2011-10-12

szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie....

My zdecydowaliśmy się zaszczepić i to na wszystko co jest wymagane oraz częściowo na to co tylko zalecane w regionach, które zamierzamy odwiedzić. Mam nadzieję, że pozwoli to nam uniknąć wielu nieprzyjemnych okolicznośc związanych z chorowaniem ale niestety co też trzeba przyznać - szczepienia są znaczącym kosztem w podróżnym budżecie, szczególnie jeśli podróżujemy całą rodziną. Trzeba również pamiętać o tym by odpowiednio wcześnie rozpocząć cykl szczepień tak by zdążyć przyjąć wszystkie potrzebne dawki oraz skonsultować się z lekarzem odnośnie ewentualnych przeciwskazań co do zabiegu.

Poniżej zamieszczamy listę naszych szczepień oraz ich cenę (na wrzesień/październik 2011):

Żółta Febra (Żółta Gorączka) - 185 zł - cena wraz z wyrobieniem żółtej książeczki - niestety dzieci można zaszczepić w Polsce tylko w dwóch miejscach, Szczecinie i Warszawie. My szczepiliśmy w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Warszawie i polecamy to miejsce. Przyjeżdżającym spoza W-wy polecam najpierw upewnić się telefonicznie co do godzin szczepień bo obowiązują tam określone zasady rejstracji i wykonywania szczepień.

WZW A/B (Wirusowe Zapalenie Wątroby) - 120 zł/każde szczepienie (całość trzech dawek 360 zł - przed podróżą conajmniej 240 zł) - szczepionki dostępne w prawie wszystkich punktach szczepień po uprzednim umówieniu się na termin szczepienia. Należy pamiętać, że należy wziąć conajmniej dwie dawki (z miesięczną przerwą) a szczepienie przypominające po pół roku od drugiej dawki. Dzieci są doszczepiane tylko na WZW A bo B mają w kalendarzu szczepień.

Dur Brzuszny (tyfus) - 160 zł - tak jak WZW można zamówić w punkcie szczepień, zaczyna działać po 2 tygodniach.

Tężec - 40 zł - najlepiej szczepić szczepionką TT lub TD (z błonicą) - ta druga zazwyczaj bez problemu dostępna w punkcie szczepień.

Meningokowe zapalenie opon mózgowych - 260 zł dzieci do lat 12 - 165 zł. powyżej 12 lat - szczepienie zalecane dla dzieci i młodzieży w naszym przypadku ze względu na podróż do Afryki Środkowo - Wschodniej w okresie Październik/Listopad - my szczepiliśmy wraz z Żółtą Febrą w WSSE w W-wie.

Z doświadczeń poszczepiennych możemy napisać, że żadne szczepienie oprócz "zwykłego" tężca nie dało nam się we znaki. Tężec bolał, spuchł i sprawiał wrażenie zakwaszonych, zbitych mięśni. No może jeszcze trochę bolesne przez jakiś czas było miejsce po "Durze Brzusznym", pozostałe ani nie bolały ani nie spuchły, żadne nie wywołało gorączki ani innych objawów "poszczepiennych".

2011-10-06

No jak to jest, nie mieć nic?

Przywykliśmy wszyscy do tego, że po pracy wracamy do domu, w swojej kuchni robimy kolację, siadamy w swoim fotelu/krześle/kanapie i włączamy swój ulubiony program w tv/stronę w necie. Jak się zmęczymy to wskakujemy do swojego łóżeczka, w swoją pościel. Przed blokiem/domem stoi nasz samochód, którym nazajutrz ruszymy do swej pracy po to by wrócić z niej i tak wkoło. Mamy swoje rzeczy, zbieramy następne i wracamy do siebie.
Dzisiaj padło zaskakujące mnie pytanie:
- Jak to jest nie mieć nic?
Frapujące, zwłaszcza jeśli przez całe swoje życie człowiek powtarzał cykle swoich pradziadów, najpierw polował (to za czasów młodości raczej), potem uprawiał zbieractwo, żeby na koniec zasiąść na roli i uprawiać (z marnym skutkiem, chociaż maliny wszyscy sobie chwalili).
Popadamy w rutynę, dorabiając się własnego czajnika, potem telewizora, następnie własnej kuchni i wspomnianego auta, wreszcie upragnionego M. Jest to dla nas tak oczywiste, że nawet ja - człowiek, który w przeciągu miesiąca pozbył się tego wszystkiego - ogromnie się zdziwił, czując, że faktycznie, coś tu jest nie tak. Na początku uczucie jest dziwne ale potem przychodzi wyzwolenie, czujesz jakbyś duszę miał wolną i niczego ze sobą nie dźwigasz. Zamiast samochodu mam autobus i SKM-kę, widzę ludzi, czasem zagadam, uśmiechnę się. Jasne, czasu też mam teraz więcej więc się nie śpieszę, nie wariuję. Tylko kiedy trzeba być w dwóch miejscach naraz to przydałby się własny środek lokomocji. Od czego zatem są kumple. Dzięki Marian za pamięć ;)
Teraz siedzę przed monitorem komputera i zastanawiam się jak to jest nie mieć nic. I uwierzcie mi, kompletnie nie mam pojecia. Bo rozglądam się po pokoju, są ze mną "moi ludzie" więc wszystko co teraz potrzebuję, właśnie MAM i nie chcę nic więcej.


