2011-11-11

Dzieci gorszego boga....

To jest chyba coś co najbardziej przytłacza w Indiach. Biedne, żebrzące dzieci ulicy. Porzucone, brudne, zaniedbane, głodne, często też okaleczone, pozbawione opieki dorosłych i jakiejkolwiek miłości. Zadziwiająco dobrze znające język angielski, często posługują się nienagannym akcentem i dużym zasobem słów. Są niczym muchy, które nie przejmują się odganianiem i wciąż z uporem łapią za ręce i proszą. Dla mnie to wyjątkowo ciężkie przeżycie bo bardzo trudno jest sprawić by serce skamieniało i nie reagowało współczuciem i empatią. Teraz potrafię zrozumieć Matkę Teresę - bo wobec takiego rodzaju biedy trudno pozostać obojętnym. Jak sprawić by patrzeć i nie widzieć, słuchać i nie słyszeć, gdy małe rączki głaszczą cię w nadzieji otrzymania czegokolwiek a wielkie, czarne oczęta z błaganiem patrzą licząc na każdy twój gest dobrej woli. Powoli uczę się traktować to jako przedstawienie bo wiem, że prawie wszystkie z tych dzieci wykorzystywane są do żebrania przez dorosłych, którzy w ten sposób zarabiają na nich pieniądze. Lecz wciąż zdaję sobie sprawę, że większość z nich jest naprawdę głodna, nie mają nic a każde odtrącanie zabiera im też nadzieję na lepsze jutro. To są przecież tylko dzieci, wrażliwe, niewinne, w żaden sposób nie zasługujące na taki los. Wykorzystywane, porzucone i zagubione muszą uczyć się życia w ten najgorszy ze wszystkich sposobów - zdane tylko na siebie.

Czasem tak niewiele potrzeba - na zdjęciu mali szczęściarze.

Udawało mi się być twardą do momentu gdy mała, drobniutka dziewczynka w wieku Aiszy podeszła do nas i z nieśmiałym uśmiechem założyła na rączkę Arletty bransoletkę zrobioną z kwiatków jaśminu. Za chwilę z kieszonki wyciągnęła kolejne dwie i zawiązała je na mojej i na Aiszy ręce. Nie chciała pieniędzy, powiedziała, że ma na imię Savi i chciała wiedzieć jakie są nasze imiona. Zapytała gdzie idziemy i widząc, że kierujemy się do sklepu poprosiła nieśmiało o to, czy możemy kupić jej mleko i ryż. Wydało nam się to drobnym gestem więc podaliśmy jej obie rzeczy a ona z radością podziękowała i odeszła, machając do nas na pożegnanie. Wiem, że często dzieci odnoszą zakupione rzeczy do sklepu i dzielą się na pół ze sklepikarzem wyłudzonymi pieniędzmi.... i nawet jeśli tak się stanie w przypadku "naszej" dziewczynki to dla nas nie ma znaczenia. Najważniejsze, że nie daliśmy pieniędzy..... bo dawanie pieniędzy to w Indiach najgorsze co można zrobić. Zaraz zbiegają się całe tłumy żebrzących dzieci (oraz dorosłych) i wszyscy chcą po kilka rupii (1 rupia to ok. 7 groszy) i w ten sposób możemy wpędzić się w niezłe tarapaty.

Życie na "swoich śmieciach" staje się realistyczne.

Z Aiszą i Arletką wpadłyśmy na pomysł, że przy pomocy rządów międzynarodowych (które marnują tyle pieniędzy na wojny i różne "misje pokojowe" na przykład w Afganistanie czy też Saharze Zachodniej) oraz rządu Indii (który wcale nie jest biedny bo ma najnowocześniejsze technologie i wiele surowców naturalnych)  powinno się powyławiać wszystkie biedne dzieci ulicy i utworzyć dla nich  porządnie wyposażone wioski dziecięce. Tak by każde dziecko miało w nich swoje łóżko oraz czyste ubranie i jedzenie. Zatrudnieni byliby tam nauczyciele i dzieci mogłyby chodzić do szkoły zamiast pracować. Mogłyby nareszcie zmienić swoje życie, wyrwać się z zaczarowanego kręgu nędzy i beznadzieji.... nareszcie mieć prawdziwe marzenia - z nadzieją na ich spełnienie. Pozostaje jeszcze sprawa kast, nas to przerasta...

