2011-11-06

Tam, gdzie rośnie wanilia...

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na plantacji przypraw. Po części miała być to lekcja przyrody odbywająca się na łonie natury. Tym razem wsiedliśmy do daladala z przewiewną paką. Bagaże naszych współtowarzyszy podróży wylądowały na dachu, a w środku pozostało tylko wiadro z wielką rybą dorada oraz dwa worki z kokosami. Nasz kierowca okazał się być szaleńcem, bowiem pędził swoim „blue express daladala” jak opętany kierowca wyścigowy. Jego pomocnik brał chyba lekcje w najlepszych cyrkach, bo dyndał przez całą drogę poza pojazdem, wskakując od czasu do czasu na dach – chrupiąc przy tym grillowaną kolbę kukurydzy. Wysiedliśmy w miejscowości o niemowlęcej nazwie Bububu ;) Boczną drogą podreptaliśmy kawałek po czym podwiózł nas na plantację znajomy.


Na plantacji otrzymaliśmy przewodnika, który oprowadził nas po zielonej krainie. Zobaczyliśmy jak rosną i wyglądają dobrze znane u nas przyprawy takie jak szafran, imbir, trawa cytrynowa, goździki, pieprz, wanilia, papryczki piri piri, kardamon, kurkuma i wiele innych. Zadziwiło nas magiczne drzewo, jak nazywany jest tutaj cynamonowiec. Z jego liści można robić napary skutecznie łagodzące dolegliwości trawienne, z kory robi się przyprawę oraz używa się jej jako lekarstwo na wiele dolegliwości. Z kolei z korzeni wytwarza się olejek kamforowy.





Widzieliśmy również owoce, których wcześniej nigdy nie poznaliśmy. Były to przesmaczne Jackfruit przypominające mieszankę banana i ananasa. Pokazano nam także owoce Starfruit, guarany, kakaowca, dwa rodzaje ananasa oraz dziwne odmiany pomarańczy i mandarynek.






Włochate, czerwone owoce wyglądające niczym liczi okazały się być naturalnym czerwonym barwnikiem, który służyć może jako naturalna pomadka do ust, wcześniej stosowana jako barwnik skóry. Wokół mnóstwo było drzew bananowca oraz palm kokosowych. Na koniec ponad półtoragodzinnej wycieczki podeszliśmy pod olbrzymią palmę na którą młody chłopak, zwinnie jak małpka wspiął się za pomocą założonej na stopy liny z liści bananowca.


W trakcie wspinaczki cały czas śpiewał. Śpiew taki nie może być przerwany, gdyż oznaczałoby to, że wspinający się człowiek spadł i potrzebuje pomocy. Poczęstowano nas sokiem i miąższem ze świeżo zerwanych kokosów. Pomocnik przewodnika, który przez całą drogę dłubał coś nożykiem w liściach podarował nam biżuterię, krawat, nakrycia głowy oraz torebeczki w całości wykonane z liści bananowca. Przed opuszczeniem plantacji, w okrągłej wiacie przykrytej liśćmi palmowymi poczęstowano nas wszystkimi występującymi tutaj owocami.


Z Bububu pojechaliśmy do Stone Town w poszukiwaniu polecanej przez naszego znajomego z Bostwany restauracji House of Spices, mieszczącej się w samym środku starej dzielnicy. Przemierzając wąskie uliczki natrafiliśmy na drzwi zdobione wielkimi, metalowymi ćwiekami. Niektóre z nich kształtem przypominają olbrzymie kolce. Rodzaj oraz jakość zdobienia świadczyły dawniej o statusie społecznym mieszkającej za drzwiami rodziny. Po drodze kupiliśmy jeszcze masajskie bransolety i chustę.


Wreszcie w labiryncie uliczek odnaleźliśmy wejście do wspomnianej wcześniej restauracji. Od samego progu przywitał nas zapach świdrujących w nosie przypraw. Zachęceni egzotycznym zapachem weszliśmy na zadaszony taras mieszczący się na dachu. Ceny wydają się być dość wygórowane jak na naszą kieszeń, mimo to postanawiamy wsmakować się w zanzibarskie ryby i owoce morza. Wielkim przysmakiem okazały się małe gotowane pierożki wypełnione szpinakiem i serem. Na deser jeszcze lody ze świeżą wanilią oraz mus czekoladowy z dodatkiem chilli.