American Dream...

Sposób na dostanie się do Stanów Zjednoczonych (legalny sposób) jest jeden. Niezbędna jest wiza na wjazd do tego - co by tutaj nie napisać, to jednak wyjątkowego - kraju. Tyle tylko, że droga do zdobycia dokumentu upoważniającego na wstępne dotarcie (bo przecież może nas zablokować na granicy oficer imigracyjny) na ziemię demokracji nie jest proste a z pewnością nie jest tanie.
Najpierw batalia z wnioskiem, zdjęcia w formie elektronicznej, pytania, odpowiedzi i jest ... hurrra promesa wizowa. Teraz tylko po 140 bax-ów od każdego i modlimy się aby kurs $ nie poszybował w górę. Na wizytę umawia nas telefonicznie telemarketer (ponad 5 zł za minutę a powtarzać będzie nasze dane po trzy razy - przy czterech osobach trwa to w nieskończoność). Dobra, jest termin. Wszystko idzie gładko. Uprzejmy Pan przez telefon informuje, że na teren ambasady nie są wpuszczane dzieci poniżej 14 roku a wszystkie elektroniczne zabawki mamy zostawić w hotelu, samochodzie czy u znajomych w Wa-wie - bo też nie wolno. Myśląc o tym jak zorganizować czas młodszej córce w czasie naszej rozmowy z konsulem kontaktujemy się z kuzynką, która na szczęście ma chwilę, żeby zaopiekować się dzieckiem. Robi to zresztą w sposób wspaniały, bo zabiera ją wcześniej do Muzeum Powstania a potem na starówkę więc lekcję historii odbywa w najlepszy możliwy sposób.
Wtorek rano, wchodzimy do ambasady. Bramki, ochroniarze, paski ze spodni, podwójne drzwi. Na pierwszy rzut oka norma ale po co te odkażacze do rąk i dlaczego jest ich aż tyle. Za nami wchodzi rodzina z małym dzieckiem. Ochrona się uśmiecha i wszystkich wpuszcza. Zdziwiony pytam:
- Ale jak? Z dzieckiem?
- Można, można... ale nie trzeba. Do 14 roku nie trzeba. - słyszę spokojną odpowiedź.
Na telefony i elektroniczne gadżety zresztą przy wejściu też jest depozyt, więc słowa Pana telemarketera traktuję teraz z przymrużeniem oka. Widać "nie wolno" i "nie trzeba" nabierają synonimicznego znaczenia.
Teraz trzeba dopłacić do opłaty za przygotowanie wizy czyli obsługę konsularną ale w kasie nie można płacić kartą. Wyścig do bankomatu, odkażamy rączki i możemy zapłacić w kasie. Tutaj widzimy pierwsze łzy, bo nie wszystkim jest dane zobaczyć kraj za wielką wodą.
Potem już zupełnie inaczej niż przy "indyjskim koszmarze" ;). Kolejka, okienko, rejestracja, numerek do pobrania. Siadamy, czekamy 30 minut. Wyświetla się numer, podchodzimy, rozmawiamy. Jest miło. Pani Konsul o wszystkim nas informuje, sprawdza dane i odciski palców. Potem czekamy 3 dni i paszporty są w naszych rękach a w nich kolorowa wklejka z fotografią, która jest bramą do "lepszego" świata. Jasne, chciałoby się zobaczyć Wielki Kanion, Route 66, Beverly Hills, Statuę Wolności. Poczuć na twarzy bryzę oceanu na Oahu, poszaleć w Disneylandzie, porównać odciski rąk na Sunset Boulevard i wszystkie te rzeczy kojarzone z kolorową komercją Ameryki. Czyż nie po to się tam jedzie? No nie do końca... chcielibyśmy przede wszystkim poznać amerykanów, tych rdzennych i tych, którzy stworzyli obecny obraz tego kraju...ludzi, którym spełniło się amerykańskie marzenie ;)
ps. o ile przejdziemy przez surową kontrolę na lotnisku, oczywiście ...

