jest miło. Pani Konsul o wszystkim nas informuje, sprawdza dane i odciski palców. Potem czekamy 3 dni i paszporty są w naszych rękach a w nich kolorowa wklejka z fotografią, która jest bramą do "lepszego" świata. Jasne, chciałoby się zobaczyć Wielki Kanion, Route 66, Beverly Hills, Statuę Wolności. Poczuć na twarzy bryzę oceanu na Oahu, poszaleć w Disneylandzie, porównać odciski rąk na Sunset Boulevard i wszystkie te rzeczy kojarzone z kolorową komercją Ameryki. Czyż nie po to się tam jedzie? No nie do końca... chcielibyśmy przede wszystkim poznać amerykanów, tych rdzennych i tych, którzy stworzyli obecny obraz tego kraju...ludzi, którym spełniło się amerykańskie marzenie ;)
ps. o ile przejdziemy przez surową kontrolę na lotnisku, oczywiście ...

2011-09-21

Shabaash India !!

Opowieść o Indiach zaczynamy od wniosku wizowego, który już w trakcie wypełniania coraz bardziej zadziwiał chaosem i bezsensem niektórych pytań (np. czemu jest tam tylko pytanie o dane męża?? co przecież w przypadku wypełniania przez mężczyznę robi się conajmniej absurdalne) lub dopytywaniem się kilkakrotnie o to gdzie było się w Indiach poprzednim razem (dokładnie gdzie, kiedy, z kim, u kogo? ) bez możliwości wyboru opcji byłem/nie byłem w Indiach.... po tych wszystkich trochę dziwacznych pytaniach umieszczonych na 4 stronach przestaliśmy doszukiwać się sensu w kolejnych wymaganych procedurach jak ta o załączenie do wniosku "fikcyjnej" rezerwacji biletu lotniczego (fikcyjnej bo wszyscy wiedzą, że rezerwację w liniach rejsowych zawsze można odwołać w ciągu 7 dni a my przecież będziemy podróżować dookoła świata i nie mamy jeszcze wykupionych lotów do i z Indii) czy też tej o wpłatę pieniędzy przekazem WYŁĄCZNIE poprzez Pocztę Polską :-) (oczywiście ci, którzy mogą złożyć wniosek osobiście mogą równocześnie dokonać opłaty wprost w okienku). Informacja finansowa: opłata za wizę turystyczną wynosi 185 zł.

Małym utrudnieniem dla niektórych może być to, że strona internetowa Ambasady jest po angielsku ale od września 2010 zorganizowali firmę BLS Visa International Services, która za drobną opłatą 40 złotych zajmuje się pośrednictwem w załatwieniu potrzebnego do wjazdu na teren Indii dokumentu. W firmie pracują dwie panie mówiące po polsku oraz kilku "szefów", którzy opanowali polski w stopniu wyłącznie podstawowym  ale spokojnie nie trzeba znać hindu wystarczy średnio zaawansowany angielski i już możemy wyjaśniać sobie nieścisłości, niedopowiedzenia czy też błędne interpretacje (których niestety jest zazwyczaj więcej niż się spodziewaliśmy).

Pośrednictwo pracuje w dwóch blokach czasowych z przerwą na przypuszczalną drzemkę lub/i obiad pośrodku. Od 9-13 przyjmują wnioski a od 15 do 17 wydają paszporty z wizami. Jak zwykle w teorii wszystko wygląda pięknie ale realia potrafią skutecznie wyprowadzić z równowagi i podnieść puls o 100% ;-)