W drodze powrotnej kupiliśmy jeszcze placki ciapati i udaliśmy się na przystanek daladala. Ponieważ było już sporo po 19, złapanie wolnego miejsca w busiku było sporym problemem. Z pomocą przyszedł nam chwiejący się lekko na nogach, w stanie po spożyciu autochton, który swym ciałem zablokował wejście do busa rozwożącego pracowników po hotelach i załatwił nam tym samym miejsca siedzące. My odwdzięczyliśmy się małym napiwkiem i ruszyliśmy w drogę. Pojazd ten miał się nigdzie po drodze nie zatrzymywać, ale okazało się, że popyt miejsc jest o wiele większy niż podaż. W dwóch rzędach obok kierowcy siedziało sześć osób. Zaczęliśmy żartować, że wszyscy tu chcą siedzieć przy oknie i obok kierowcy. Na jednym z przystanków chciało wejść do niego tyle osób, że niektórzy wpychali się przez okna. Kierowca nie zważając na zwisających po bokach pasażerów, ruszył śmiało do przodu. Ciekawostką było w mijanych przez nas miejscowościach ogólny brak prądu, a w przydrożnych małych restauracyjko-baro-sklepach zbiegowisko całej wsi wpatrującej się w wystawiony na zewnątrz telewizor. Z początku myśleliśmy, że oglądają oni jakiś ważny mecz, ale po chwili okazało się, że to popularny tutejszy serial. Ta sama sytuacja powtarzała się w kolejno mijanych wioskach... świeczki, telewizor, świeczki, telewizor.



ps.
Tato, życzymy dużo zdrówka ...

2011-11-05

Jeśli jesteśmy w Dar es Salaam to znaczy, że Arletta ma urodziny :)

Z okazji trzynastych .... okay, okay po raz pierwszy w tym przypadku napiszę prawdę. Z okazji piętnastych urodzin, naszej małej kobietce życzymy wiele szczęścia, radości, wytrwałości ze starymi i siostrą oraz mniej nerwów i mniej szczypania - kto został uszczypnięty, ten wie - twoi kompani podróży: mama, tata i Aisza.
Urodziny obchodzimy na terminalu międzynarodowych odlotów w Dar es Salaam. Arletka dostała od nas kartę (nie, nie kredytową) menu w kawiarni z której może wybrać dzisiaj cokolwiek zechce (poza alkoholem). Obiecana walizkę wypchaną ciuchami dostanie później.
Całuski i 100 lat !!!!


ps.
kochamy Cię bardzo mocno i dziękujemi Ci, że jesteś z nami ....

Sześć dni w raju.

Wieczorny spacer uświadamia nam gdzie tak naprawdę jesteśmy. Biały piasek, turkusowa woda o temperaturze tylko trochę mniejszej niż ludzkie ciało. Do tego rosnące przy plaży palmy kokosowe, rafa koralowa i cichutko grająca muzyka reggae. W ciągu dnia słońce piecze skórę tak, że pomiędzy godziną dwunastą a trzecią popołudniu trzeba chować się w cień. Przynajmniej obywatele Europy środkowej i północnej. Nasza plaża opanowana (w ilości kilkunastu osób) została przez włochów, którzy plackiem leżą na niej od rana do wieczora. Widać była jakaś promocja na loty do Tanzanii bo włoski słychać wszędzie, zarówno przy śniadaniu jak i na plaży. Wyjątkiem jesteśmy my, para z Niemiec i samotna amerykanka, która po dwóch dniach leżakowania na plaży i pójściu na miejscową dyskotekę zrezygnowała, spakowała się i odjechała w siną dal.


W odpoczywaniu, kąpieli oceanicznej i spacerowaniu po plaży najbardziej dokuczliwi są – zresztą chyba jak na całym świecie – beach boy'si. I nie chodzi tutaj o popularny zespół sprzed kilkudziesięciu lat, tylko o chłopców kręcących się po plaży i oferujących przeróżne przedmioty oraz wycieczki łodziami, snorkling, paralotnie czy też skutery wodne. Łazi tu również taki przebieraniec, podający się za Masaja i oferuje wyroby rękodzieła zanzibarskiego. Chłopaki generalnie są grzeczni, w miły nawet sposób starają się zagadać ale jeśli w ciągu dnia podejdzie do ciebie kilkanaście (do kilkudziesięciu) takich kolesi to zaczynasz mieć dość i uznajesz to jako problem.
Problemem za to nie są przypływy i odpływy, ponieważ są wyjątkowo krótkie w swej długości za to w zamian dają wiele radości dzieciom. Podczas odpływu znikająca woda odkrywa swoje skarby w postaci niewiarygodnie pięknych muszli, kawałków rafy, krabów oraz wszystkiego tego co niesie ze sobą oceaniczna fala.