2011-09-21

Shabaash India !!

Opowieść o Indiach zaczynamy od wniosku wizowego, który już w trakcie wypełniania coraz bardziej zadziwiał chaosem i bezsensem niektórych pytań (np. czemu jest tam tylko pytanie o dane męża?? co przecież w przypadku wypełniania przez mężczyznę robi się conajmniej absurdalne) lub dopytywaniem się kilkakrotnie o to gdzie było się w Indiach poprzednim razem (dokładnie gdzie, kiedy, z kim, u kogo? ) bez możliwości wyboru opcji byłem/nie byłem w Indiach.... po tych wszystkich trochę dziwacznych pytaniach umieszczonych na 4 stronach przestaliśmy doszukiwać się sensu w kolejnych wymaganych procedurach jak ta o załączenie do wniosku "fikcyjnej" rezerwacji biletu lotniczego (fikcyjnej bo wszyscy wiedzą, że rezerwację w liniach rejsowych zawsze można odwołać w ciągu 7 dni a my przecież będziemy podróżować dookoła świata i nie mamy jeszcze wykupionych lotów do i z Indii) czy też tej o wpłatę pieniędzy przekazem WYŁĄCZNIE poprzez Pocztę Polską :-) (oczywiście ci, którzy mogą złożyć wniosek osobiście mogą równocześnie dokonać opłaty wprost w okienku). Informacja finansowa: opłata za wizę turystyczną wynosi 185 zł.

Małym utrudnieniem dla niektórych może być to, że strona internetowa Ambasady jest po angielsku ale od września 2010 zorganizowali firmę BLS Visa International Services, która za drobną opłatą 40 złotych zajmuje się pośrednictwem w załatwieniu potrzebnego do wjazdu na teren Indii dokumentu. W firmie pracują dwie panie mówiące po polsku oraz kilku "szefów", którzy opanowali polski w stopniu wyłącznie podstawowym  ale spokojnie nie trzeba znać hindu wystarczy średnio zaawansowany angielski i już możemy wyjaśniać sobie nieścisłości, niedopowiedzenia czy też błędne interpretacje (których niestety jest zazwyczaj więcej niż się spodziewaliśmy).

Pośrednictwo pracuje w dwóch blokach czasowych z przerwą na przypuszczalną drzemkę lub/i obiad pośrodku. Od 9-13 przyjmują wnioski a od 15 do 17 wydają paszporty z wizami. Jak zwykle w teorii wszystko wygląda pięknie ale realia potrafią skutecznie wyprowadzić z równowagi i podnieść puls o 100% ;-)

Rozpatrzenie wniosku w naszym przypadku trwało ponad 7 dni roboczych ( a nie zapowiadane 3 dni) i gdyby nie nasza osobista interwencja i desperacka decyzja okupowania biura aż do wydania nam paszportów (z wizami lub bez) moglibyśmy czekać tak jeszcze około miesiąca. Okazało się bowiem, że są one rozpatrywane przez Konsula nie w logicznej kolejności składania wniosków ale w kolejności wylotów z Polski - z drobnymi acz tragicznymi pomyłkami lub niedopatrzeniami gdy ludzie mający wylot następnego dnia nie otrzymywali oczekiwanej wizy bo ich paszport zawieruszył się gdzieś w stertach oczekujących na decyzję dokumentów. My wylot mieliśmy w rezerwacji ustalony na 2 listopada więc znaleźliśmy się na szarym końcu oczekujących i Konsul nie mógł zrozumieć czemu nam się tak bardzo śpieszy z otrzymaniem wiz i zwrotem paszportów - przecież to jeszcze ponad miesiąc czasu. Nasze tłumaczenia o tym, że Indie nie są "pępkiem świata" i nie tylko do Indii człowiek podróżuje musieliśmy podeprzeć potwierdzeniami spotkania w Ambasadzie Amerykańskiej umówione na dzień następny na 8.30 rano. No cóż, trzeba przyznać, że już w biurze BLS można było poczuć prawdziwy  "klimat" Indii, może brakowało tylko zapachów przypraw i muzyki w tle ale za to bezwład, chaos i frustracja wynikająca z oczekiwania na "niewiadomo co" otrzymaliśmy jako gratis do pakietu "wiza+pośrednictwo". We względnym spokoju udało się nam przesiedzieć tam około dwóch godzin ale po 17-tej gdy panie wydające wizy spakowały się i wyszły do domu nerwy zaczęły nam "puszczać". Do tej pory nie wiemy czy nasza nieustraszona postawa miała jakikolwiek wpływ na to, że około 22.30 otrzymaliśmy w końcu paszporty z wklejonymi wizami ale oprócz wypowiadanych głośno myśli na temat czynności wykonywanych/niewykonywanych przez "szefów" biura pośrednictwa chodziły nam również po głowie złowieszcze myśli szturmu na mieszczącą się piętro niżej Ambasadę Indii i wsadzenia konkretnego sztandaru w pewne, sekretne miejsce komuś kto odpowiadał za panujący tam bałagan.   