Rozpatrzenie wniosku w naszym przypadku trwało ponad 7 dni roboczych ( a nie zapowiadane 3 dni) i gdyby nie nasza osobista interwencja i desperacka decyzja okupowania biura aż do wydania nam paszportów (z wizami lub bez) moglibyśmy czekać tak jeszcze około miesiąca. Okazało się bowiem, że są one rozpatrywane przez Konsula nie w logicznej kolejności składania wniosków ale w kolejności wylotów z Polski - z drobnymi acz tragicznymi pomyłkami lub niedopatrzeniami gdy ludzie mający wylot następnego dnia nie otrzymywali oczekiwanej wizy bo ich paszport zawieruszył się gdzieś w stertach oczekujących na decyzję dokumentów. My wylot mieliśmy w rezerwacji ustalony na 2 listopada więc znaleźliśmy się na szarym końcu oczekujących i Konsul nie mógł zrozumieć czemu nam się tak bardzo śpieszy z otrzymaniem wiz i zwrotem paszportów - przecież to jeszcze ponad miesiąc czasu. Nasze tłumaczenia o tym, że Indie nie są "pępkiem świata" i nie tylko do Indii człowiek podróżuje musieliśmy podeprzeć potwierdzeniami spotkania w Ambasadzie Amerykańskiej umówione na dzień następny na 8.30 rano. No cóż, trzeba przyznać, że już w biurze BLS można było poczuć prawdziwy  "klimat" Indii, może brakowało tylko zapachów przypraw i muzyki w tle ale za to bezwład, chaos i frustracja wynikająca z oczekiwania na "niewiadomo co" otrzymaliśmy jako gratis do pakietu "wiza+pośrednictwo". We względnym spokoju udało się nam przesiedzieć tam około dwóch godzin ale po 17-tej gdy panie wydające wizy spakowały się i wyszły do domu nerwy zaczęły nam "puszczać". Do tej pory nie wiemy czy nasza nieustraszona postawa miała jakikolwiek wpływ na to, że około 22.30 otrzymaliśmy w końcu paszporty z wklejonymi wizami ale oprócz wypowiadanych głośno myśli na temat czynności wykonywanych/niewykonywanych przez "szefów" biura pośrednictwa chodziły nam również po głowie złowieszcze myśli szturmu na mieszczącą się piętro niżej Ambasadę Indii i wsadzenia konkretnego sztandaru w pewne, sekretne miejsce komuś kto odpowiadał za panujący tam bałagan.   

Myślę, że gdyby nie to, że mieliśmy kilkoro wspaniałych towarzyszy niedoli, wspólnie oczekujących na "wyrok", byłoby nam dużo ciężej znieść całą sytuację a tak już po 4 godzinach w bardzo przyjaznej i coraz luźniejszej atmosferze (jeden z Panów podzielił się nawet "w kółeczko" posiadaną przez siebie cytrynówką :)  wymienialiśmy się kontaktami, ciekawymi uwagami o Indiach i opowieściami o odwiedzanych miejscach. Drodzy współtowarzysze - jeśli to czytacie to bardzo serdecznie was pozdrawiamy i jeszcze raz życzymy udanego pobytu w Indiach - kraju gdzie szczęście ma inny wymiar ;-)))

Shabaash India !! Bravo India !! - o 22.30 wydając nam wizy "szef" firmy BLS cieszył się jak dziecko, że wreszcie może skończyć pracę a my, że nie musimy nocować tam na okropnie niewygodnych siedzeniach... Niestety w jego przypadku najprawdopodobniej sytuacja jeszcze nie raz się powtórzy... a my z kolejnymi odwiedzinami Indii poczekamy do momentu zniesienia wiz dla Polaków :-)

No tak.... była to jedna z wielu lekcji, by nie traktować logiką tego co logiczne nigdy nie było i pewnie nigdy nie będzie.... Myśleliśmy, że tylko nas dotyczy taki stan rzeczy ale okazuje się, że kolega naszej nowej znajomej koczował "pod" ambasadą Indii w Stanach przez dwa dni zanim otzrymał upragnioną wizę.

Wszystkim wyjeżdżającym do Indii życzymy wiele wytrwałości i oby nikt nie musiał zmieniać rezerwacji samolotu tylko dlatego, że gdy my mamy zegarki, to oni mają czas.... a jego nie da się niestety zatrzymać :-)
Myślę, że wobec powyższego hasło promowane przez Ambasadę Indii - " Indie - Magia Wieczności" nabiera całkiem nowego znaczenia....