Popołudniu można podejść do jednej z dwóch mieszczących się przy plaży dużych restauracji. My wybieramy tą z tarasem wiszącym nad oceanem i zamawiamy na kolację świeżo złowione oceaniczne, grillowane rybki. Cena w tak zwanym happy hour to jedyne 13 zł za danie. Do wieczora przy tym samym stoliku gramy w karty i oglądamy jak czerwone słońce chowa się szybciutko za horyzontem. To właśnie tutaj są najpiękniejsze zachody słońca – z przeciwnej strony wyspy tego nie zobaczycie.
Teraz coś o naszej bazie noclegowej. To standard raczej backpackerski +. Dla klientów, którzy z różnych powodów chcieli lub musieli zrezygnować ze spania w sąsiadujących tuż obok resortowych: hotelu Double Tree by Hilton i pięknego, wyposażonego w basen hotelu Zet.


Wspomniany wcześniej Jumbo Brothers to zespół bungalowów położonych w bliskiej odległości od plaży (od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów). Skromnie wyposażone pokoje ale jest czysto i działa sufitowy wentylator, który porządnie miesza powietrze. Nad każdym łóżkiem wisi drewniany stelaż z moskitierą, choć komarów za dużo to teraz tutaj nie ma. Czysta pościel a w pokojach, większości dwuosobowych w łazienkach są kafelki. Nasz pokój mieści dwa duże łóżka i jedno małe. Spokojnie zmieści się tutaj rodzina z trójką mniejszych dzieci. Jedyny problem to łazienka, bo jak powiedziała Arletta wygląda jak z filmu „Piła” - jak się okazuje ten mały problemik dotyczy tylko pokoju 27 więc można go spokojnie ominąć. Przed drzwiami wejściowymi mamy mały ganek i linkę na której można rozwiesić mokre ręczniki. W cenie jest śniadanie. Świeże owoce, grzanki i niezmienna od kilku dni jajecznica. Szału nie ma ale przetrwać zdecydowanie można, ponieważ w odległości kilkuset metrów w głąb lądu jest mała wioska, w której jest wszystko i to po bardzo atrakcyjnych, lokalnych cenach. Jest również klimatyzowana kafejka internetowa, którą prowadzi wyjątkowo sympatyczny gość. Bardzo zresztą pomocny – jak się później okazało – w wielu sprawach. On jako jedyny tutaj ma skaner a ponieważ jeden dzień w raju poświęciliśmy w całości na naukę naszych dzieci, mogliśmy zeskanować pracę kontrolne i wysłać je do szkoły w terminie.


Jumbo Brothers ma też słaby punkt – to ich ekologiczna skłonność do organizowania nieprzewidywalnych w czasie „godzin dla ziemi” czyli kilku w ciągu doby braków w zasilaniu. Metoda na ciemność to posiadanie latarki lub zakup świeczek, których w pobliskich sklepikach jest pod dostatkiem. W pokojach nie ma też mebli. Nam za stół służy krzesło, jest za to kilka wieszaków. Naszej moskitiery w oknie nie naprawiono też od początku pobytu więc mamy tak zwany „mosquito highway” skierowaną wprost na moje łózko, w moskitierze którego jest dziura wielkości brzoskwini. Ale kto by się tym przejmował. Nie ma też miotełki więc przynoszony od kilku dni piasek spowodował, że mamy w pokoju małą plażę.


Zatem można by wybrzydzać lub obrazić się jak wspomniana amerykanka i przenieść się do drogich jak diabli hoteli, których wokół jest wiele, płacąc po 250$ za noc ale za tą kasę nie powinniśmy narzekać i cieszymy się naszym zanzibarskim rajem.
Czas tutaj płynie zupełnie innym tempem, odsypiamy zarwane noce i ładujemy baterie przed kolejną podróżą. Zresztą co robić tutaj innego w takich okolicznościach przyrody...


Ważne wskazówki:
Nie rezerwujcie miejsca przez net (cena w hostelworld od 20$ za osobę)
Przyjedźcie sami, dogadajcie się. Cena zależy od waszych umiejętności negocjacji, ilości osób i długości pobytu. Obiecałem, że nie napiszę ile zapłaciłem ale cena była śmiesznie niska.
Płatność w gotówce, w pobliżu nie ma bankomatu. Przelicznik z dolarów słabiutki, więc lepiej płacić w szylingach.