Myślę, że gdyby nie to, że mieliśmy kilkoro wspaniałych towarzyszy niedoli, wspólnie oczekujących na "wyrok", byłoby nam dużo ciężej znieść całą sytuację a tak już po 4 godzinach w bardzo przyjaznej i coraz luźniejszej atmosferze (jeden z Panów podzielił się nawet "w kółeczko" posiadaną przez siebie cytrynówką :)  wymienialiśmy się kontaktami, ciekawymi uwagami o Indiach i opowieściami o odwiedzanych miejscach. Drodzy współtowarzysze - jeśli to czytacie to bardzo serdecznie was pozdrawiamy i jeszcze raz życzymy udanego pobytu w Indiach - kraju gdzie szczęście ma inny wymiar ;-)))

Shabaash India !! Bravo India !! - o 22.30 wydając nam wizy "szef" firmy BLS cieszył się jak dziecko, że wreszcie może skończyć pracę a my, że nie musimy nocować tam na okropnie niewygodnych siedzeniach... Niestety w jego przypadku najprawdopodobniej sytuacja jeszcze nie raz się powtórzy... a my z kolejnymi odwiedzinami Indii poczekamy do momentu zniesienia wiz dla Polaków :-)

No tak.... była to jedna z wielu lekcji, by nie traktować logiką tego co logiczne nigdy nie było i pewnie nigdy nie będzie.... Myśleliśmy, że tylko nas dotyczy taki stan rzeczy ale okazuje się, że kolega naszej nowej znajomej koczował "pod" ambasadą Indii w Stanach przez dwa dni zanim otzrymał upragnioną wizę.

Wszystkim wyjeżdżającym do Indii życzymy wiele wytrwałości i oby nikt nie musiał zmieniać rezerwacji samolotu tylko dlatego, że gdy my mamy zegarki, to oni mają czas.... a jego nie da się niestety zatrzymać :-)
Myślę, że wobec powyższego hasło promowane przez Ambasadę Indii - " Indie - Magia Wieczności" nabiera całkiem nowego znaczenia....


Kilka słów o prawdziwych danych według bardziej doświadczonych:
- wiza wielokrotnego przekraczania granicy owszem wymaga tzw. dwumiesięcznej pauzy ale tylko w przypadku powrotu do własnego kraju (dobra wiadomość)
- wszystkie osoby, które dostały wizy razem z nami, otrzymały je na okres 6 miesięcy ( bardzo dobra wiadomość)
- wiza jest ważna od dnia wydania a nie od dnia przekroczenia indyjskiej granicy (zła wiadomość)
- na dworcu w New Delhi na I piętrze jest kasa , w której dostaniemy bilety z tak zwanej puli turystycznej (pożyteczna wiadomość od Pana z Lublina)
- ponoć od lotniska w Delhi można dojechać metrem (nie wiedziałem, że jest tam metro)
- tanie loty oferuje ukraiński przewoźnik, trzeba dostać się do Kijowa (niby problematyczne ale jeśli ma się kuzyna we Lwowie jest łatwiej)
- wydanie wizy nie trwa minimum 3 dni, praktycznie jest to znacznie dłużej (wiadomość usunięta ze strony BLS)
- czasem potwierdzenie rezerwacji lotu nie ma żadnego znaczenia, gdyż znane są przypadki, kiedy nasze samoloty dawno odleciały a wizy jak nie ma, tak nie ma (składamy wniosek odpowiedni wcześniej ale nie za wcześnie, bo skutek jest odwrotny)
- automat do pobierania numerków w firmie BLS nie działa, więc ich nie pobieramy (wiadomość całkowicie niepożyteczna ;) ale za to jest kuchnia, w której można zrobić sobie kawę lub herbatę...
-



2011-09-15

Jak spakować swoje życie w 7 kilogramów?