Tego wam życzymy - wszystkie biedne dzieci Indii (i innych krajów)....
a na razie wybaczcie nam, że będziemy ignorować wasze prośby i udawać, że was nie widzimy....
i choć nasze oczy pozostają otwarte musimy zamknąć nasze serca - bo całego świata nie uda nam się zmienić, musimy poprostu przejść obok i iść dalej swoją drogą.

2011-11-10

O krok, od końca jej dni ...

Zaczęło się całkiem niewinnie. Załatwiliśmy sobie bilety na Wyspę Słoni. Kierunek na nabrzeże w okolice Bramy Indii. Stamtąd na mały stateczek i pędzimy przez Zatokę Arabską w kierunku naszej wyspy na której pomimo nazwy nie ma słoni, za to są małpy. Po godzinnym rejsie, mijając okręty wojenne, statki straży pożarnej oraz szyby naftowe dotarliśmy do miejsca, które znaleźliśmy w gazetce linii lotniczej. Wyrwaliśmy z niej jedną kartkę - za co oficjalnie przepraszamy Oman Air - na której widniały zdjęcia z wyjątkowo tajemniczego miejsca. 


Długie molo a po nim mknąca spalinowa „ciuchcia”, potem schody ostro pnące się w górę. Wszędzie kozy, nawet leniwie rozłożone na ławce. Dla wygodnych lub nie mogących wejść o własnych siłach przygotowane są lektyki. Czterech mężczyzn chwyta za długie drągi, na których osadzone jest krzesełko. Nas jakoś specjalnie nie zachęcali – pewnie domyślacie się dlaczego :) czterech mogłoby nie dać rady. 




Wspinamy się po schodach pomiędzy rozstawionymi straganami i patrzymy na skaczące małpki. Kradną wszystko co popadnie ale najbardziej interesuje je jedzenie. Po dotarciu na szczyt czekają na nas panie z dzbanami na głowach i zachęcają do fotografowania. Oczywiście, za pieniążek – normalnie w takich sytuacjach rezygnuję z naciskania spustu migawki – ale panie były takie urocze, że postanowiłem jednak się dołożyć.




Wchodzimy na szlak w poszukiwaniu grot – świątyń poświęconych Sziwie. Zbudowane ponad 2600 lat temu, a właściwie wykute w litej skale wyglądają olśniewająco. W głąb góry rozpościera się przed nami sala z kolumnami, na ścianach rzeźby a w ukryciu cud natury – wiecznie bijące źródełko, samoistnie ze skały. Do niedawno zresztą ten kompleks grot był używany jako regularne świątynie, na dzień dzisiejszy tylko przed jedną z nich, nieco mniejszą należy zdjąć buty. Zwiedzamy każdą z nich, fotografujemy, zaglądamy do środka i podziwiamy.









Ale jak się okazuje największą atrakcją tutejszego miejsca są małpki, całe ich rodziny. Szabrujące po pozostawionych torbach, kradnące kolorowe paczki z jedzeniem i uciekające w pośpiechu na drzewa. Sesji nie ma końca, bo dziewczyny tak się cieszą z tych ogoniastych urwisów, że nie chcą odejść. 








Na koniec postanawiamy uczcić sobie naszą małą wycieczkę kupując sobie po raz pierwszy w Indiach jogurtowy napój mango lassi. No, i niestety – niemiła niespodzianka. Niedobry, mocno sfermentowany napój nie nadający się do picia porzucamy strasznie nieszczęśliwi. Poprawiamy sobie nastrój dopiero mocno chłodnym napojem z butelki, o smaku mango oczywiście - Mango Sip oczywiście to nie to samo, ale co zrobić. 