Uwaga !!!: wiadomość z ostatniej chwili - zeszłej nocy zwędzono nam z tarasu buty - teraz wiemy już dlaczego w wioskach są stoiskach ( a w mieście jest nawet targ) z używanymi rzeczami, w tym również z butami - pewnie na jednym z nich pojawią się również sandały Aiszy :(
Idąc za słowami naszego znajomego: "Jeśli w Tanzani coś znika, to znaczy że znika na zawsze. Nie miejcie nadziei na znalezienie nawet jeśli ktoś udaje, że szuka" ... zatem straty : jedna para butów oraz jeden światowy konektor zasilania ( w tym przypadku, to go poprostu nie wyjęliśmy z gniazdka)...
Miejsce w pobliżu gdzie można wymienić dolary po również niezbyt wysokim kursie to Double Tree by Hilton.
Raczej należy mieć drobne aby sfinalizować transakcję, problem z wydaniem reszty przez kilka dni.
Rejs z nurkowaniem w masce i płetwami na rafie, lunchem, napojami i owocami to koszt około 12-15$ za osobę.
Skutery wodne do wynajęcia z przewodnikiem na osobnym skuterze to droga impreza bo zaczyna się od 80$ za osobę.
Dojazd z Stone Town do Nungwi:
daladala – 2.000 TS za osobę
taxi – około 20.000 TS ale chyba tylko z miasta, w drugą stronę może być dwa razy więcej


ps.
Jumbo Brothers – Nungwi main beach, Zanzibar 180, Tanzania. Tel: +255 773 109 343 a bardziej praktycznie, od ostatniego przystanku daladala prosto przez wioskę max. 500m w stronę oceanu :)

East Africa Diving – mieści się na tej samej, co nasza plaży, właściwie tworzy prawie jeden kompleks ze wspomnianym Jumbo Brothers. Oferują nurkowanie i kursy PADI.
http://www.diving-zanzibar.com/aen/eadc/eadc1.html





2011-11-04

Szybko, wygodnie i na czas ...

Tak brzmi slogan reklamowy firmy przewozowej, autobusem której wracaliśmy do Dar es Salaam. Szybko – o, tak i to nawet za szybko. Wyprzedzanie na trzeciego, pod górkę i nie zatrzymywanie się przed „leżącymi policjantami”. To ostanie zresztą sprawiało nam nieco frajdy, bo podczas długiej jazdy podskakiwanie na tych poprzecznych wzniesieniach było nawet fajne i przy dużej prędkości czuliśmy się jak na. Osoby, które nie były na safari mogą za jedyne 18 złotych, jadąc porannym autobusem obejrzeć przez okno zwierzątka przekraczające drogę biegnącą środkiem Parku Narodowego. Same atrakcje w jednej cenie – w cenie biletu za przejazd autobusem rejsowym. Tym razem jest o wiele lepiej, choć po wejściu znowu ta sama sytuacja.


Jednych wywalają, drugich przesadzają. Po chwili siedzimy obok siebie i jest całkiem wygodnie. Co prawda kanapa obok naszego siedzenia jeździ w lewo i prawo, zgodnie z zakrętami na drodze, ewidentnie widać jednak, że coś się poprawiło. To brak naszych plecaków w przejściu i o wiele mniej pasażerów. Zastępca kierowcy znalazł klucz od pokryw bagażników i udało się upchnąć się nasze plecaki razem z wypalanym tutaj węglem drzewnym i jakimiś worami z paszą. Jaki był efekt po wyjęciu możecie się tylko domyślać. Zatem szybko - tak, wygodnie – raczej nie, na czas – przy tej prędkości jazdy nawet przed czasem ;)
Tym razem zagadują nas inni pasażerowie i obsługa. Dopytujemy się dlaczego teraz płacimy po 9
tysięcy a w przeciwnym kierunku aż 15. Śmieją się i mówią, że to zależy od kierunku, pory i ...obsługi autobusu, choć zapewniają, że dzisiejsze bilety nie są turystyczne tylko lokalne. Miła kobieta o imieniu Bernadetta zagaduje Aiszę i rozmawiają po angielsku przez dłuższą chwilę. Kiedy wchodzi koleś z kartonem orzechów nerkowca, kupuje małą paczkę i podaje jej mówiąc:
- Teraz jesteśmy kumpelkami, więc orzechy są dla ciebie.