W piewrszej kolejności kojarzy mi się scena z filmu "W chmurach", w której to George Clooney w czasie wykładu kładzie przed sobą plecak i padają te oto słowa:
" Jeśli musielibyście zostawić wszystko i zapakować się w jeden mały plecak - co byście włożyli do środka?"
No właśnie! Co włożyć? Zwłaszcza jeśli rusza się w drogę rzeczywiście pakując wszystko co się posiada. Nam niewiele zostało z rzeczy materialnych więc niby problem jest mniejszy. Aczkolwiek mając na uwadze fakt, że tanie linie lotnicze, zwłaszcza w Azji mają ograniczenie do 7kg bagażu podręcznego to pytanie "co" i "ile" nadal pozostaje. Niestety myśl o tym, żeby zabrać jakąś "60-tkę" lub wiekszy plecak upadła w zarodku. Zagubienie naszego nadanego bagażu spowodowałoby - przy tym trybie podróżowania - jego praktyczne odesłanie do Polski. Nie bylibyśmy nawet w stanie określić gdzie go dosłać w obcym kraju bo sami nie wiemy w jakim miejscu bedziemy.
Waga to jedno, czas podróży to drugie ale pozostaje jeszcze gabaryt. Każdy kto przymierzał się do tanich linii lotniczych wie, że kryteria rozmiarów bagażu zabieranego na pokład są niekiedy bardzo rystryktycznie przestrzegane. Nie pozostało nam nic innego jak popędzić na lotnisko i wciskać nasze większe plecaki w klatki Ryanair'a i LOT'u przy okazji. Sztucznie wypchane śpiworami plecaki na szczęście zmieściły się ale bardzo ciasno.
Lista rzeczy, które mamy włożyć do plecaków wciąż sie rozrasta. Dokładnie wygląda to tak, że jedna osoba coś dopisuje a druga notorycznie usuwa tą pozycję i wiele innych zarazem. Mi na przykład do niczego nie są potrzebne kosmetyki (poza podstawową higieną) więc wszystko co nie jest szczoteczką do zębów, pastą do nich i dezodorantem w kulce automatycznie wykreślam. Okazuje się, że młode damy muszą mieć jeszcze jakieś coś do makijażu i o dziwo! do demakijażu, coś co się nazywa tonik i nie pije się tego z gin'em, waciki, krem na dzień, krem na noc i krem na porę pomiędzy tymi etapami, coś na słońce, cos na deszcz i mróz, farbę na paznokieć, no i jeszcze to mydło co szczypie w oczy ;)
Każdy normalny podróżnik- amator wie, że w plecaku mają być skarpety, para długich spodni, polar, bielizna, aparat fotograficzny, elektronika i wszystkie możliwe złączki, zasilacze i światowa złodziejka prądu ... dobra, ja wcisnąłem jeszcze termos, latarkę na dynamo i sandały.
O liście spakowanych rzeczy z pewnością jeszcze będzie, obiecaliśmy bowiem firmie HiMountain, że zrecenzujemy zasadność i przydatność oraz wygodę i zużycie zakupionego u nich sprzętu ...

2011-09-14

Przygotowania do podróży - czyli o sztuce cierpliwości

Wiele ciepłych słów słyszymy opowiadając o planach projektu "Pokonać Niemożliwe". Jednak zazwyczaj ludzie dziwią się i nie mogą uwierzyć, że naprawdę, tak po prostu zamierzamy ruszyć w świat.
Plany naszej podróży nieustannie ulegają transformacji i naginają się do rzeczywistości bo zaproszeń ze strony szkół i ośrodków kultury jest bardzo dużo. Jest ich znacznie więcej niż się spodziewaliśmy i jeśli tylko nie byłoby tak wielkich ograniczeń finansowych (cóż... nieszczęsny kurs franka ostatecznie drastycznie okroił nasz budżet...) moglibyśmy spokojnie poprowadzić nawet po kilka warsztatów w każdym z goszczących nas krajów.... a tak zorganizowane zostaną tylko jedne... w wybranym losowo spośród wielu miejsc. To smutne, gdy musimy odmawiać dzieciom, szczególnie w miejscach takich jak na przykład Tanzania, Indie, Nepal, Tajlandia, Kambodża, Kolumbia czy też Meksyk gdzie widzimy, że "głód" poznania świata, z racji różnych ograniczeń, jest największy. Niestety bez wsparcia ze strony sponsorów zorganizowanie nawet tych pojedyńczych warsztatów jest dla nas wyjątkowo dużym wyzwaniem.
Ale jak mówi przysłowie "nadzieja umiera ostatnia"... więc jeszcze nic straconego ;-)