Wracamy do portu w Mumbaju a potem na pieszo do naszej dzielnicy. Robimy sobie mały shoping, naszą własnością drogą kupna stają się koszulka typu t-shirt, dwie bransolety na nogę, niewiarygodnie piękne kolczyki, kropki na czoło i spódnica. Wracamy do naszego hoteliku gdzie Ahamed trzyma nasze bagaże w odstąpionej „jedynce” i pozwala wziąć prysznic przed podróżą. Żegnamy się pięknie a odchodne słyszymy ciche westchnienia, znane nam z arabskich krajów:
-  Ah, Aisza...Aisza...
Łapiemy taksówkę, patrzę na zegarek i myślę spoko, mamy jeszcze ponad godzinę. Tłok straszliwy na ulicach, zatory takie, że jechać się nie da. Podjeżdżamy pod pierwszy dworzec, z którego odjeżdżają pociągi na południe kraju i patrzę na zegar na wieży.
- Ja piórkuję, jest pół godziny później niż na moim zegarku... Co mi po zegarku z czasem światowym jeśli czas na nim różni się od miejscowego.
Wpadamy w lekką panikę, ponieważ bilety turystyczne i w dodatku kupione w ostatniej chwili są o wiele droższe od zwyczajnych. Żal nam forsy ale cóż jak nie zdążymy to pojedziemy autobusem. Dojeżdżamy osiem minut po czasie odjazdu pociągu na dworzec. Wyskakujemy z taksówki i gonimy na peron. Pytamy oficera w mundurze czy pociąg do Jaipuru już odjechał, Mówi, że tak. Zastygamy zatem w bezruchu i gapimy się na siebie przez dłuższą chwilę, bo jednak strata kasy to rzecz przykra. Nagle podchodzi do nas jakiś koleś i mówi, że pociąg o naszym numerze jeszcze stoi na peronie. Pędzimy jak oszalali przez dworzec i taki cholernie długi peron. Pociąg stoi. Szok. W momencie kiedy podbiegamy, wagony szarpnęły i pociąg powoli rusza. Drzwi przedostatniego wagonu są otwarte. Facet w mundurze, krzyczy żebyśmy wsiadali. Najpierw Aisza, hyc i jest w środku. Biegniemy za coraz szybciej jadącym pociągiem. Arletta chwyta się rączki, na chwilę zastyga, po czym mocnym ruchem przeważa do środka swój ciężki plecak. Silna dziewczyna – myślę sobie, chociaż cały czas biegnę przed drzwiami to czuję, że z tymi kilogramami nie będzie lekko. Dobiega Dominika, chwyta się rączki i wisi przez dłuższą chwilę na schodkach jadącego już całkiem szybko pociągu. Ja przestałem asekurować po tym jak wsiadły dziewczynki i próbowałem zdjąć w biegu plecak, żeby wrzucić go do środka zanim wskoczę. Dominika jest już tak zmęczona, że nie może podźwignąć się do pociągu, dodatkowo nagle jedna noga zsuwa się jej ze schodka. Oficer najpierw przytrzymuje ją w takiej wiszącej na zewnątrz pozycji a ponieważ nie może jej w biegu wepchnąć to decyduje się odciągnąć ją od pędzącego składu. Szarpie ją mocno do tyłu za plecak a ona turla się po peronie. Widzę tylko jak jej noga cudem odskakuje, muska tylko lekko o blachę i nie wpada głębiej pomiędzy pociąg a peron. Odwracam się jeszcze raz i widzę jak nad nią pochylają się ludzie stojący na dworcu i pomagają się podnieść. Biegnę jak oszalały bo myślę cały czas o tym, że dziewczynki już jadą. Zatrzymuję się dopiero kiedy oficer wskakuje do pociągu i zatrzymuje cały skład. Krew mi odchodzi od głowy ale cieszę się, że Dominika już jest na nogach i widzę dziewczynki w drzwiach razem ze strażnikiem kolei. Ale musiałem gnać, że byłem z przodu, człowiek dostaje jakiejś niewiarygodnej siły w takich sytuacjach. Rzucam plecak i chcę wracać po żonę ale ten sam facet, który ratował Dominikę krzyczy, że mamy natychmiast wsiadać. Na szczęście pociąg już stoi. Ładujemy się do środka. Ja z jednej strony, wszystkie dziewczyny z drugiej tego samego wagonu. Okazało się, że w pociągu wszystkie panie z wagonu żeńsko - dziecięcego uspokajały Aiszę. Potem zaopiekowały się również bladą i słabnącą Dominiką, której ręce dygotały na wszystkie strony. Było nam teraz już zupełnie obojętne, że jedziemy w przedziale najgorszej klasy, z pryczami, kratami i wentylatorami na suficie wraz z gromadką babć, mam i mnóstwem ich potomstwa. Na kolejnej stacji jednak otrzymujemy polecenie, żeby się przesiąść, po czterdziestu minutach jazdy przeskakujemy (jakoś teraz ta forma wyjątkowo mnie przeraża) do właściwego przedziału. Teraz już spokojni, siedzimy w naszym wygodnym i czystym sypialnym wraz z bardzo uprzejmymi ludźmi, częstujemy się herbatą z mlekiem i słuchamy jak sprzedawca lodów pięknie śpiewa w korytarzu. Ale to co działo się przed chwilą nie pozwala mi jeszcze logicznie myśleć więc biorę laptop i przelewam całe swoje emocje w lawinę liter poskładanych w zdania. Pomimo porządnego upadku o ziemię nadal jest w jednym kawałku....