Dużo ludzi wysiada i robi się miejsce na nogi, można się nawet zdrzemnąć. Na przystankach handelek wokół busa kwitnie, zatem na śniadanie są banany, chips inmajaj (frytki zatopione w omlecie) i trochę coli, żeby to strawić ;)
Dojeżdżamy do DeS i wysiadamy na terminalu Ubungu. Trafiamy na mecz pomiędzy drużynami Kilimandżaro i Young Africa, więc w mieście jest wielka feta. Trąbki, wuwuzele, szaliki, bębny, śpiew i roztańczony żółto zielony kordon rusza spod dworca autobusowego. Za nimi w naszych kolorach narodowych podążają biało czerwone autobusy wypełnione roześmianymi fanami futbolu. Chcą nas naciągnąć na taksówkę ale twardo idziemy na daladalę. Nasz cel to przystane  Posta w centrum miasta, blisko portu. Wysiadamy płacąc za naszą czwórkę 2,20zł i idziemy w kierunku morza. Potem skręcamy w prawo i dochodzimy do terminalu promowego. Bilety kupujemy w takiej budce u przedstawiciela linii „Sea Express”. Dość drogo bo dorośli płacą 35$ a dzieci do 12 roku 25$. Kroją nas po 5$ ekstra za prowizję mówiąc, że jest to opłata portowa – niezła ściema ale nic tu nie poradzimy.
Potem nasz teoretycznie szybki prom, który miał być za pół godziny przypływa po dwóch godzinach i płynie zamiast półtorej godziny ponad cztery. No, cóż daliśmy się wpuścić jak zresztą reszta naszych kompanów podróży – mieszkaniec Bostwany, biały afrykaner ze swoimi kolegami oraz grupa amerykańskich studentek. Dopływamy trochę przed dwudziestą. Stone Town na Zanzibarze wygląda nieco ponuro po zmroku ale koleś z informacji turystycznej nam pomaga i załatwia transport za 6 zł i miejsce do spania bez większych wygód po 30 zł od osoby. Zanim jednak wyjdziemy przez bramę z napisem „Karibu Zanzibar” trzeba okazać paszporty i żółte książeczki z aktualnym szczepieniem na yellow fever.


Wąskie uliczki a w nich skutery i motorynki. Większa część kobiet nosi chusty a wśród nich są również całkowicie zakwefione. Zresztą o tym jak mocno jest to ortodoksyjne społeczeństwo świadczy widok tradycyjnie ubranych w muzułmańskie stroje mężczyzn. Czuć klimat arabski bo niemal wszystko przypomina tutaj tradycyjną medinę. No, może poza grzybem na ścianach budynków i wielkim kościołem anglikańskim górującym nad miastem.




Ludzie mili, czasem zaczepią, niekiedy uśmiechną się i zagadają. Przy targu, wśród straganów siedzą Masajowie i sprzedają swoje rękodzieło (istna cepelia). Wśród spacerujących mieszkańców można dostrzec hindusów, zatem na kramikach z jedzeniem nie dziwią nas warzywne samosy na patykach.


Dzisiaj jest już niedziela. Na targu mnóstwo egzotycznych owoców a przed naszymi drzwiami sprzedają na ulicy duże, kilogramowe czerwone grejpfruty. Wewnątrz twarde, słodkie i niezwykle soczyste. Zjadamy dwa i jesteśmy już po śniadaniu.


Teraz czekamy na transport i kierujemy się na upragnioną plażę. Popołudniu docieramy do Nungwi, na północy wyspy. Bierzemy w rękę informator i pytamy kierowcy, gdzie tu można znaleźć tani nocleg – bo okazuje się, że mieszkająca na Zanzibarze Matylda którą mieliśmy o to wszystko wypytać dopiero za dwa dni przylatuje z Polski. Kierowca wskazuje miejsce przy plaży. Miejsce nazywa się Jumbo Brothers i choć standard to raczej średni, nam bardzo pasuje i postanawiamy wspólnie, że zostajemy tutaj na sześć dni...

2011-11-03

Simba to po prostu lew...