Wydaje nam się, że w tej podróży to nie my wybieramy trasę ale to Podróż wybiera ją za nas.... bo gdy tylko jakieś drzwi się zamykają (np. brak możliwości wyjazdu do Bhutanu) kolejnych kilka staje otworem i kusi swoimi skarbami (Laos, Kambodża, Indonezja, Kolumbia, Wenezuela...).

W przygotowaniach do drogi staramy kierować się słowami Św. Franciszka "Zacznij od tego, co trzeba zrobić, potem rób to co możliwe a nagle stwierdzisz, że dokonujesz rzeczy niemożliwych"... zaczeliśmy więc od załatwiania wiz i szczepień, przygotowania projektu warsztatów oraz kompletowania ekwipunku. Zajmuje to wiele czasu i kurczy w zastraszającym tempie nasze zasoby finansowe ale wiemy, że to niezbędne by spokojnie wyruszyć w świat. Zdajemy sobie jednak sprawę o ile łatwiej podróżuje się w dzisiejszych czasach gdy "nieznane i odległe lądy" straszące podróżników jeszcze kilkadziesiąt lat temu, dzięki swobodnemu przepływowi informacji w internecie, przynajmniej w teori, stają się nie tak wcale odległe i zagadkowe. Wspaniałe jest również to, że dzięki szerokim kontaktom na portalu społecznościowym "CouchSURFING" poznajemy dziesiątki osób z różnych krajów, chętnych do przygarnięcia nas pod swój dach i wprowadzania w codzienny świat. Równocześnie dzięki portalowi TAVELBIT (i  ich wspaniałemu internetowemu forum podróżników) możemy uzyskać niezmiernie pomocne informacje "z pierwszej ręki" w sprawach wiz, biletów, ubezpieczeń czy też ciekawych miejsc na trasie wyprawy.

Wszystkim wspierającym nas w tym trudnym i burzliwym okresie bardzo serdecznie dziękujemy.
Jesteśmy niezmiernie wdzięczni za wszelkie rady oraz za całą masę zaproszeń i chęci pomocy. Mam nadzieję, że z większości skorzystamy - jeśli tylko władze państw z naszej listy zechcą udzielić nam niezbędnych wiz - bo to, jak już możemy zauważyć, wcale nie jest takie oczywiste jak mogło się wydawać się nam na początku :-/

Jeśli chodzi o sztukę cierpliwości to teraz jest właśnie "czas Indii" - gdyż nasze paszporty ( i nasz los) od poniedziałku są w rękach Konsula... no właśnie Indie.... mentalność tego kraju możemy powoli poznawać za pomocą wyłącznego pośrednika wizowego czyli firmy BLS International Visa Services, której to Ambasada Indii powierzyła całkowitą obsługę wizową.... no i tu zaczyna się "próba cierpliwości" bo teoretycznie już w zeszłą środę przesłaliśmy kurierem DHL do biura komplet dokumentów - oryginały paszportów wraz z wnioskami wizowymi (i naklejonymi zdjęciami), rezerwacją biletu samolotowego oraz dowód opłaty wizowej (dokonanej koniecznie na Poczcie Polskiej - niewiadomo dlaczego nie może to być przelewem na konto bankowe, ale może chodzi o to by nie było łatwo i przyjemnie). Oficjalne czas oczekiwania to trzy dni robocze od daty dostarczenia przez pocztę pieniążków do biura BLS (bo wtedy oni zanoszą w naszym imieniu dokumenty do ambasady) ale ... poczta twierdzi, że pieniądze przekazała już następnego dnia od wpłaty a oni, że ich nie dostali.... miły pan (nie wiem czemu zakładam, że jest hindusem) na infolinii biura BLS mówi "dobźe, dobźe... poćta polska źle" i po przejściu na angielski dodaje, że może będą jutro albo pojutrze ale najlepiej to zadzwonić w poniedziałek. W poniedziałek powiedzieli, że co prawda pieniążki już dotarły i dokumenty trafiły do Konsula ale kiedy będą wizy tego nie wiedzą.... może będzie to do końca tygodnia a może i nie.... Urocza pani tylko dodała, że jeśli do przyszłego poniedziałku nie będzie wizy to tam pojedziemy razem (do ambasady) i spróbujemy interweniować....

well, well, well - jak zwykli mawiać mieszkający tam Anglicy... INDIA... oh INCREDIBLE INDIA :-))
przypuszczam, że cdn.