Kilka słów o prawdziwych danych według bardziej doświadczonych:
- wiza wielokrotnego przekraczania granicy owszem wymaga tzw. dwumiesięcznej pauzy ale tylko w przypadku powrotu do własnego kraju (dobra wiadomość)
- wszystkie osoby, które dostały wizy razem z nami, otrzymały je na okres 6 miesięcy ( bardzo dobra wiadomość)
- wiza jest ważna od dnia wydania a nie od dnia przekroczenia indyjskiej granicy (zła wiadomość)
- na dworcu w New Delhi na I piętrze jest kasa , w której dostaniemy bilety z tak zwanej puli turystycznej (pożyteczna wiadomość od Pana z Lublina)
- ponoć od lotniska w Delhi można dojechać metrem (nie wiedziałem, że jest tam metro)
- tanie loty oferuje ukraiński przewoźnik, trzeba dostać się do Kijowa (niby problematyczne ale jeśli ma się kuzyna we Lwowie jest łatwiej)
- wydanie wizy nie trwa minimum 3 dni, praktycznie jest to znacznie dłużej (wiadomość usunięta ze strony BLS)
- czasem potwierdzenie rezerwacji lotu nie ma żadnego znaczenia, gdyż znane są przypadki, kiedy nasze samoloty dawno odleciały a wizy jak nie ma, tak nie ma (składamy wniosek odpowiedni wcześniej ale nie za wcześnie, bo skutek jest odwrotny)
- automat do pobierania numerków w firmie BLS nie działa, więc ich nie pobieramy (wiadomość całkowicie niepożyteczna ;) ale za to jest kuchnia, w której można zrobić sobie kawę lub herbatę...
-



2011-09-15

Jak spakować swoje życie w 7 kilogramów?

W piewrszej kolejności kojarzy mi się scena z filmu "W chmurach", w której to George Clooney w czasie wykładu kładzie przed sobą plecak i padają te oto słowa:
" Jeśli musielibyście zostawić wszystko i zapakować się w jeden mały plecak - co byście włożyli do środka?"
No właśnie! Co włożyć? Zwłaszcza jeśli rusza się w drogę rzeczywiście pakując wszystko co się posiada. Nam niewiele zostało z rzeczy materialnych więc niby problem jest mniejszy. Aczkolwiek mając na uwadze fakt, że tanie linie lotnicze, zwłaszcza w Azji mają ograniczenie do 7kg bagażu podręcznego to pytanie "co" i "ile" nadal pozostaje. Niestety myśl o tym, żeby zabrać jakąś "60-tkę" lub wiekszy plecak upadła w zarodku. Zagubienie naszego nadanego bagażu spowodowałoby - przy tym trybie podróżowania - jego praktyczne odesłanie do Polski. Nie bylibyśmy nawet w stanie określić gdzie go dosłać w obcym kraju bo sami nie wiemy w jakim miejscu bedziemy.
Waga to jedno, czas podróży to drugie ale pozostaje jeszcze gabaryt. Każdy kto przymierzał się do tanich linii lotniczych wie, że kryteria rozmiarów bagażu zabieranego na pokład są niekiedy bardzo rystryktycznie przestrzegane. Nie pozostało nam nic innego jak popędzić na lotnisko i wciskać nasze większe plecaki w klatki Ryanair'a i LOT'u przy okazji. Sztucznie wypchane śpiworami plecaki na szczęście zmieściły się ale bardzo ciasno.
Lista rzeczy, które mamy włożyć do plecaków wciąż sie rozrasta. Dokładnie wygląda to tak, że jedna osoba coś dopisuje a druga notorycznie usuwa tą pozycję i wiele innych zarazem. Mi na przykład do niczego nie są potrzebne kosmetyki (poza podstawową higieną) więc wszystko co nie jest szczoteczką do zębów, pastą do nich i dezodorantem w kulce automatycznie wykreślam. Okazuje się, że młode damy muszą mieć jeszcze jakieś coś do makijażu i o dziwo! do demakijażu, coś co się nazywa tonik i nie pije się tego z gin'em, waciki, krem na dzień, krem na noc i krem na porę pomiędzy tymi etapami, coś na słońce, cos na deszcz i mróz, farbę na paznokieć, no i jeszcze to mydło co szczypie w oczy ;)
Każdy normalny podróżnik- amator wie, że w plecaku mają być skarpety, para długich spodni, polar, bielizna, aparat fotograficzny, elektronika i wszystkie możliwe złączki, zasilacze i światowa złodziejka prądu ... dobra, ja wcisnąłem jeszcze termos, latarkę na dynamo i sandały.
O liście spakowanych rzeczy z pewnością jeszcze będzie, obiecaliśmy bowiem firmie HiMountain, że zrecenzujemy zasadność i przydatność oraz wygodę i zużycie zakupionego u nich sprzętu ...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...