Poranne safari zaczyna się o wschodzie słońca. Co prawda szlabany w parku podnoszą pierwszy raz o 6:30 ale spod Białego Domu (jak to brzmi) ruszamy kilka minut po szóstej. Razem ze mną i Arlettą jedzie również trójka miejscowych dzieci – taka atrakcja dla nich i przyjemność dla nas. Cel oczywiście jest jeden – zobaczyć lwa. Jak się okazuje to nie jest takie proste pomimo ogromu zwierzyny spacerującej sobie tutaj jak po molo w Sopocie. Dzięki niezwykłemu wzrokowi Simona mamy jak na talerzu zebry, bawoły, małpki i żyrafy. Antylop jest tyle, że się nudzą po jakimś czasie... no chyba, że ta czerwona. Ta jest rzadziej spotykana. Potem gnu i słonie całymi stadami. Jest też pumba z rodziną (tak właśnie nazywa się w suahili). Hipopotamy leniwie wystawiają głowy i prychają znad wody. Ptaki nazywane przez Simona strażnikami sawanny dzielą się na te żyjące blisko wody i te z czerwonymi nóżkami – preferujące suchy ląd. Ptactwo biegające i fruwające, no i czarne mrówki z sawanny...



Mijamy kolejny samochód. Pytanie zawsze pada takie samo:
- Widzieliście lwa?
Nikt nie widział, poza nami. Nawet goście prowadzeni przez Masaja – jako przewodnika. My widzieliśmy dwa razy. Raz jak na dłoni przy wodopoju piękną samicę z kilkunastu metrów. Potem całe stado daleko ukryte w trawach, odpoczywające od słońca w cieniu drzew. Lucky me – chciałoby się powiedzieć. Wszystko to dzięki niesłychanym zdolnościom Simona, jego wyczuciu i znajomości buszu.


W dziewiątej godzinie safari mam już lekko dość dzikiej zwierzyny dlatego zaczynam podpytywać o florę. Drzewo chlebowe, owoce młodego baobabu, żółta akacja – chcesz? Masz.


Potem oglądamy czaszkę słonia


i pędzimy wprost pod wielki baobab, na gałęzi którego Arletta dynda nogami, bujając się i bawiąc przy tym doskonale.


Zatrzymujemy się na takie małe pączki i sodę w barze przy wyjeździe z Parku i jedziemy na drugą stronę szukać na drzewie leoparda. To już dwunasta godzina z dwudniowej imprezy więc proszę tylko o zdjęcie pawiana i po pół godzinie odpuszczam sobie wypatrywanie śpiącego na gałęzi w koronie drzewa kociaka.


Wracamy do bazy. Po obiedzie żegnamy Simona, który korzysta z okazji i załatwia tutaj swoje sprawy. My tymczasem udajemy się na spacer po wiosce i coraz odważniej poczynamy sobie z suahili podczas zakupów. Poniżej kilka słówek i zwrotów, które nam do tej pory się przydały:
habari zaasubuhi – jak się masz?
inzuri – w porządku
asante sana – dziękuję bardzo
nime furahi kukuona – miło cię poznać
karibu – proszę (my pleasure)
mimi – ja
ana penda - lubię
nime toka poland – jestem z Polski
łapi daladala – gdzie jest przystanek?
kłaheri - dowidzenia
bej gani – ile kosztuje?
tamu – dobre
baridi – zimne
ndizi – banan
czungua – pomarańcza
mkate – chleb
madżi – woda
kahała – kawa
naomba – poproszę
elfu modzia – jeden tysiąc (chyba najważniejszy liczebnik)

W tym miejscu chcielibyśmy bardzo mocno pozdrowić naszą kochaną Beatkę, bo kiedy usłyszeliśmy jak w suahili jest dobranoc, od razu pomyśleliśmy o tobie, zatem:
Lala Salama :)

ps.
tak nam się tutaj spodobało, że
postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień, a jutro... cóż, znowu
w drogę ;)

2011-11-01

Safari - znaczy podróż ...

Jest 6:15 a nam pod moskitierą bardzo chłodno. Dzwoni budzik, zrywamy się i ogarniamy. Mamakrisi śpi, więc po cichutku próbujemy pozbierać nasze rzeczy. Przed siódmą w drzwiach pojawia się Simon, gotowy przeprawić Mzungu (białasów) na stronę dzikiej natury. Najpierw łapiemy daladala do Kibaha a potem to już istna walka o przetrwanie. Simon dogaduje się, że dyspozytor (uhuhu...taki koleś na placu próbujący zrobić cokolwiek z sensem w tym chaosie) da mu znać, kiedy będzie pięć wolnych miejsc w autokarze. Dominika mówi do mnie:
- Wyciągnij aparat, zrób zdjęcie temu zamieszaniu.