Straty: poszargane nerwy, obite i krwawiące kolano Dominiki, rozerwane spodnie.
Nauczka: odpuścić kasę i nie wskakiwać do ruszającego pociągu.
Przestroga: jeśli coś od początku mówi ci, żeby nie jechać pociągiem – po prostu nie jedź.
Dobre strony: sorry, na razie nie widzę – może potem będę się z tego śmiał ale na razie nie mam wcale na to ochoty.

Namaste - sari, masala i mango lassi...

Nie mogliśmy się rano obudzić. Pomimo, że wentylator na suficie kręci się szybko a klima w oknie, choć ledwo się trzyma i wygląda jakby miała spaść nam na łóżko to jednak ochładza gęste powietrze, to czuć już, że na zewnątrz słońce pali szare budynki Kolaby, dzielnicy Mombaju. My zbieramy się ospale i w nieco utrudnionych warunkach lokalowych próbujemy doprowadzić się do porządku. Dość mały pokoik mieści dwa łóżka, telewizor i wspomniane elementy chłodzenia. Należy tutaj nadmienić, że brak okna (to, które istnieje jest zaślepione) oraz białe kafle na ścianach powodują wrażenie jakbyśmy przebywali w kombinacji więziennej celi ze sklepem mięsnym. Do tego łazienka, która niestety też jest combo: woda z prysznica leci na sedes a ta lecąca z mikroskopijnej umywaleczki do której trudno włożyć nawet jedną rękę zasila spłuczkę, pierwsze skojarzenie to toaleta w PKP, nawet hałasy zza okna podobne, brakuje jedynie bujania się wagonu. I tak mamy szczęście, bo reszta gości – w tym ekipa z Niemiec – mają wspólną łazienkę na korytarzu.