Powoli zbliża się też kolejna przeprawa i to już w przyszły wtorek 20-tego września, kiedy to przyjdzie czas na USA i nasze "być albo nie być" na amerykańskiej ziemi. Obiecuję, że nie powstrzymam się od relacji z owej wizyty, bo z nieukrywaną ciekawością wypatruje jej już od momentu wypełnieniania zwariowanego/dziwnego kwestionariusza wizowego tego kraju ;-) ale o tym na razie.... szszaaa - bo jeszcze się obrażą i wizy nam nie dadzą...



2011-08-23

"Move Your Imagination" - Polska

Z wielką przyjemnością pragniemy poinformować, że Polska Organizacja Turystyczna przychyliła się do naszej prośby i wyraziła zgodę na użycie znaku "Polska".

Logo promujące polską turystykę na rynkach zagranicznych będzie widnieć na slajdach wyświetlanych podczas warsztatów oraz znajdzie się na koszulkach członków wyprawy.

To szczególne wyróżnienie mobilizuje nas jeszcze bardziej do godnego reprezentowania naszego kraju, promowania i wspierania polskiej turystyki za granicą oraz do głębszego zaangażowania się w warsztaty. Mamy nadzieję, że dzięki temu znakowi Polska stanie się bardziej rozpoznawalna i chetniej odwiedzana a my naszymi prelekcjami skutecznie się do tego przyczynimy.


2011-08-14

Warsztaty Kultury Polskiej - czyli co chcemy przekazać dzieciom na świecie....

Podróżowanie po świecie nigdy nie było dla nas zaliczaniem kolejnych miejsc na mapie, to nie odhaczanie zabytków z listy "trzeba zobaczyć przed śmiercią", ani nie wygodne izolowanie się w miejscach "all inclusive". Choć rozumiemy (i szanujemy) inne wizje podróży, dla nas w podróżowaniu najważniejsze jest  zawsze poznawanie miejsc, które odwiedzamy, odkrywanie innych kultur, tradycji oraz inspirujące spotkania z ludźmi. Nie podróżujemy po to by zobaczyć ale raczej by poczuć: te wszystkie smaki, zapachy, dźwięki. Wydaje się, że za każdym razem jak tylko można chcemy "dotknąć" głębi a pomagają temu zawsze rozmowa i uśmiech.

Tym razem, choć ograniczeni dość mocno w ramach tylko 15-tu tygodni, chcemy nasze poznawanie świata rozwinąć jeszcze dodatkowo o elementy wymiany międzykulturowej. W każdym z odwiedzanych państw odbędą się bowiem Warsztaty Kultury Polskiej a będziemy je wzorować na odbywających się od wielu miesięcy w ramach Stowarzyszenia "Africae Deserta Project" Warsztatach Kultury Marokańskiej. Takie zajęcia opierają się na ideii interaktywnego poznawania kultury wieloma zmysłami. Całość składa się z dwóch części: pierwsza to slajdowisko z prelekcją wprowadzające dzieci w nieznany, odległy dla nich świat Polski, podczas drugiej części dzieci będą mogą posmakować polskich słodyczy (mamy nadzieję, że będą to "krówki") a całość będzie oprawiona w dźwięki utworów muzyki Chopina. Na zakończenie dzieci dostaną również kolorowanki związane z tematyką warsztatów. Zajęcia prowadzone będą w języku angielskim i będą trwały ok. 30-45 minut a chcemy je skierować do grup dzieci w wieku ok. 7-10 lat.

Do tej pory słyszeliśmy kilkakrotnie sceptyczne komentarze, ludzie oburzają się "po co zawracać sobie głowę jakimiś warsztatami, skoro i tak macie tak mało czasu podczas podróży", inni mówią nawet "to bez sensu tak gonić przez te 15 krajów jeśli w ciągu 15 tygodni można ograniczyć się do 3 i poznać je dokładniej i to na spokojnie".... pewnie i racja ale.... może to przez to, że jesteśmy trochę szaleni i ważne jest dla nas właśnie "15 na 15 w 15"... równie ważne jest też pokonywanie NIEMOŻLIWEGO a nie prostsza droga " na skróty".