Robię to i w tym właśnie momencie, kiedy trzymam aparat gotowy do zdjęcia, dyspozytor woła, że to ten autobus. Fala ludzi rzuca się w stronę otwartych drzwi. Ja trzymam w jednej ręce jakąś siatkę z napojami, w drugiej plecak ze zwiniętymi paskami i klamrami a w trzeciej...nie na szyi mam aparat a na ramieniu torbę. Kiedy truchtam tak do autokaru, wypada mi termos z boku dyndającego plecaka. Ktoś mi go podaje, nawet nie wiem kto – w tym miejscu dziękuję nieznanemu Tanzańczykowi, gdy widzę jak Dominika balansuje na niewiarygodnie wysokich stopniach autobusu. Nie dość, że przeważa ją do tyłu plecak to jeszcze kierowca wykonuje takie niezrozumiałe ruchy pojazdem raz po raz w przód bujając nim jakby miał zawieszenie z gumy. Ktoś ją wciąga do środka, wcześniej przechwytując nasze dzieci. Dopiero w tym momencie przekonujemy się, że to co wcześniej przeżyliśmy w transporcie publicznym to była pestka. Może zacznijmy od tego, że nic tu nie działa normalnie czyli nie działa po europejsku ;)

zdjęcie zrobione przy pełnym "luzie" w autokarze ;)

Ludzi jest ponad stan, wszyscy z tobołami a bagażnika kierowca nie udostępnia. Potem pomyślałem nawet, że to chyba może lepiej. Wąskie przejście bo foteli w rzędach po pięć, dzieci z matkami jest tyle, jakby zamknęli ze cztery żłobki naraz, torby wiszą jak winogrona z górnych półek. Właściwie to powinniśmy nazywać je haczykami, tyle w nich dziur i ledwo trzymają się sufitu. Taki gość, jakby kierownik autobusu (a gość miał też ze trzech zastępców) rozsadza ludzi jak niegrzeczne dzieci w klasie i nagle robi się miejsce dla nas. Niesamowite myślę, autobus ma z sześćdziesiąt miejsc, nas tutaj jest z osiemdziesiąt i niemal wszyscy siedzimy.
W końcu nie jest tak źle, to tylko pięć godzin jazdy w upale – wszyscy mówią, że to blisko, więc pewnie tak jest. Tylko co zrobić z naszymi plecakami. Nie będziemy jechać tyle godzin z nimi na kolanach. Właśnie w tym momencie popełniamy błąd i stawiamy na podłodze w przejściu. Okazuje się bowiem, że pomimo tego, że autobus nigdzie się zatrzymywał panował w nim niecodzienny ruch. A jak już się zatrzymaliśmy to dopiero była jazda. Ludzi wsiadało więcej niż wysiadało, z tymże robili to jednocześnie w tym samym czasie. Pełen klincz. Teraz już chyba wypatrywać pasażera z kozą lub z kurami w klatce. Nikt nie poruszał się w żadnym kierunku a jak już kogoś przepchnęli to i po naszych plecakach. Pierwszym był ledwo widzący starzec przypominający Gandhiego z olbrzymim kijem masajskim, dla którego wielkim wyzwaniem było uniesienie nogi ponad przeszkody więc po prostu się po nich przespacerował. W końcu przestałem się już przejmować tylko patrzyłem czy ktoś aby ich ze sobą nie ciągnie w stronę drzwi. Przejąłem inicjatywę i łapałem ludzi za nogi, odhaczałem ich klapki i sandały od moich sprzączek, przenosiłem obce walizki i torby w systemie „podaj dalej”, czasem miałem wątpliwą przyjemność dostać dorodną piersią w twarz ale wszystko to było wpisane w ogólną atmosferę tak zwanego wesołego autobusu. Pękłem dopiero, kiedy po przystanku w Morogoro, gdzie przepchnęło się przez zasieki z naszych plecaków i przesiadło ze dwadzieścia osób, kierowca po dwustu metrach stanął na stacji benzynowej i oświadczył, że jest właśnie dziesięciominutowa przerwa. No i w tym momencie jak ze złego snu wszyscy ruszyli do jedynego wyjścia forsując to co przed chwilą zdobyli.


Fenomen takiej podróży jest taki, że jak wysiądziesz w czasie takiej pauzy to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziesz siedzieć w zupełnie innym miejscu, o ile będzie w ogóle wolne miejsce. Twoje będzie już zajęte a wszystko co tam zostawiłeś znajdzie się gdzie indziej. Zdecydowanie miłym akcentem był handel przeróżnymi towarami odbywający się wokół stojącego autokaru (na specjalnych wysięgnikach sięgających okien) oraz w samym jego środku podczas jazdy. Wystarczy mała opłata i mamy wyłączność na sprzedaż zimnych napojów i kremów oraz pasty do zębów. System usprawnienia sprzedaży biletów też zawiódł. Drugi zastępca kierownika autobusu zamiast kasować za bilety przy wejściu robił to później, podczas jazdy. Nie dość, że zapominał kto wsiadł lub miał wysiąść to jeszcze był największym zawalidrogą w wąskim szlaku komunikacyjnym, kręcąc się po całym autobusie i wracając w to samo miejsce po dziesięć razy, choćby aby oddać resztę.