Jak tak spojrzeć globalnie to w ogóle jest jakiś totalny mix, nie dość, że prowadzi ten przytułek koleś o bardzo arabskich rysach, nie pasujący ogólnie do otoczenia, to nazwa tego miejsca kojarzy się bardziej z barką rzeczną a brzmi: Volga II. Okazało się, że Mumbaj ma wyśrubowane ceny za noclegi, inaczej niż reszta kraju. Może to dlatego, że w końcu to tutaj mieści się stolica azjatyckiego kina. Mamy porównanie, bo w pierwszej kolejności sprawdziliśmy ponad trzykrotnie droższy YWCA, który poza opcją wyżywienia oferuje bardzo zbliżone warunki. Dzięki renomie pretenduje jednak do klasy wyższej bo jest prawdziwa recepcja a nie zaspany koleś leżący na ladzie, oraz kilku boy-i prawie hotelowych, internet i serwis 24h. Nas to jednak nie przekonało i tylko dzięki zaplanowanemu budżetowi znajdujemy to dziwaczne miejsce.
Nasz gospodarz puka do drzwi i woła:
- Jesteście gotowi? Autobus po was przyjechał.
- Co? - pytam z rozdziawioną buzią.
W końcu pytałem tylko, czy można załatwić jakiś transport do centrum, żeby zobaczyć największe atrakcje miasta. Schodzimy na dół a tam stoi pusty autobus i kierowca zachęca nas abyśmy wsiedli. Wiezie nas przez piętnaście minut, potem każe przesiąść do następnego, w którym trzymają dla nas te same miejsca w pierwszych rzędach.


Idziemy grzecznie i witamy siedzących już hindusów, ruszamy i zaczyna podróż. Kasują nas po 10 złotych a przed nami na kartce trzydzieści punktów „must see”. Przewodnik nawija przez cały czas w hindu a my się gapimy jak sroki w gnat i jedziemy z naszą wycieczką. Na drugim przystanku, gdzieś koło Jahangir Art Gallery, odpuszczamy obrazy i rzeźby i pędzimy coś zjeść. Znajdujemy budkę z pieczonymi kanapkami. Zamawiamy te z serem ( dla mnie z chili ), wodę i sok a ponieważ trochę to trwa, proszę Dominikę aby wróciła do autobusu aby bez nas nie odjechał. Kiedy wracamy z gorącymi kanapkami Dominika ma na rękach jakieś hinduskie dziecko, Aisza pozuje niczym gwiazda z chłopcami w ciemnych okularach.
- Co to ma być? - pytam.
Nie zdążyłem dokończyć kiedy zostałem najpierw postawiony do grupy uśmiechającej się do obiektywu aparatu telefonu komórkowego a potem poproszony o sfotografowanie całej wycieczki z innego autobusu. No takie Indie to lubię, wszyscy uśmiechnięci, podający sobie dzieci a potem dłonie na pożegnanie.




Kwiatkowskie w blasku fleszy :)

Muzeum Księcia Walii, Mantralaya, Taraporwala Aquarium, Wankhede Stadium, Kamla Nehru Park i ten wielki bucior Boot House w Hanging Garden. Potem Wieża Ciszy, nadmorski pasaż, na którym decydujemy się z Arlettą na lody z mango aż wreszcie dojeżdżamy do Świątyni Shree Mahalaxmi.










Świątynia Shree Mahalaxmi

Niewiarygodne uczucie, kiedy kupujemy kwiaty lotosu, wbijamy się w tłum idący boso po schodach świątyni. Również ściągamy sandały ale trochę się o nie obawiamy (wiecie, wspomnienia z Zanzibaru) więc pakujemy je do siatki. Ochrona na górze i tak nam ją zabiera ale za to kładą obok swojego stolika i są bezpieczne. Teraz osobno kobiety i mężczyźni. Nie wolno robić zdjęć jednak ja jedno robię z tak zwanego biodra. Potem tłum wciąga mnie w kolejkę i idę oddać pokłon nieznanemu mi w rzeczywistości bóstwu. Traktuję jednak to miejsce jak wszystkie inne miejsca kultu, z powagą. Dochodzi moja kolej, powtarzam czynności moich poprzedników. Składam ręce jak do powitania indyjskiego, kiwam głową i podaję kwiat lotosu. W zamian dostaję czerwoną różę i żółtego cukierka w środku. Nie wiem za bardzo o co chodzi ale przyglądając się wszystkim wokół to chyba dobrze. Spotykam dziewczyny, odzyskujemy obuwie i schodzimy w dół. Decydujemy, że cukierki rozdamy dzieciom. 