Idea jest zawsze taka sama - jeśli nasze warsztaty choć w jednym dziecku obudzą ciekawość świata, jeśli zmienią choć jedno spojrzenie na inną kulturę i tradycje i otworzą choć jedno serce na zbyt często demonizowaną "odmienność" to nasza misja będzie 1000-krotnie spełniona.  

Te warsztaty mają pokazać dzieciom, że możemy różnić się na wiele sposobów:  kolorem skóry, pochodzeniem, miejscem zamieszkania, kulturą i tradycjami ale wszędzie na świecie ludzie w zasadzie pozostają  tacy sami i mają podobne marzenia oraz pragnienia..

Bo jedność ludzkości leży w naszej różnorodności.


Pokaz slajdów podczas Warsztatów Kultury Marokańskiej
w Szkole Podstawowej w Myśliwcu

2011-08-12

Gdynia - miasto z morza i marzeń.... wspiera marzenia swoich mieszkańców

Z wielką radością przyjeliśmy list od Prezydenta Gdyni Pana Wojciecha Szczurka, obejmującego swoim Honorowym Patronatem naszą wyprawę. Po raz kolejny potwierdził, że Gdynia jest miastem z temperamentem, niezwykłym i zadziwiającym i chętnie wspiera wszystkie śmiałe, odważne i pełne wyzwań projekty. Jako długoletni mieszkańcy Gdyni, związani z miastem zawodowo i działający społecznie w zarejestrowanym w tym mieście stowarzyszeniu widzimy na codzień jak wiele dobrego czyni ono dla swoich mieszkańców. Mając na uwadze istotny fakt, iż to Gdynia w swojej  historii była i jest nadal bramą na świat Polski oraz to, że od wielu lat jest również głównym centrum kulturowym i ośrodkiem wspierającym podróżników właśnie na patronacie Miasta Gdyni i Pana Prezydenta najbardziej nam zależało.

ZE SWOJEJ STRONY - BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJEMY




.

2011-08-10

"Niemożliwe" kontra "niepoprawny optymizm" - starcie pierwsze

Gdy wczoraj, w uroczym bistro, podczas konsumpcji obiadu z umieszczonego na ścianie odbiornika TV  dowiedziałam się o kolejnym rekordzie ceny franka szwajcarskiego, w obronie przed niestrawnością wywołaną tą wiadomością, wpadłam w zadumę nad "niefortunnymi zbiegami okoliczności" czasem nazywanymi potocznie pechem. Bo jak inaczej można nazwać sytuację, gdy planuje się wyprawę marzeń, pragnąc sfinansować ją w z znaczącej części z pieniędzy pozostałych ze sprzedaży domu.... z tym, że dom ten jest również częściowo skredytowany we frankach szwajcarskich - a kurs franka (przez długi czas najbardziej stabilna waluta na świecie) rośnie teraz niczym drożdżowe ciasto i przekracza sukcesywnie wszelkie dopuszczalne rozsądkiem wartości.

No cóż... dom już sprzedany.... więc jak to mówią "klamka zapadła", czekamy tylko na wyrok po ile za jeden CHF będziemy musieli zapłacić przy ostatecznym rozliczeniu z bankiem..... Sytuacja ta przypomina więc system "bloczków i zapadek" gdzie sztuczne windowanie ceny franka może doprowadzić do całkowitej pustki w naszym portfelu (co będzie równało się z brakiem możliwości zorganizowania wyprawy)....
I tak ze wszystkich "niemożliwości", których pokonanie brane było wcześniej pod uwagę, dopaść nas może to najmniej oczekiwane - nasza bankrucja.... , która pójdzie w parze z bankrucją USA oraz z deflacją Szwajcarii.... albo nawet całego świata....

Znów przekonujemy się, że jesteśmy tylko marnym okruchem pyłu pod stopami losu.....

ale ponieważ wciąż jesteśmy niepoprawnymi optymistami - i nie przyjmujemy do wiadomości możliwości totalnej porażki. Zastosujemy się więc po raz kolejny do Biblijnej zasady "proś, a będzie ci dane" i przy zamknięciu jednych drzwi spróbujemy poszukać innych (lub może chociaż okna). Pieniądze są przecież sztucznym tworem... i nie mogą stanąć na drodze ideom...

Wytrwale wierzymy w przeznaczenie,
no bo jak mawiają Nepalczycy "nikt nie wie czy jutro czeka go nowy dzień czy nowe życie" .... ;-)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...