Po drodze widzieliśmy okropny wypadek i wtedy przypomniało mi się jak znajomy opowiadał, że jadąc tutaj rowerem, kiedy czuje się ciepło za plecami to jest ostatni moment aby wskoczyć z rowerem do rowu. W innym przypadku możemy zostać potraktowani jak kilka krów, które wlazły na drogę i natknęły się na duży pojazd z rurowymi pałąkami z przodu. Ponoć tylko fruwały na lewo i prawo a kierowca pojazdu po całym zdarzeniu szukał jeszcze właściciela krów aby spuścić mu łomot za niepilnowanie bydła. No niestety: car is first!


Jazda się nieco dłuży, kiedy ktoś krzyczy i pokazuje widok za oknem. Właśnie jedziemy tym odcinkiem drogi, która przecina Park Narodowy Mikumi. Pojawiają się dzikie zwierzaki. Ludzie z nosami przy oknach jakby pierwszy raz je widzieli. Jak się później okaże, mogło tak właśnie być.
Kierowca wysadza nas kawałek za wioską. Wracamy się jakieś półtora kilometra i dochodzimy do knajpki stojącej przy ulicy.
White House nie gości prezydenta i nie ma prezydenckich apartamentów ale jest schludnie, tanio i wygodnie. Simon załatwia nam dwa double roomy, każdy po niecałe trzydzieści złotych. W zestawie czysta pościel, prysznic i wentylator sufitowy. Idziemy wrzucić coś na ząb i tutaj niespodzianka bo jest tanio. Podjeżdża umówiony samochód i razem z Arlettą suniemy w kierunku szlabanów Parku Mikumi. Opłaty za wjazd dla turystów są w dolarach. Dorosły płaci 20$ a dzieci uczące się po 5$, nam była potrzebna do okazania międzynarodowa legitymacja studencka. Resztę otrzymamy w szylingach po beznadziejnym kursie ale dla chętnych jest możliwość płatności kartą. Kierowca płaci za auto 10.000 TS a każdy Tanzańczyk po 1.000TS. Ważne jest to, że wjazd jest ważny 24 godziny, to znaczy, że pojedziemy popołudniu dzisiaj i z samego rana jutro. Park Mikumi jest bodajże najmniejszym w Tanzanii ale za to jest uroczy. Samochód staje na każdą naszą prośbę a my strzelamy fotki. Wyjść można w kilku tylko wyznaczonych miejscach i nie należy oddalać się na odległość większą niż 25 metrów od samochodu. Po 20 kilometrach zatrzymujemy się przy zbiorniku z wodą. Simon staje nad brzegiem i wskazując ręką woła: Mamba ! . Arletta szybkim krokiem podchodzi i robi krok w dół trzymając przy oku aparat. Simon krzyczy i chwyta ją w ostatnim momencie za ramię. Mamba to aligator, ten miał ponad trzy metry długości. Udawał, że śpi ale czekał na taki właśnie obiad. ;)

Zwierząt jest mnóstwo, więc nie opowiadam dalej – zobaczcie sami:

Miss Tanzania :)









Wracamy po ponad 6 godzinach strasznie zmęczeni. Kolacja, prysznic, moskitiera i spać. No tak, ale na zewnątrz trwa jakaś szalona impreza do drugiej w nocy. Muzyka gra głośno, słyszymy śmiechy a ponieważ nie ma szyb w oknach można się poczuć jakby wszyscy siedzieli u nas w pokoju. W sumie to byśmy przyłączyli się do ogólnej fiesty gdyby nie fakt, że musimy wstać o szóstej rano by znów eksplorować sawannę...

ps.
Simon załatwia nam safari po Parku po bardzo atrakcyjnej cenie. Wszystko jest przejrzyste, a on sam dba o to abyśmy czuli się swobodnie. Układ jest prosty. Jeśli nie zależy ci na tym aby jechać wypasioną Toyotą, możesz sam dojechać autobusem oraz spać w hotelu o średnim standardzie – to kieruj kroki do niego i ciesz się polowaniem... z aparatem w ręku oczywiście.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...