Sprzedawca kwiatów lotosu przed wejściem do świątyni.
Na zwiedzanie przybywają ludzie z okolic i odległch rejonów Indii.

Centrum handlowe Phoenix.

Większość, chętnie pozuje do zdjęć.

wyciskany na świeżo sok z trzciny cukrowej.


Jedziemy jeszcze do Nehru Science Center a potem do Attariya Mall na pokaz filmu 4D, za który płacimy dodatkowe 10 zł. Tak nam się tam spodobało, że odrywamy się od naszej wycieczki i zwiedzamy miasto dalej na własną rękę. Jeździmy sobie po mieście moimi ulubionymi starymi „prezydentami”, trafiamy do wielkiego centrum handlowego Phoenix Mall a potem na dworzec główny aby kupić bilety na nocny pociąg do Jaipur. Na pierwszym piętrze jest kasa numer 52 dla turystów. Trzeba wypełnić taką śmieszną karteczkę. Płatność w walucie obcej lub w rupiach według przelicznika. Trzeba mieć ze sobą numer paszportu i ważną wizę oczywiście. Na szczęście udaje nam się kupić przedostatni bilet na jutrzejszy pociąg. Całodniową gonitwę kończymy docierając po zmierzchu na Kolabę. Cały czas szukamy sandałów dla Aiszy ale coś nam nie idzie... spróbujemy jutro :)

Coś w temacie dla fanów facebook'a.

Sławna już kasa numer 52.


ps.
Mumbai Darshan – combined tour, 30 punktów: 150 R, telefon do Raula: +91 993 010 3824

YWCA international centre - 18th Madame Cama Road, Fort, Mimbai – tel.: +91 22025053
pokój 2 osobowy z klimą około 3100 R
family room z wiatraczkami około 5100 R

Hotel Volga II – ta sama dzielnica, obok Cafe Leopold, blisko McDonaldsa
pokój 2 osobowy – od 600 R

ps2.
serdeczne pozdrowienia z Indii dla wszystkich pracowników firmy Euro-Car z Gdyni, specjalne oczywiście dla działu  hurtu i chłopaków z magazynu :)
no, i mała zagadka, co prawda z Tanzanii: Co to za model? Dla utrudnienia należy podać pojemność silnika ... 3majcie się!



2011-11-08

Phileas Fogg musiał się zdziwić...

... kiedy zszedł ze statku  tutaj, w Mombaju (wtedy jeszcze Bombaju) i minął Bramę Indii. Mam nadzieję, że nie zaskoczyło go to, co nas od pierwszego spotkania z tym, bez wątpienia, niezwykłym światem. Nas zatkało i nie chciało puścić przez dłuższą chwilę. Kraj kontrastów, które poczuć można tutaj mocniej niż gdziekolwiek indziej. Wszystko jest skrajnie przerysowne...począwszy od jedzenia intensywnego od przypraw, poprzez uliczny gwar, tłok i ścisk, na salonie Bentleya dwa kroki od stojących za rogiem slumsów kończąc.


Nasz plan był prosty - lotnisko - taxi - plaża w Mombaju - spotkanie z Mariuszem - nocleg... koniec planu.
Lotnisko - i owszem, duże, stare ale nic ciekawego. No, może poza widokiem przez panoramiczne szyby klimatyzowanego przejścia na małe, sklecone z czego badź domki-budki w pobliskich slumsach.
Taxi - o, jak najbardziej - pre paid. Najpierw w biurze mówisz dokąd, potem płacisz, następnie szukasz  swojej taksówki i jedziesz na podane wcześniej miejsce.
Plaża w Mombaju - jest takowa, tylko że ogromna i nawet jak wiesz gdzie masz się spotkać, to możesz nie trafić.
Spotkanie z Mariuszem, znajomym z Couchsurfingu, który  miał celebrować swoje urodziny na mombajskiej plaży - no, nie wyszło. To znaczy wyszło i było super, tylko że bez Mariusza, bo się nie pojawił :) a szkoda i to wielka, bo pojawiło się za to mnóstwo ludzi ze świata oraz lokalesi, którzy chcieli się wzajemnie poznać.


Zanim jednak trafiliśmy na miejsce spotkania, okazało się że jesteśmy daleko od wyznaczonego miejsca. Pędziliśmy zatem po szerokiej plaży obwieszeni plecakami jak wielblądy i ku uciesze miejscowych pot lał nam się z czoła a buzie mieliśmy czerwone ze zmęczenia. Po pokonaniu kilku kilometrów dotarliśmy do wspomnianego wejścia na plażę: Krishna Temple Entrance... uffff


Ludzi mnóstwo. Dziewczyny z Iranu, amerykanka z SF Meggie, nasza czwórka i kilkanaście osób z Mombaju i nie tylko. Przywitali nas z uśmiechem i poczęstowali świeżym sokiem z kokosa. Potem wymiana uprzejmości i imion...tyle ich było, że zaczęlismy je notować :)


Po dłuższej chwili postanowiliśmy przenieść się w inne miejsce aby coś wrzucić na ząb. Samir i Poulomi zabrali nas swoim autem i wylądowaliśmy w niezwykłym miejscu. Prywatny teatr Prithvi Theatre, nieżyjącej już Jennifer Kendal i knajpka ukryta przed światem w zakamarku ulic. Odwiedził nas również właściciel, staruszek na wózku, legenda i super gwiazda kina Bollywood lat 70' i 80' Shashi Kapoor, mąż Jennifer.  


Ludzie otwarci, uśmiechnięci i ... to jedzenie. W przeciągu kilkunastu minut otrzymaliśmy tyle informacji, że ciężko było je nam przetworzyć. Stworzona na prędce grupa przewdników przeniosła nas już w wyobraźni po całych Indiach, opowiadjąc o najbardziej niezwykłych miejscach.


Rewelacyjni, z ogromnym poczuciem humoru i z wielkim dystansem do siebie przygarnęli nas pod swoje skrzydła. Dali schronienie na noc, pomogli w transporcie i pięknie ugościli. Dobiła do nas jeszcze dziewczyna z Turcji, Aicha ( po turecku Aicza), bardzo miła i ciągle uśmiechnięta. W takim gronie czas płynał szybko, zrobiła się 22:00 i nadszedł czas rozstania.


W tym miejscu dziękujemy wszystkim, którzy byli na tym spotkaniu (Mariusz żałuj, że Ciebie tam nie było - bo takich urodzin to Ty chyba jeszcze nie miałeś). Jeśli o kimś zapomniałem to tylko dlatego, że  nie miałem go w notesie ;)
Dzięki wielkie Samir i Poulomi, DJ - ten twój humor... i zawsze pięknie na zdjęciach - pamiętam:) ,  Julian - mam nadzieję, że niezapomnisz o nas w Delhi,  Amitshah - nasza pomoc w Jaipurze, Meggie, Aicha i dziweczyny z Iranu oraz dla całej reszty z którą tak miło spędziliśmy czas. Pozdrawiamy serdecznie i mamy nadzieje - do zobaczenia !!! Jesteście wielcy, dzięki Wam poznaliśmy pierwszego wieczora czym jest prawdziwy Mumbaj - to ludzie, a ludzie tutaj żyją wspaniali - przynajmniej ci, których lepiej poznaliśmy :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...